Od redaktora...

Idziemy do sklepu pełni nadziei na udany zakup tego, czego właśnie bardzo potrzebujemy. Nasze radosne oczekiwanie na konsumenckie spełnienie rośnie z każdym krokiem po drodze do sklepu. Na twarzy maluje się mieszanina pożądania i antycypowanego szczęścia; zupełnie, w jak reklamie. Podchodzimy do drzwi z drżeniem serca. Ręka somnambulicznym gestem sama sięga do klamki…

Nagły opór. Wzrok pada na niechlujną tabliczkę „Przepraszamy, remanent”. Tragedia porównywalna z koszem od wyśnionej wybranki serca. Przeprosiny nic tu nie pomogą. Nie będzie (tu i teraz) proszku do prania, paczki masła i papieru toaletowego. Nie będzie szczęścia wybierania, radości wrzucania do koszyka, euforii przy uiszczaniu. Z opuszczoną głową i oczyma pełnymi gorzkich łez wleczemy się noga za nogą w kierunku, z którego, tak jeszcze przed chwilą radośni, przyszliśmy.

Dramaty takie wydarzają się przeważnie na początku roku, kiedy to biurokraci są pod ochroną i nie wolno ich odstrzeliwać. Trudno, trzeba jakoś dalej żyć. Taki jest ten świat.

Ale nie u mnie!

U mnie też remanent – ale sklep czynny.

W tym styczniowym numerze postanowiłem przeprowadzić remanent katalogu „AdRem! – archiwum” (mam w komputerze taki magazyn tematów, notatek oraz projektów) i zamieścić rzeczy, które jakoś do niczego innego mi nie pasowały. W gruncie rzeczy więc będzie to taki remanent połączony z wyprzedażą. Był już jeden taki numer z tematem miesiąca: „Varia” – to prawie to samo. Ale skoro tamten numer P.T. Czytelnicy wykupili jak świeże bułeczki (gdzie remanent – tam i reklama), wierzę, że i tu znajdą coś ciekawego do czytania.

Zapraszam.

Otwarte!

Czynne całą dobę!