TEMAT MIESIĄCA zawiera główną treść gazety artykuły ukazujące wybrane zagadnienie z różnych punktów widzenia.









Temat numeru XXV (listopad 2007): =KONSTRUKCJA.
Tematem następnego numeru będą: CIEKAWOSTKI.


KONSTRUKCJA.

konstrukcja1. układ elementów jakiejś całości, sposób ich powiązania; także: rzecz skonstruowana, zbudowana; budowa, struktura. 2. konstruowanie budowanie, wiązanie w całość.
‹niem. Konstruktion, fr. construction, łac. constructio›
[Słownik Wyrazów Obcych PWN, W–wa 1997.]

Człowiek, tworząc swoje konstrukcje często podpatruje naturę. To właściwie truizm. Wiele narzędzi (choć chyba nie wszystkie) to przecież nic innego, jak wzmocnione, czy wyspecjalizowane funkcje naszych rąk. Młotek – to uderzenie pięścią, łopata – to płaska dłoń, obcęgi – chwyt dłonią etc. Także i budowle mogą tu posłużyć za przykład. Spadziste dachy domów góralskich wzięły się pewnie z obserwacji, że na skośnych gałęziach świerku nie utrzymuje się zbyt dużo śniegu. Naturalne formy skalne, kształty roślin, lub zwierząt także mogły inspirować budowniczych. No, a wszystkie nasze urządzenia latające – to nic chyba innego jak zazdrość wobec ptaków i owadów.

Ale to konstrukcje materialne. Człowiek tworzy jednak także i konstrukcje niematerialne – na przykład społeczne. Tu już nie bardzo można mówić o podpatrywaniu przyrody. Do pewnego stopnia, co prawda, ludzkie konstrukcje społeczne pokrywają się z występującymi w naturze (łączenie w pary, wzajemna pomoc, walka). Nic dziwnego – biologicznie mamy aż 98,4% genów wspólnych z szympansem (nawiasem mówiąc – z krową 90%, z innymi ludźmi 99,9%, zaś z rodzeństwem 99,95%). Ale tylko do pewnego stopnia. Zwierzęta nie mają ubezpieczeń, raczej nie ulegają modzie, nie wytworzyły mowy etc. – a jeśli nawet można u nich o tym mówić – to w rudymentarnym zakresie. Miewają za to (co daje do myślenia) całkiem regularne armie.

I wreszcie trzeci typ konstrukcji, właściwy chyba tylko ludziom – to konstrukcje umysłowe. Chyba najbardziej odstrychnięte od natury, a przynajmniej od tego, co się powszechnie za nią uważa. Wyobrazić możemy sobie bowiem, co chcemy. Czy zaś nasza wyobraźnia ma jakąś granicę? Czy tym samym jest jakaś granica naszych konstrukcji myślowych? Nie wiem. Aby się tego dowiedzieć musiałbym wyjść poza granicę własnej wyobraźni.

A ta sztuka się, jak dotąd, nikomu jeszcze nie udała.

[mc]



P. S. Najskuteczniej chyba próbował baron Münchhausen.

MAŁPA I BANAN.

W pomieszczeniu wisi u sufitu banan (lub inny małpi smakołyk), zawieszony jednak tak wysoko, że szympans nie może go dosięgnąć. W tym samym pomieszczeniu znajduje się jeszcze kilka innych przedmiotów, między innymi dwa patyki przycięte tak, aby można jednym przedłużyć drugi (tak jak rury w odkurzaczu) i to jedyny sposób, aby dosięgnąć nagrody. Szympans najpierw próbuje podskoczyć, potem użyć różnych przedmiotów, wreszcie po jakimś czasie wpada na połączenie patyków i dosięga banana. Inna wersja tego eksperymentu – to skrzynki, które można ułożyć jedna na drugiej. Zmyślny szympans i to potrafi. Eksperymentator notuje w dzienniku laboratoryjnym, że małpa jest zdolna do skonstruowania sobie prostego narzędzia i pisze doktorat.

Wszyscy (z małpą włącznie) – zadowoleni.

Ludzie też to potrafią (to znaczy z tymi konstrukcjami). Ba, potrafią nawet i sporo więcej. Ale jest jedna ważna różnica. Szympans, kiedy dostanie swój ulubiony owoc (ten banan jest raczej przysłowiowy; szympansy podobno najbardziej lubią winogrona) pałaszuje go i nie kombinuje już dalej. Człowiek zaś – to nawet, można powiedzieć – wręcz przeciwnie. Dopiero wtedy zaczyna kombinować.

Ktoś, kiedyś, bardzo dawno temu, pewnie na jakimś znanym w okolicy polu handlu wymiennego rozłożył na jednym kamieniu wszystko, co miał do wymiany. Krzemienną siekierkę, kilka muszli, kawałek zwierzęcej skóry. Inny podszedł, obejrzał wymienił muszlę na kościaną szpilę – i tak powstały centra handlowe.

Może to i nie najgorzej, że istnieją, ale… Potrzebowałem kiedyś paru śrub, do wykonania drobnych prac domowych. Aby je zakupić – miałem do wyboru dwie możliwości. Duży sklep OBI i mały („rodzinny”) sklepik żelazny – obydwa mniej więcej równo odległe od mojego domu. Wybrałem mały sklepik. Wszedłem, przywitałem się i poprosiłem o te śruby. Sprzedawca podszedł do regału, wybrał odpowiednie i wręczył mi je. Zapłaciłem, pożegnaliśmy się i wyszedłem. Trwało to wszystko… może dwie minuty. Innym znowu razem potrzebowałem innych śrub. Tym razem udałem się do OBIego. Najpierw musiałem powędrować ok. 200 metrów do odpowiedniego działu. Nie mogłem ich tam znaleźć, więc zdybałem (a nie było to proste i swoje musiałem odczekać, bo obsługiwał innego klienta) kogoś z obsługi. Ten skierował mnie do działu budowlanego w drugim końcu sklepu. Tam znalazłem potrzebne śruby i powędrowałem do kasy. Godziny były dość ruchliwe, więc odstałem prawie dziesięć minut nim mogłem wyjść z łupem. Wszystko to trwało około kwadransa i przewędrować musiałem dobre pół kilometra (jeśli nie więcej). Ale to nie wszystko. Ponieważ rzecz mnie zaciekawiła, wybrałem sobie kilka rodzajów typowych śrub i zanotowałem ich ceny. Wszystkie, bez wyjątku są w OBIm droższe – około 20..30%. Czy ta konstrukcja na pewno nam się udała?

Albo… Gonił nasz antenat po górach jakiegoś zwierzaka. Zwierzak szybki i sprawny przeskoczył przez rozpadlinę. Nasz przodek zaś ocenił ją jednak jako zbyt szeroką; zdrefił i zatrzymał się. Decyzja ta kosztowała go kilka dni przymusowego postu. Przyszła burza. Piorun zwalił drzewo. Przypadkiem upadło w poprzek rozpadliny. Nasz protoplasta nie tylko upolował tym razem zwierzaka i podjadł sobie do syta, ale wraz z kolegami z plemienia przytargał inne zwalone drzewo i przerzucili je przez inną rozpadlinę. A potem – to już był most Akashi Kayiko. Długi na 3925 m, wysoki na 282,8m, wytrzymujący huragan o prędkości 180km/h i trzęsienie ziemi o sile 8,5 w skali Richtera.

Albo kiedy indziej znowu leżał sobie nasz ascendent na łące i nudził się straszliwie. Nad łąką latał sobie jakiś ptaszek. Człowiek patrzył na niego i myślał sobie, że byłoby świetnie tak sobie polatać jak on. No, ale jak to zrobić, kiedy zamiast skrzydeł ma się ręce? Jedyne wyjście zrobić sobie jakieś skrzydła. A może nie skrzydła, tylko śrubę (tak się nudził Leonardo da Vinci). Albo może taką „banię Herona” napędzaną parą wodną (tak nudził się Heron z Aleksandrii). Albo na przykład silnik odrzutowy, który wymyślił z nudów Henri Marie Coandă. Inni też z nudów wymyślali, co im tam do głowy przyszło i jak na razie skończyło się na księżycu.

I pomyśleć, że to jest właśnie te 0,6% genów różniących człowieka od szympansa…

[mc]



INŻYNIERIA EKSTREMALNA.

Mój siostrzeniec, chcąc mi sprawić radość i wiedząc, że mam słabość do takich rzeczy, nagrał mi kiedyś kilkanaście programów telewizyjnych z serii „Discovery” na temat tytułowej inżynierii ekstremalnej. Były to krótkie filmy poświęcone przeważnie różnym wielkim budowlom, zarówno istniejącym rzeczywiście, jak i dopiero projektowanym. W rzeczy samej zarówno rozmach tych konstrukcji, jak i ogrom zainwestowanej tam pracy, oraz wiedzy inżynierskiej były rzeczywiście imponujące. Zawsze miałem wiele szacunku i sympatii dla dobrej inżynierii. Szczerze mówiąc, to ciekawe rozwiązanie techniczne wydaje mi się często znacznie bardziej fascynujące niż banalny wiersz opisujący przy pomocy wyświechtanych zwrotów zachód słońca, czy na przykład kiczowaty obrazek z tymże motywem. Oczywiście nie mam nic ani przeciw domorosłym poetom, ani niedzielnym malarzom; niech tam sobie żyją w spokoju i zajmują się tym, co ich bawi. Podkreślić chcę tylko, że sztuka inżynierska, choć nie ma swojej muzy, wcale nie jest ubogą krewna tych, które grecy muzami obdarzyli.

Wracając do tych filmów – oglądając je po raz pierwszy właśnie na tę imponującą inżynierię zwracałem przede wszystkim uwagę. Ale kiedy do niektórych odcinków wróciłem po raz drugi, naszły mnie pewne wątpliwości. Oczywiście nie, co do samych konstrukcji, bo te mogę tylko podziwiać. Wątpliwości – co do ich niezbędności.

Weźmy za przykład wieżę Eiffla. Stała się, mimo protestów, które towarzyszyły jej budowie, właściwie symbolem Paryża. Dziś rzadko kto już pamięta, że budowano ja z myślą wyburzenia po dwudziestu latach. W zamyśle jej wybudowanie miało uświetnić Wystawę Światową oraz setna rocznice Rewolucji Francuskiej. Z czasem jednak Francuzi się do nie przywiązali i stoi sobie spokojnie do dziś dnia.

Czy była ona naprawdę potrzebna? Czy nie wydatkowano irracjonalnie 7.739.401 franków i 31 centymów (bo tyle dokładnie kosztowała!). Rozumiem, co prawda ludzkie sentymenty tego rodzaju, ale czy za te pieniądze (a frank był podówczas znacznie mocniejszą walutą niż ostatnio!) na pewno nie można było zbudować czegoś lepszego i piękniejszego? Bądź wręcz wydać ich na pilniejsze potrzeby

Dygresja: Jako ciekawostkę pozwolę sobie tu dodać, że autorem projektu tej konstrukcji wcale nie był Gustaw Eiffel, lecz inny inżynier nazwiskiem Stephen Sauvestre, od którego Eiffel wykupił prawa patentowe do tej wieży. Niemniej jednak inne konstrukcje Eiffla takie, jak choćby most Maria–Pia, Dworzec Wschodni w Budapeszcie, czy w końcu Statua Wolności wystrawiają tak dobre świadectwo jego umiejętnościom, że tę wieże można mu spokojnie odpuścić. Koniec dygresji.

Podobnie można pytać, czy zamiast Statuy Wolności nie można było wybudować czegoś bardziej sensownego. Czy za te pieniądze, właściwie zainwestowane, nie dało się wielu obywatelom Ameryki dać trochę więcej realnej wolności ekonomicznej, zamiast tej pomnikowej? Co powiedzieć Ponte dei Sospiri (Moście Westchnień) w Wenecji?

Oglądamy dziś różne zabytki architektury, pałace, ogrody. Owszem są prawie zawsze imponujące, czasem też i piękne, ale czy w gruncie rzeczy nie są one głownie pomnikami (albo może lepiej dowodami) oszalałej ludzkiej pychy?

Podobno Albert Einstein, zapytany kiedyś o powody, dla których ludzie uprawiają naukę odpowiedział dowcipnie i roztropnie, że: „Nikt się nie drapie, kiedy go nie swędzi”. Otóż patrząc na te imponujące konstrukcje miewałem wrażenie „drapania bez świądu”. Piszę „miewałem”, a nie „miałem”, bo, rzecz jasna, zawsze jakieś tam uzasadnienie dla gigantycznej konstrukcji się znajdzie – bez tego nie byłoby na nią funduszy. Skojarzyłem też sobie to drapanie ze znanym faktem, że zwierzęta w sytuacjach, w których nie potrafią się zachować zgodnie ze swym instynktem (na przykład w klatce) – wykonują zastępczo swoje typowe, choć pozbawione w tym kontekście sensu czynności. Na przykład – drapią się.

Krótko – nie powiadam takim konstrukcjom: nie. Są częścią naszej historii, naszej kultury i tradycji. Ale warto chyba też na nie spojrzeć i pod tym kątem. Warto wiedzieć, że z przeszłości płynie nie tylko zadowolenie, poczucie ciągłości kulturowej, ale i przestroga. Pouczenie, że dysponujemy wcale zaawansowaną technologią i bardzo wątpliwą umiejętnością jej racjonalnego wykorzystania. Dość chyba trafnie ujął to pewien historyk mówiąc, że „Zło współczesności polega na tym, iż zamieniliśmy grecką mądrość na rzymską inteligencję". Jak to zwykle z aforyzmami – są efektownym uproszczeniem. Niemniej jednak jakaś mądrość z nich płynie.

Tyle, że jak ktoś znowu inny zabawnie powiedział: „Ludzkość postępuje mądrze wyłącznie wtedy, kiedy już naprawdę nie ma innego wyjścia”.

[mc]



KONSTRUKCJE GEEKÓW.

Jest taki rodzaj konstrukcji (nie wiem nawet do końca, jak je nazwać) łączących, zdumiewającą czasem, sprawność i wiedzę twórcy z nonszalancką (czasem wręcz zupełną) nieprzydatnością. Nie kryję, że mam do nich jakieś upodobanie (dwa przykłady w „Norce geeka”).

Jest tego zresztą mnóstwo, wystarczy trochę poszukać po sieci. Począwszy od przeróbek istniejących już przedmiotów, na zupełnych nowościach skończywszy. Znaleźć wśród takich okazów można całkiem sensowne, jak powiedzmy tuning samochodowy, czy komputerowy, aż po zupełne dziwactwa, jak na przykład kapelusz, z zamontowanymi na nim diodami święcącymi wyświetlającymi różne wzorki i napisy.

Nie kryję, że lubię takie rzeczy. Oczywiście nie wszystkie jednakowo. Kapelusz z wyświetlaczem niezbyt mnie ekscytuje, ale te zegary z „Norki geeka” – już chętnie bym sobie postawił na półce. Doskonale rozumiem ludzi, którzy konstruują jakieś dziwaczne roboty do nalewania herbaty, komputerowo sterowane modele samochodów sprzed półwiecza, katedry z zapałek, którzy piszą książki zamknięte w łupinie orzecha.

Wbrew temu, co niektórzy mówią, mam taką działalność nie za łagodną formę obłędu, ale – wręcz przeciwnie – właśnie za objaw psychicznego zdrowia. Za odruch naturalnej obrony przed otaczającym nas skomercjalizowanym, stypizowanym, zhomogenizowanym światem. Przed światem, w którym bycie nietypowym jest niemile widziane i (proszę zwrócić na to uwagę!) – coraz droższe. Przed światem, w którym jedyną „dozwoloną” rozrywką jest telewizja, kino i „Disneyland”. Gdzie, rozrywka jest przewidywalna, a przede wszystkim płatna. Nic więc dziwnego, że jakaś tak smutna…

Kiedyś już wyjaśniałem, dlaczego lubię takie rzeczy (to znaczy te nieprzydatne konstrukcje). Działają one na mnie jakoś odświeżająco, budująco. Dodają optymizmu i, jak każda bezinteresowna namiętność, są antidotami przeciw umysłowej prostytucji. I bodaj najważniejsze – są objawem niezależności umysłowej.

Dopóki tego nie zakazano – jest nadzieja.

[mc]



MATEMATYKA, NIE Z TEGO ŚWIATA.

Matematykę można właściwie skonstruować dowolną – byle niesprzeczną. Oczywiście nie każda z takich konstrukcji jest (by tak powiedzieć) dosyć płodna w rzeczywistym świecie. Możemy nawet dla żartu skonstruować sobie taki system, który składa się tylko z jednego elementu – powiedzmy kropki i jednej operacji – „nic nie robić z tą kropką”. I to jest zupełnie poprawny system matematyczny, choć zbędnym wyjaśniać, że praktycznie raczej mało przydatny.

Matematyka, ta „zwykła”, jaką posługujemy się na co dzień, a więc powiedzmy, arytmetyka i elementarna geometria są konstrukcjami mocno osadzonymi w naszym świecie rzeczywistym – świecie naszych codziennych doznań. Pojęcie liczby naturalnej jest dla nas tak „oczywiste” (jeśli kogoś dziwi ten cudzysłów – zapraszam do numeru XIV, poświęconego dziwolągom, w tym i matematycznym), że wcale się nad nim nie zastanawiamy. Mamy dwoje oczu, pięć palców u ręki, kupujemy mendel jajek. Także i pojęcia geometryczne ujmujemy jakoś wręcz „instynktownie”. Punkt, ściśle rzecz biorąc, jest nieskończenie mały, ale „praktycznie” jest to w naszym wyobrażeniu taka bardzo, ale to naprawdę bardzo maluśka kropeczka. Podzielić „na oko” kwadratowy przedmiot na dwie możliwie dokładnie równe części nie jest łatwo, ale po przekątnej – nie sprawia już kłopotu. W to, że suma dwóch boków trójkąta jest zawsze większa od trzeciego – też nietrudno uwierzyć. I tak dalej.

Można tworzyć konstrukcje bardziej wymyślne, jak na przykład równanie, funkcja trygonometryczna. Te już trudniej powiązać z codziennym doświadczeniem, a są i takie twory, których już w ogóle do widzialnego świata odnieść nie sposób.

Matematyczna przyzwoitość wymaga wyłącznie niesprzeczności. Takie drobiazgi, jak związek konstrukcji matematycznej ze światem rzeczywistym – prawdziwy matematyk pomija wyniosłym milczeniem zaprawionym nutką pogardy. Cytowałem już w numerze XIV zabawną przypowiastkę S. Lema o szalonym krawcu. Ale to był żart, a takie rzeczy zdarzają się w rzeczywistości. Geometrie nieeuklidesowe pojawiły się długo przedtem, nim znaleziono w fizyce, coś co mogą one opisywać. Podobnie było z liczbami zespolonymi (nazwa „urojone” była początkowo nazwą w intencji pogardliwą), które dziś są „wołem roboczym” elektrotechniki, czy elektroniki (na przykład). W momencie ich „odkrycia” widziano w nich ewentualnie jedynie matematyczną sztuczkę pomocna przy rozwiązywaniu niektórych równań. Przykłady można by jeszcze mnożyć.

Ja jednakże chciałbym tu zaproponować Czytelnikom coś innego, mianowicie rodzaj łamigłówki typu: „Co by było gdyby?” Otóż zadałem sobie kiedyś dość bezsensowne, ale chyba jednak wolne od sprzeczności pytanie: „Co by było, gdyby liczb naturalnych było skończenie wiele?”. Można to też sformułować inaczej: „Załóżmy, że istnieje największa liczba naturalna (niech się ona nazywa na przykład – S)". I dalej już nie ma nic. Jeśli (powiedzmy) S=8, to dodawanie 5+5 jest w tym systemie bezsensowne (podobnie, jak w „normalnej” arytmetyce – dzielenie przez zero). Co z takiego założenia wynika?

Nie jest ono pewnie praktyczne, ale też nie całkiem bezsensowne. Proszę zauważyć na przykład, że można „całkiem legalnie” założyć, że istnieją tylko dwie liczby naturalne 0 i 1 (zero niektórzy zaliczają do liczb naturalnych – inni nie). Założenie takie – to przecież nic innego jak algebra Boola!

A więc – istnieje największa liczba naturalna = S. Jakie są konsekwencje takiego założenia?

Dobrej zabawy!

[mc]



DOMEK Z KART.

Domek z kart, to utarty związek frazeologiczny oznaczający konstrukcję łatwą do zburzenia. W przenośni też mówimy tak o konstrukcjach nie mających solidnej podstawy. Podobne znaczenie mają takie zwroty, jak „zamki na lodzie” lub „bańki mydlane”. Jeśli takie wyrażenia zadomowiły się w języku – można przypuszczać, że opisują rzecz dość często spotykaną. Wątpię, aby znalazł się wśród Czytelników ktoś, komu nigdy w życiu nie zawaliła się jakaś konstrukcja – wszystko jedno, czy materialna, czy „międzyludzka”, czy też czysto myślowa.

Dlaczego jednak nasze konstrukcje się zawalają, nie działają prawidłowo, a nawet wcale? Przyczyn jest sporo.

Pierwsza i najprostsza – to brak wiedzy o sposobie konstruowania. Cieśla budujący drewniany dom wie na przykład, że deski, która będzie stopniem schodów nie można umieścić byle jak. Pamięta o tym, że łuk słojów musi być skierowany wypukłością do góry. Deska będzie się naturalnie wypaczać do góry, ale chodzący po schodach ludzie będą ja naciskać w przeciwnym kierunku i stopień pozostanie prosty. Ta nieskomplikowana wiedza zabezpiecza konstrukcję przed wadliwym działaniem, czy wręcz uszkodzeniem. Nie zawsze jednak tak proste sposoby wystarczają.

Druga – to brak dostatecznej wiedzy o materiale. Nie jest obojętne z jakiego drewna wykonuje się tę, czy inną cześć skrzypiec. Wielcy lutnicy włoscy używali do budowy swych instrumentów drewna pochodzącego z rozbiórki starych gotyckich ołtarzy (zwłaszcza duże belki podporowe się tu przydawały). Jakość tego materiału – to jedna z tajemnic ich wspaniałego dźwięku. Wadliwy zaś materiał to przyczyna katastrof. Walące się mosty, wykolejone pociągi, uszkodzona uszczelka w promie Challenger to kolejne przyczynki do tego tematu.

Inna przyczyna – to niesprawność konstruktora. Bywa ona różna. Czasem jest to zwykła niestaranność lub lenistwo. Czasem po prostu brak talentu – ten brak wyczucia, co jest ważne, a co nieistotne. Zdarzają się luki w wiedzy, błędy, nierzetelne źródła informacji.

Jeszcze inny kłopot – to po prostu kiepskie elementy konstrukcyjne. Niestarannie obrobione, źle zaprojektowane, źle wykonane. Dla przykładu – firma LEGO. Na czym polegał jej sukces. Między innymi na bardzo „prostej” rzeczy. Na tym, że formy tyk klocków wykonuje się z dokładnością do jednej dziesięciotysięcznej milimetra. Dlatego łatwo z nich budować. Jakie to proste… Bywa też i tak, że konstrukcje rozpoczęto w nieodpowiednim miejscu. Jak się ktoś uprze – może pewnie zbudować dom na bagnach, na grubym lodzie, na pustyni, czy gdzie tam jeszcze sobie wymyśli. Ale w każdym z takich wypadków przyjdzie mu się borykać z trudnościami zarówno podczas budowy, jak i później podczas mieszkania w tym domu. Czy nie lepiej więc od razu wybrać dobre miejsce (jeśli można)? Nie bez racji handlarze nieruchomościami mawiają, że trzy rzeczy decydują o wartości domu: położenie, położenie i położenie.

Tym, co utrudnia nam konstrukcję bywają nieusuwalne przeszkody. Weźmy jeszcze raz te klocki LEGO. Dopóki budujemy z nich (powiedzmy domek) na równym blacie stołu – wszystko w porządku. Wyobraźmy sobie teraz, że z tego blatu wystaje gwóźdź. Mamy do wyboru, albo go ominąć (ale to odbija się na elegancji konstrukcji), albo podpiłować jakiś klocek, albo pogodzić się z faktem, że wyjdzie nam jakaś „krzywa wieża”. Albo – i to chyba najrozsądniejsze możliwości – naprawić stół, lub przenieść się winne miejsce.

No, i wreszcie sabotaż. Zawistników nigdy nie brak, więc i dywersja zawsze się zdarzyć może. Opisywać chyba nie warto.

Opisałem tu wyłącznie kłopoty z konstrukcjami materialnymi. Przeniesienie ich na konstrukcje społeczne oraz myślowe nie powinno Czytelnikowi sprawić kłopotu.

[mc]



BRAK DANYCH.

W opowiadaniach science fiction często jakiś „pokładowy” (koniecznie pokładowy, a nie inny!) komputer oświadcza swoim „komputerowym” głosem”: B–R–A–K––D–A–N–Y–C–H! Znam też opowiadanie, w którym komputer takim właśnie sloganem wykręcał się od odpowiedzi na temat (nie)istnienia Boga. Tyle, że w science fiction – to przeważnie po prostu objaw chwilowej (bądź trwałej) zapaści autorskiej inwencji i w gruncie rzeczy – zabawa. Zaś w rzeczywistości – brak danych, to wcale poważny problem. To, że często brakuje nam danych, bynajmniej nie jest niczym dziwnym. Osobliwe wydaje mi się natomiast, jak często ludzie ten prosty fakt lekceważą.

Spróbuję wyjaśnić rzecz na przykładach.

Inżynierowie to przeważnie ludzie dość trzeźwo myślący i jeśli nawet brakuje im jakichś danych, to na ogół sami dobrze o tym wiedzą i próbują różnych środków zaradczych. Starają się coś przewidzieć w oparciu o dotychczasową wiedzę, logikę, stosują różne zabezpieczania na wypadek zaskakującego rozwoju sytuacji, czy wreszcie starają się rozsądnie wkalkulować pewien element ryzyka. Im jednak łatwo – bo potrafią niemało policzyć. Poza tym mogą wykonywać próby, budować modele i kolejnymi przybliżeniami dochodzić do coraz to lepszych rezultatów.

Weźmy dla przykładu samochód (lub traktor). Konstruktor nie zawsze wie z góry w jakich warunkach przyjdzie mu jeździć. Stąd też silnik jest tak skonstruowany, aby radził sobie dobrze zarówno podczas bardzo mroźnej zimy, jak i upalnego lata, zarówno na poziomie morza, jak i w wysokich górach.

Jeszcze bardziej dotkliwy brak danych gnębił konstruktorów technologii całkiem bezprecedensowych takich jak na przykład bomba atomowa. Doczytałem się, że konstruktorzy pierwszych bomb atomowych rozważali, miedzy innymi, możliwość zapalenia się po wybuchu całej atmosfery ziemskiej. A z kolei podczas przygotowań do lotu na księżyc rozważano, czy jest możliwe, że człowiek w środowisku całkowicie pozbawionym powietrza mógłby kompletnie stracić orientację i próbowano jakoś zabezpieczyć podróżników nawet i na taką najgorszą okoliczność.

Ogólnie rzecz biorąc – inżynierowie konstruują w cierpliwej, posłusznej i przewidywalnej materii. To ich siła. Mogą bowiem cierpliwie dane zdobywać (z pomiarów, obliczeń) i znają przeważnie dość dobrze granice swojej wiedzy.

W tak zwanym „życiu” – nie ma już tak dobrze. Kiedy usiłujemy skonstruować sobie jakieś wyobrażenie (przynajmniej wyobrażenie – nie mówiąc już o zmianach) tego, co dzieje się w jakiejś grupie społecznej – trafiamy na kłopoty.

Znów przykład. Czytałem kilka artykułów, z serii tak zwanych „teorii spiskowych”, dotyczących ataku na WTC. W jednym z nich autor zajął się filmem przedstawiającym uderzenie samolotu w jedną z wież. Obejrzał sobie ten film dokładnie, klatka po klatce i zauważył coś, co wydało mu się podejrzane. Otóż znając kursową prędkość samolotu, można łatwo obliczyć, o ile przemieszcza się on w ciągu sekundy, oraz w ciągu jednej klatki filmu. Z rachunków tych wyszło mu, że jest to długość dostateczna, aby obraz samolotu powinien być dość mocno zamazany (jak każde zdjęcie szybko poruszającego się obiektu zrobione przy zbyt długim czasie naświetlania). Na poszczególnych kadrach filmu był on jednak nienagannie ostry. Z tego faktu autor wysnuł wniosek, że obraz samolotu został komputerowo „wklejony” w poszczególne klatki. Dla wyjaśnienia warto może dodać, że przy normalnej szybkości wyświetlania filmu – różnica nie jest zauważalna. Tyle tylko, że nie podał, jak można zweryfikować autentyczność samego filmu, ani nawet informacji o tym, że takiej weryfikacji dokonał (albo choć próbował). A przecież bez tej pewności – całe rozważnie nie jest wiele warte.

Inny przykład. Grupa ludzi – wakacyjne towarzystwo, grupa zainteresowań, współbiesiadnicy, klasa szkolna, sąsiedzi, koledzy z pracy etc. Kiedy grupa jest dość liczna (przynajmniej kilka, kilkanaście osób) dają się w niej zaobserwować różne zależności, podziały, frakcje etc. Włączeni (a tym bardziej – dołączeni) do takiej grupy usiłujemy jakoś zrozumieć prawa nią rządzące. Zdarza się też niejednokrotnie, że dopiero po dłuższym czasie odkrywamy jakieś sekrety, zależności, powiązania, które pozwalają nam zrozumieć zachowania członków grupy. Do czasu, kiedy ich nie znamy (a czasem trwa to bardzo długo) – działamy na oślep i przeważnie popełniamy błędy.

W nauce i filozofii także pod dostatkiem przykładów braku danych. Latami spekulowano na temat tzw. „kanałów marsjańskich” i dopiero usprawnienie przyrządów optycznych, a ostatnio loty kosmiczne, wyjaśniły sprawę. Przykra pomyłka zdarzyła się też Heglowi, który brak danych kompensował zaufaniem do swej idei absolutnej. Z rozważań przy biurku wyszło mu, że nie może być więcej niż siadem planet. Ogłosił nawet tę rewelację drukiem. Niemiły pech chciał, że dosłownie w tydzień po ukazaniu się książki – odkryto ósmą planetę naszego systemu słonecznego. Nakład, co prawda dość histerycznie wycofywano ze sprzedaży, ale znalazło się jednak paru prześmiewców.

Oczywiście wszystko to rzeczy lepiej, czy gorzej znane. Proszę sobie jednak poobserwować swoje otoczenie pod tym właśnie kątem. Proszę się przyjrzeć, jak często i z jaką pewnością siebie ludzie wygłaszają różne sądy, oceniają innych ludzi oraz fakty, a w końcu podejmują takie, czy inne działania w oparciu o bardzo wątły zasób, bardzo niepewnych danych.

Jeśli obserwacje będą rzetelne – rezultaty będą zaskakujące.

Gwarantuję.

W oparciu o własne dane.

[mc]