ESEJ - zawiera esej (lub eseje) dotyczące przeważnie tematu miesiąca.


W tym numerze z archiwum wyciągam napisany kiedyś jako odczyt na sesję MUSICA MODERNA esej o autoreklamie:



AUTOREKLAMA.

Jest takie włoskie powiedzonko: „In bocca chiusa non entra mai mosca.” (do zamkniętych ust nie wleci mucha). Ponieważ można je różnie interpretować, wyjaśniam od razu, że używane bywa w znaczeniu: „Jeśli chcesz coś dostać – musisz wpierw o tym powiedzieć”.

Myśl wydaje mi się zdroworozsądkowa i słuszna, zwłaszcza, że niemałą część naszego życia zajmuje wymiana różnego rodzaju świadczeń. Ciągle informujemy kogoś o tym, że czegoś potrzebujemy i otrzymujemy zwrotnie podobne informacje:

– Poproszę ołówek.
– Dwa pięćdziesiąt.

Albo...

– Jeżeli pomożesz mi uruchomić samochód, to podwiozę cię do domu.

Nie inaczej jest w muzyce. Jeśli chcemy, aby nasza kompozycja (czy interpretacja) doczekały się uznania – musimy je najpierw zaprezentować. Im więcej ludzi pozna naszą twórczość, tym większa szansa, że będzie ona ceniona.

Ludzie są jednak różni. Bywają ludzie śmiali (nawet bezczelni), którzy krzykliwie oznajmiają, o każdym swoim (nawet rzekomym) sukcesie i kategorycznie domagają się uznania. Innym zaś z najwyższym trudem przychodzi jakiekolwiek wystąpienie publiczne i najchętniej uciekliby z każdej takiej prezentacji gdzie pieprz rośnie. Jeśli jednak odrzucimy te ekstremalne podejścia, to pozostaje, największa chyba, grupa ludzi w miarę zrównoważonych, nie nadmiernie zalęknionych, ale też i pozbawionych „siły przebicia” (jak się tak zastanowić – to właściwie jest eufemizm chamstwa).

Powie ktoś: „No dobrze, wpychać się nachalnie na afisz – nieładnie, chować się w mysią dziurę – niepraktycznie. Pozostaje więc reklamować się z umiarem, w granicach rozsądku, taktu, z wyczuciem – i wszystko. Gdzież tu więc właściwie tkwi problem?" W ilości. W tym, że to, co kulturalny człowiek uważa za umiar, takt i wyczucie obecnie już przeważnie nie wystarcza. Poziom szumu, jaki trzeba wokół siebie zrobić, aby przedostać się do tzw. „przekaziorów” (wstrętne słowo, ale odpowiednie dla rzeczy) znacznie się ostatnio podniósł i jeśli ktoś chce się tam dostać, musi robić wokół siebie naprawdę nieznośnie duży hałas.

Istnieją, oczywiście i inne sposoby na życie. Można na przykład ograniczyć się do małych specjalistycznych grup – postawić na "elitarność". Używam cudzysłowu, bo ten wybór częściej jest racjonalizacją wtórną niż rzeczywistą decyzją. Publikować swoje utwory w audycjach emitowanych grubo po północy, na festiwalach dla 48 osób i w broszurach wydawanych w 29 egzemplarzach – jest to oczywiście możliwe i nawet nie najgorsze, z tym tylko, że ogranicza znacznie zasięg oddziaływania naszej twórczości. Można też starać się robić rzeczy możliwie doskonałe, całkiem nic nie robić dla ich rozpowszechnienia i czekać cierpliwie na tzw. "odkrycie". Bo i to się czasem udawało, co poświadcza historia muzyki. Ale to już właśnie historia i nie wiadomo, czy także tym razem kołem się potoczy. A ponadto wiadomo (też z historii), że miewała ta dama dość osobliwe poczucie humoru.

Można też szukać innych taktyk i ludzie to rzeczywiście robią. Stosują metody mieszane, kompromisowe, zależnie od charakteru, konkretnej sytuacji i jakoś to wszystko idzie. Dla ludzi nieśmiałych, nieufnych i zamkniętych w sobie, czasy właściwie zawsze były złe, ale obecne stają się niedobre nawet i dla ludzi w miarę proporcjonalnie psychicznie zbudowanych. Jak to podobno ujął był sam Bill Gates: "Czasy idą takie, że tylko paranoicy przetrwają". Może miał rację, ale mnie się to po prostu nie podoba. Jest to "kwestia smaku" (jak pisał Zbigniew Herbert).

Na koniec jeszcze parę słów o tych grupach ekstremalnych, które tak niefrasobliwie przed chwilą odrzuciłem. W każdej z nich mogą się znaleźć ludzie mający do zaoferowania rzeczywiste wartości. Charakter – to jedno, a zdolności – to drugie. Nie zawsze muszą ze sobą korelować. Lękliwi nie dają nam szansy zauważenia ich, a bezczelni przeważnie zrażają hałaśliwą bufonadą – jedno i drugie może w efekcie spowodować przegapienie rzeczy wartościowych.

Jest w tym wszystkim pewien irracjonalizm, z którego zdaję sobie sprawę. Jeśli bowiem pójdziemy na targ i zobaczymy sprzedawcę, wołającego „Najlepsze i najtańsze pomidory tylko u mnie!” – potraktujemy to jako naturalny folklor miejsca. Atoli kompozytor, który dałby w gazecie ogłoszenie: „Najlepsze i najtańsze kwartety smyczkowe – tylko u mnie – Kowalski – tel. 0123456789 (wieczorem)” zapewne nie zostanie potraktowany poważnie, nawet, jeśli jego oferta byłaby rzetelna, a kwartety równie dobre, jak pomidory.

„I tak (zadziwiająco jakoś podobnie, jak za czasów Voltaire'a) toczy się światek”…

[mc]