TEMAT MIESIĄCA zawiera główną treść gazety artykuły ukazujące wybrane zagadnienie z różnych punktów widzenia.









Temat numeru XXIV (październik 2007): ROZPAD.
Tematem następnego numeru będzie: KONSTRUKCJA.


ROZPAD.

W kwietniu 1966 Richard Feynman wygłosił przemówienie do członków National Science Teachers’ Assotiation (Narodowego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych) na temat: „Czym jest nauka?”. Jednym z omawianych zagadnień była umiejętność obserwacji. Feynman, swoim zwyczajem, sypiąc jak z rękawa sugestywnymi przykładami i anegdotami, wspominał dziecinne, leśne wędrówki z ojcem (dla którego zresztą żywił zawsze wielki szacunek). Opowiadał tam, jak to ojciec uczył go obserwować przyrodę, tłumaczył mu przystępnie długie łańcuchy zależności, wyjaśniał jak to się dzieje, że coś żyje, rośnie, rozwija się. W pewnym momencie Feynman wspomina:

„Pewnego dnia, kiedy już to wszystko obejrzeliśmy, ojciec zabrał mnie do lasu jeszcze raz i powiedział: „Przez cały ten czas, kiedy obserwowaliśmy las, widzieliśmy jednie połowę tego, co tak naprawdę się dzieje, dokładnie połowę”.

Zapytałem: „Co masz na myśli?”

Odpowiedział: „Patrzyliśmy, jak wszystko rośnie, ale na każdą odrobinę, która przyrasta przypada dokładnie taka sama odrobina, która się rozkłada. Gdyby było inaczej, materia byłaby nieodwracalnie zużywana. Obumarłe drzewa leżałyby wokoło, zużywając cały tlen z powietrza i gleby i to, co zużyte nie wracałoby do powietrza i gleby. Nic więcej nie mogłoby urosnąć, bo nie miałoby na czym. Każdej odrobinie, która przyrasta, musi więc odpowiadać dokładnie taka sama odrobina, która się rozkłada.”

Po tym jeszcze wielokrotnie spacerowaliśmy po lesie, rozbijaliśmy stare pniaki, oglądaliśmy zabawne robaki i grzyby – ojciec nie mógł mi pokazać bakterii, ale widzieliśmy efekty murszenia. Patrzyłem na las, jak na miejsce, w którym nieustająco krąży materia. [Richard P. Feynman – „Przyjemność poznawania” Prószyński i S-ka ISBN 83-7337-912-6]

Wydaje się, że ojciec Richarda Feynmana miał rację. Jest rzeczywiście tak, jak to tłumaczył swemu synowi i w gruncie rzeczy nic w tym nowego. Już Heraklit zauważył, że wszystko w przyrodzie zmienia się i krąży. Zauważali to i inni filozofowie. Współczesna biologia, chemia i fizyka potwierdzają taki obraz świata z całą dobitnością.

A że i my kręcimy się w tym recyklingowym młynie i, że ta rola małego wymiennego trybika jednorazowego użytku budzi nasz rozpaczliwy sprzeciw – to już nasz problem. Natura nie zna litości.

Nie może jej znać – bo jest NIKIM.

[mc]



RUINY.

Rozpad, ruina, destrukcja, dekadencja, dezintegracja, zniszczenie – wszystko to pojęcia, które kojarzą nam się raczej źle. Ze stratą (a nawet utratą), kłopotem materialnym, duchowym, a w końcu i z umieraniem. Wydawałoby się więc, że są to rzeczy, których w naturalny sposób będziemy w życiu unikać. I tak przeważnie jest. Ale nie zawsze. Wystarczy jakaś dłuższa podróż, wycieczka, czasem nawet spacer, aby z dużym prawdopodobieństwem natknąć się na tabliczkę w rodzaju „Zabytkowe ruiny zamku (2km)”, „Zabytkowy cmentarz”, „Muzeum paleontologiczne” i inne, podobne. Jeśli umieszcza się dość powszechnie tego rodzaju tabliczki, to znaczy, że są one potrzebne, że ktoś z nich jednak korzysta. Ogląda ruiny zamków, stare nagrobki, kości prehistorycznych gadów. Ba, niedaleko szukając – i u mnie jest lamus, który, jak to zresztą napisałem w nagłówku, jest wynikiem jakiegoś niewyjaśnionego zamiłowania do różnych graciarni.

Takich rzeczy jest zresztą naprawdę bardzo dużo. Dla przykładu – złomowiska. Owszem, przeważnie przychodzi się tam, aby oddać coś nieużytecznego, czasem, aby poszukać jakiejś nietypowej części zamiennej, jakiegoś potrzebnego materiału. Powód przybycia jest przeważnie racjonalny, ale wystarczy chwilę poobserwować ludzi na złomowisku, aby dostrzec, że często po prostu przyglądają się temu, co tam jest, pogrążeni w jakichś swoich myślach. Podobnie funkcjonują bazary, czy sklepy z różnego rodzaju starzyzną. Albo antykwariaty. Oczywiście zwykle szuka się konkretnej książki, ale większość moich znajomych potwierdza, że samo przebywanie w antykwariacie, wśród starych rozpadających się (fizycznie i treściowo!) książek jest dla nich po prostu przyjemne. W ruinach zamków, w starych kamienicach, fabrykach, młynach buduje się przytulne kawiarenki. Umieszcza się na widoku różne stare, często popsute graty. Jakieś archaiczne maszyny do pisania, liczenia, dziurawe garnki, nadtłuczone naczynia, nieczynne lampy (naftowe), stare książki, zabawki, obrazki, ozdoby.

Za dużo tego, jak na przypadek.

Wygląda mi na to, że ludzie z jednej strony mają jakiś naturalny, silny instynkt unikania tego, co się nam z destrukcją wiąże, ale też z drugiej strony jakąś trochę perwersyjną ciekawość. Stojąc nad urwiskiem – wiemy przecież, że upadek grozi naszemu zdrowiu, a może i życiu. Tym niemniej – zachowując mniejszą, lub większą ostrożność – wychylamy się jednak, aby zajrzeć w przepaść. To zresztą nie jedyny przykład. Ludzie bardzo często sami, z własnej woli podejmują ryzyko, narażają się na utratę zdrowia, bywa wręcz, że i życia. Jasne, że motywy bywają różne – chęć zbadania własnych możliwości, potwierdzenie swej wartości, zaimponowanie komuś, desperacja, ciekawość i inne, których nie znam. Jednakże wydaje mi się, że w wielu takich wypadkach także i ten czynnik „zajrzenia w świat destrukcji” może także działać i to nawet dość silnie.

Mogę tu zresztą przytoczyć jeszcze inny, drastyczny przykład – publiczne kary i egzekucje. W dawnych czasach były one dość powszechne; kościół, wraz z jego inkwizycją, zapisał tu wiele najbardziej niechlubnych kart w swej długiej historii, ale też i władze cywilne urządzały różne publiczne kary dla przestępców. Nie wiem, czy udział w takich widowiskach bywał obowiązkowy – raczej nie. Jednak cieszyły się przeważnie sporą frekwencją. Zapewne jakąś cześć publiczności mogli stanowić sadyści, bądź innego rodzaju zwyrodnialcy, ale większość tych gapiów, to byli zwykli ludzie, którzy potem wracali do swego zwykłego życia. Co więc mogło ich na te „spektakle” ściągać? Myślę, że właśnie ta sama chęć „zajrzenia na druga stronę”.

Każdy z nas musi umrzeć – to bodaj jedno, co nas zrównuje. Od zwierząt zaś – różnimy się tym, że wiemy o tym od dziecka. Myśl ta jest dla nas przeważnie nieznośna. Budzi zrozumiały lęk, więc usiłujemy jakoś dojść z nią do ładu. Jedną z możliwości jest zepchnięcie jej w niepamięć. Nie myślimy o tym na co dzień, a przynajmniej dzieje się tak do momentu, kiedy zapytany o diagnozę lekarz nie zaczyna udzielać pytyjskich odpowiedzi, bądź nie zobaczymy w cęgach dentysty pierwszego zęba, który znalazł się poza naszą szczęką. Staramy się dokładnie wypełnić życie bądź radościami, jakie może nam podarować, bądź choćby codzienną pożyteczną krzątaniną. Jest jednak i druga metoda radzenia sobie z tym lękiem. Boimy się, jak wiadomo, nieznanego. Próbujemy więc obrócić nieznane w znane. Dowiedzieć się, co nas czeka, jak „tam” jest. Próbujemy się uodpornić, jak lekarz, na widok krwi, ran, cierpienia, a w końcu i śmierci. I tak jak lekarzowi – tak i nam nigdy się to chyba tak do końca nie udaje – co najwyżej uśmierza nieco lęk.

Tyle możemy.

[mc]



DEZINTEGRACJA POZYTYWNA.

Profesor Kazimierz Dąbrowski, psycholog i lekarz, ukuł określenie: „dezintegracja pozytywna”. Nie jest to pojęcie „wymyślone przy biurku” przez oderwanego od życia teoretyka – przeciwnie – termin wziął się, jak można sądzić, z uogólnienia dużej ilości praktycznych obserwacji. Proces ten (dezintegracji pozytywnej) ma, według autora, przebiegać w trzech etapach:

  1. Posiadamy pewien system wiedzy (przekonań), lub wartości, który pozwala nam funkcjonować w naszej rzeczywistości.
  2. Stwierdzamy niezgodność tego systemu z rzeczywistością, system przestaje nam wystarczać, nuży swoją powtarzalnością, bądź zachodzą zmiany wymuszające rewizję poglądów.
  3. Następuje rozpad systemu (dezintegracja właśnie) i próba zbudowania innego (lepszego, bądź całkiem odmiennego).
O przykłady, zarówno bardzo konkretne, jak i skrajnie abstrakcyjne – chyba niezbyt trudno. Jedynak, któremu przychodzi na świat rodzeństwo, przechodzi przez taki właśnie proces. Zmiana stanu cywilnego, miejsca zamieszkania, wykonywanego zajęcia, procesy starzenia, nawiązywania i zrywania kontaktów z innymi ludźmi oraz wiele innych, podobnych wydarzeń odbywa się właśnie według powyższego schematu. Podobnie dzieje się też w przypadku rzeczy bardziej abstrakcyjnych. Dla przykładu – teoria naukowa także przez jakiś czas funkcjonuje jako słuszna, później zaczyna się dostrzegać jej braki i próbuje skonstruować inną – doskonalszą. Czytelnik znajdzie sobie zapewne bez trudu inne, rozliczne przykłady.

Podany schemat jest, jak widać, wysoce uniwersalny. Nietrudno go wyśledzić zarówno w najbanalniejszych życiowych wydarzeniach, jak i w globalnych procesach historycznych. Jest tak powszechny i „oczywisty”, że właściwie trudno go nawet poddać jakiejkolwiek krytyce. Ja także nie zamierzam tu polemizować. Zainteresowało mnie natomiast coś innego, a mianowicie dodany przez autora przymiotnik – „pozytywna”. Nietrudno się domyślić, skąd się tam wziął. Profesor Dąbrowski był zdania, że opisany proces dezintegracji jest elementem rozwoju człowieka, zmian na lepsze w jego psychice, elementem postępu w rozumieniu (a tym samym pewnie i akceptacji) świata – najogólniej ujmując – jakimś procesem uczenia się. Do pewnego stopnia mogę się z tym zgodzić. Przełom kopernikański (dezintegracja systemu heliocentrycznego) dostarczył nam bez wątpienia bardziej realistycznego obrazu rzeczywistości. Pozwolił dokonać rzeczy, które bez niego nie byłyby możliwe. Nasze rozczarowania zachowaniem bliźnich pozwalają nam stworzyć sobie bardziej realistyczny obraz ludzkiej natury, a tym samym pewnie i lepiej radzić sobie w przyszłości, unikając różnych życiowych pułapek. Tak właśnie zdobywamy wiedzę i tak zwane doświadczenie życiowe (nie wiem właściwie dokładnie, czym ono jest, ale niech obiegowe znaczenie tego terminu na razie nam tu wystarczy). Wygląda więc, że dodanie tego przymiotnika było całkiem rozsądne.

Mnie jednak, i to zaraz, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z tym pojęciem, wydało się, że jest tam jeszcze coś więcej. Coś jakby wstydliwie przemilczanego, a równocześnie bardzo ważnego. Można przecież było pozostać tylko przy dezintegracji, albo wybrać jakieś neutralne określenie: metamorfoza dekonstrukcyjna, przemiana weryfikująca, przeobrażenie pojęciowe (psychologia zawsze odznaczała się bujnością słowotwórczą, więc na tym poprzestanę, aby nie robić konkurencji). Profesor Dąbrowski jednak wybrał słowo „pozytywna”. Był mądrym człowiekiem, więc pewnie wiedział, co robi. Myślę, że postąpił tak, aby zasugerować ludziom, iż przechodzenie przez ten proces wychodzi im na dobre („pozytywny” to przecież słowo bliskoznaczne takim, jak dobry, przyjemny, aprobowany, pożądany). Chciał nam prawdopodobnie zasugerować, że z takich katastrof dezintegracji wychodzimy jakoś tam mądrzejsi. Podobną funkcję pełni chyba też i sama ta (nieco nadęta) dezintegracja. Przecież to w końcu synonim rozpadu – słowa budzącego złe skojarzenia, czasem wręcz grozę; ta dezintegracja wygląda mi więc na jakiś kamuflaż. Profesor Dąbrowski nie był z tych, którzy potrzebowaliby potwierdzać swą umysłową wartość barokowym, pseudonaukowym żargonem. Jeśli więc postąpił, jak postąpił – musiał mieć w tym jakiś sensowny cel. A jedynym, jaki potrafię sobie tu wystawić, byłaby chęć dodania ludziom otuchy.

Dlaczego tak myślę? Po prostu dlatego, że pokrzepienie jest tu jak najbardziej na miejscu. Proces dezintegracji jest przeważnie dość przykry, czasem bardzo przykry, a bywa nawet całkiem tragicznym wydarzeniem w życiu ludzkim. Ci, u których dezintegracja światopoglądu przybrała bądź zbyt wielkie rozmiary, bądź przebiegła nazbyt gwałtownie „tracą zmysły”, mówią, że „zawalił im się świat”, popadają w depresje, tracą radość życia, a w skrajnych przypadkach – popełniają samobójstwa. Cena mądrości bywa bezlitośnie lichwiarska. Pozostając zaś przy tej metaforze – niektórzy otrzymują swój przydział mądrości za rozsądną cenę, inni przepłacają życiu – bezlitosnemu zdziercy, a bywają i tacy, którzy raz wpadłszy w pułapkę zadłużenia, do końca swych dni nie zdołali się z niej wydostać.

A jak daleko leży lichwa od naszego zwykłego poczucia uczciwości, czy sprawiedliwości – objaśniać chyba nie ma potrzeby.

[mc]



ROZCZAROWANIE.

Spróbujmy najpierw „rozmontować” samo słowo.

Oznacza ono, że wcześniej byliśmy czymś oczarowani, zaczarowani, urzeczeni, a w momencie rozczarowania ten czar prysł, został z nas zdjęty, wróciliśmy do rzeczywistości, przejrzeliśmy na oczy i jak tam jeszcze kto zechce to nazwać. Idąc dalej – sam „czar” – to przenośnia, to wyrażenie (by tak rzec) „bajkowe”. W baśniach czary mają swoje dobre prawo obywatelstwa i nasze ciche przyzwolenie na funkcjonowanie. Ba, bez nich wręcz niewiele bajek by się ostało! Ale w życiu ten czar – to, niestety, wyłącznie nasze złudzenia, brak wiedzy i trzeźwej oceny rzeczywistej sytuacji. W stan taki możemy zostać wprowadzeni z zewnątrz – przez kogoś, lub coś, bądź też możemy się w niego wprowadzić sami. Jakby nie było – nasze przekonanie jest niezgodne ze stanem faktycznym. Oto ktoś oczarował nas swym urokiem towarzyskim, a potem zachował się wrednie, albo też ujrzeliśmy z daleka piękne jezioro, które z bliska okazało się brudne i pełne śmieci. Ktoś się w kimś zakochał, aby potem się zdziwić, jak to się w ogóle mogło przydarzyć, ktoś inny uwierzył w jakąś ideę, której głupawość dojrzał po latach. I tak dalej.

Wszystkim tym przykładom wspólne jest kilka elementów. Przede wszystkim początkowy brak dostatecznej wiedzy. Następnie zaangażowanie emocjonalne. I w końcu wysiłek myślowy (przeważnie sprowokowany jakimś zewnętrznym bodźcem), który pozwala nam powrócić do rzeczywistości.

Rozczarowanie nie jest miłe – każdy je zna i każdy to wie. Uczucie to bywa tak przykre, że wielu ludzi ukrywa swoje rozczarowania. Niektórzy nawet usiłują je ukryć sami przed sobą, tak jakby nie wiedzieli, jakie to bezcelowe. Nic w tym jednak dziwnego. Doznając rozczarowania – niejako przyznajemy się do uprzedniej głupoty. Oczywiście natychmiast mamy na podorędziu komplet wykrętów. Wprowadzono mnie w błąd, byłem zaangażowany emocjonalnie, tego się nie dało przewidzieć… i co tam jeszcze diabełek miłości własnej zechce podrzucić. Ale mimo tych wymówek – nieubłagany fakt chwilowej głupoty pozostaje – i nie ma na to rady. Oczywiście możemy nawet obrócić sytuacje na naszą korzyść (Aus dem Not – eine Tugend machen – powiada niemieckie przysłowie). No, rzeczywiście daliśmy się oszukać, ale mylić się jest rzeczą ludzką i w końcu nasza potężna inteligencja pozwoliła nam się wyrwać z sideł błędu, którego, naturalnie, więcej już nie popełnimy, a więc w sumie… i tak dalej.

Bez wątpienia rozczarowanie jest jednak jakoś tam przydatne. Pozwala wrócić do rzeczywistości i jakoś, częściowo przynajmniej, zabezpiecza przed trwaniem w błędzie, które, na dłuższa metę, musiałoby się przeciw nam obrócić. Jest to więc jakiś hamulec bezpieczeństwa działający wtedy, kiedy nasze myśli potoczą się fałszywymi koleinami, wjadą na ślepy tor, stracą przyczepność na śliskiej nawierzchni, by użyć takich pojazdowych metafor. Z rozczarowań destylujemy sobie także zacny i zdrowy eliksir doświadczenia życiowego, które nie tylko daje nam poczucie własnej wartości, ale też i dość skutecznie zabezpiecza przed potencjalnymi przyszłymi rozczarowaniami. I to jest bez wątpienia całkiem rzetelna wartość, którą możemy sobie wydobyć z rozczarowania. Choć „ilościowo” – bywa tu różnie. Czasem z małego rozczarowania wyciągamy rozliczne, niezwykle pożyteczne wnioski, a czasem odwrotnie – duże rozczarowanie niewiele uczy. Bywają rozczarowania tak silne, że na długie lata (a bywa, że i całe życie) paraliżują umysł cierpieniem o natężeniu tak wielkim, że nie ma praktycznie szansy na racjonalną refleksję. Przeważnie jednak czegoś się tam uczymy, coś w głowie zostaje i kapitalik życiowego doświadczenia choć trochę przyrasta. Nie jest więc tak źle.

Tyle tylko, że ten świat sprzed rozczarowania był jakiś piękniejszy, lepszy. Wiec budzi się żal, że utraciliśmy jakiś kolejny raj. I coraz trudniej uwierzyć w każdy raj następny. I zmory goryczy, podejrzliwości, zniechęcenia znów podnoszą swe wstrętne łby. I można zasadnie zapytać, czy zdobyte na rozczarowaniu doświadczenie kompensuje te straty…

[mc]



CYNIZM.

cynizm 1. postawa życiowa charakteryzująca się nieuznawaniem obowiązujących w danym środowisku praw i obyczajów; lekceważące odnoszenie się do ogólnie przyjętych i uznanych wartości, zasad etycznych itp. 2. filoz. doktryna starogreckiej szkoły filozoficznej założonej przez Antystenesa z Aten (V-VI w. p.n.e.), głosząca, że życie zgodne z naturą jest najwyższą cnotą, a szczęście polega na ograniczeniu potrzeb materialnych, postulująca uniezależnienie człowieka od konwencjonalnych norm religijnych, moralnych obyczajowych, prawnych i społecznych.
‹niem. Zynismus, z gr. kynismós, od kynizõ ‘zachowuję się jak cynik’›

cyniczny 1. będący wyrazem czyjegoś cynizmu, drwiący sarkastyczny 2. lekceważący panujące obyczaje i uznane wartości 3. o poglądach filozoficznych: zgodny z teoria starożytnego cynizmu greckiego.
‹od cynik›

cynik 1. człowiek, którego postawą życiową jest cynizm, jawnie lekceważący uznane wartości i zasady moralne, kpiący z przyjętych obyczajów 2. wyznawca cynizmu, jako teorii filozoficznej.
‹łac. cynicus, z gr. kynikós, p. cynizm›

Podałem te definicje trochę już może i z „adremowego nałogu”, ale głównie po to, aby wskazać różnice pomiędzy potocznym, a historycznym znaczeniem słowa „cynik”.

Epitetami „cynik”, „cyniczny”, „cynizm” w potocznym znaczeniu określamy ludzi podłych. Takich, po których można się spodziewać wszystkiego najgorszego, których należy się obawiać i w miarę możności unikać. Słowo „cyniczny” często występuje razem z takimi, jak „łotr”, „drań”, „kanalia”. Jest nawet powiedzonko, że „cynik, to taki, który zna cenę wszystkiego, lecz nie zna wartości niczego”. Tymczasem cynicy stanowili po prostu pewien ruch filozoficzny w starożytnej Grecji powstały w V w. p.n.e. i trwający w zasadzie do końca starożytności. Wpływy filozofii cyników można zresztą nawet wyśledzić jeszcze i wiele później. Ich zainteresowanie zagadnieniami etyki oraz sposobami osiągania szczęścia w życiu przenika i takie późniejsze kierunki, jak epikureizm, stoicyzm czy sceptycyzm.

Wbrew rozpowszechnionemu współcześnie mniemaniu, cynicy koncentrowali się głównie właśnie na etyce. Jedyną wartością godną filozoficznych rozważań była, ich zdaniem – cnota. Stąd też odnosili się obojętnie nie tylko do uznanych w społeczeństwie wartości, ale nawet i do zdobywania wiedzy. Cnotę jednak rozumieli na swój specyficzny sposób, jako wyrzeczenie się wszelkich potrzeb materialnych i zerwanie więzi społecznych. Można tu, oczywiście przytaczać mnóstwo anegdot o cynikach a zwłaszcza o, najpopularniejszym bodaj, Diogenesie z Synopy, jego życiu w beczce i innych oryginalnych obyczajach. Ja pozwolę sobie na jedną, która mi się szczególnie spodobała. Otóż Diogenes raz poprosił, by mu postawiono posąg, a zapytany, dlaczego o to prosi, odrzekł: "Żeby się przyzwyczaić do odmowy swym prośbom". W ogóle zresztą był on znany z ciętych, paradoksalnych replik. Jednakże mimo weredycznego usposobienia i obyczajów, najłagodniej określając, niekonwencjonalnych – był podobno ogólnie bardzo przez Ateńczyków lubiany. Jedna z opowiastek o nim głosi, że człowieka, który zniszczył jego beczkę Ateńczycy ukarali, zaś Diogenesowi podarowali inną na mieszkanie.

Już z tych powyższych informacji widać, że obiegowe określenie cynizmu dalekie jest od tego, czym był on dla autorów tej koncepcji. Przecież ludzie podli, których obecnie określa się jako cynicznych, przeważnie mają się materialnie bardzo dobrze – cynizm (ten w dzisiejszym rozumieniu) to ogromny potencjał możliwości wyzysku, oszukiwania i krzywdzenia bliźnich dla osiągnięcia własnych, egoistycznych celów. Cynicy starożytni zaś żyli w skrajnym ubóstwie (jak psy – stąd przecież nazwa). Ponadto my (współcześni) cynizmu raczej nie lubimy, ani jako dość rozpowszechnionej pozy, ani, tym bardziej, cynizmu rzeczywistego. Wątpliwe jest też, aby starożytni przepadali za ludźmi, których my dzisiaj przymiotnikiem „cyniczni” określamy. Jeśli więc lubili Diogenesa – musiał on być cynikiem w całkiem innym niż dzisiejsze znaczeniu tego słowa. Nawiasem mówiąc także i w starożytności cynizm nie był ruchem całkiem jednorodnym. Diogenes – cynik skrajny – lansował dwie maksymy: wystarczanie–samemu–sobie (autarkia) i obojętność (apatia). Jego uczeń Krates, wzorem nauczyciela uważał wprawdzie, że cynik powinien rezygnować z dóbr materialnych i zaszczytów, wprowadził jednakże do cynizmu elementy oddania dla innych i filantropii.

„Udawał się do domów przyjaciół, czy był wzywany, czy też nie, aby godzić ze sobą domowników, kiedy tylko zorientował się, że żyli w niezgodzie. Napominał nie surowo, ale łagodnie, w taki sposób, żeby się nie wydawało, iż oskarża tych, których upominał, ponieważ chciał być pożyteczny dla nich, a także dla tych, którzy im się przysłuchiwali."

„Nauka Kratesa przyciągnęła także Hipparchię, siostrę Metroklesa. Oboje pochodzili z Maronei. Ujęły ją mowy Kratesa i tryb jego życia, tak że ani bogactwo, ani szlachetne pochodzenie, ani uroda innych zalotników nie mogły jej oderwać od Kratesa. Stał się dla niej wszystkim. Groziła rodzicom, że odbierze sobie życie, jeśli nie dadzą jej za żonę Kratesowi. Rodzice prosili Kratesa by odwiódł ich córkę od jej zamiaru, a on uczynił rzeczywiści wszystko, by ją zniechęcić do siebie, gdy jednak nie słuchała go, wstał i kładąc przed nią swoje rzeczy, powiedział: Taki jest twój narzeczony. Oto cały jego dobytek. Zastanów się nad tym. Nie będziesz towarzyszką mojego życia, jeśli nie potrafisz żyć tak jak ja. Hipparchia dokonała wyboru, przywdziała taki sam strój, wszędzie chodziła z mężem, pokazywała się z nim publicznie i na ucztach." [Julian Apostata, Mowy]

Ja jednak nie chcę tu bronić cynizmu, ani jako kierunku filozoficznego, ani (tym bardziej) jako desygnatu współczesnego określenia. Chciałbym raczej zatrzymać się tym, skąd się cynizm bierze.

W starożytności, jak można przypuszczać, był on reakcją na sytuację historyczną. Świat greckiego antyku zaczynał się już powoli chylić ku upadkowi i można przypuszczać, że cynicy byli kimś w rodzaju dekadentów tamtych czasów. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego. Dekadencki był też na przykład fin de siècle francuski, czy angielski, lecz tam poszedł on w kierunku skrajnego hedonizmu, sybarytyzmu, wyrafinowania i przepychu. Zresztą ludzie, o tego rodzaju filozofii życia istnieli przecież w każdej epoce – zmieniały się tylko ich liczebność i (by tak rzec) nasilenie jego objawów. Można cynizm przyrównać do sceptycyzmu, który z różnym natężeniem przenika inne filozofie, ideologie i poglądy.

Skąd się jednak cynizm bierze współcześnie? I to zarówno ten (nazwijmy go) „abnegacki”, wzorowany na greckim oryginale, jak i ten we współczesnym pojęciu. Źródła i przyczyny mogą być zapewne różne w konkretnych przypadkach. Mnie jednak bardzo trafiło do przekonania wyjaśnienie, jakie znalazłem w pewnym podręczniku psychologii. Otóż autor sugerował tam, że cynizm dotyka ludzi, którzy się w coś bardzo silnie zaangażowali emocjonalnie, a następnie doznali silnego rozczarowania. Byłby to więc jakiś „rozpad” marzeń, nadziei i oczekiwań. Za takim wyjaśnieniem przemawia jeszcze i fakt, że często zdarzają się ludzie tylko w pewnych sferach życia cyniczni. Moje prywatne obserwacje wskazują na to, że w samej rzeczy doznali oni w przeszłości jakiegoś urazu w tej sferze. Cynizm byłby więc jakąś próbą samoleczenia organizmu. Polegałaby ona na skrajnie racjonalnym i zimnym podejściu do rzeczy, w których emocjonalne zaangażowanie nie sprawdziło się i doprowadziło do klęski. Na wzgardzeniu tym, czego pragnęliśmy, a nie zdołaliśmy osiągnąć.

Byłby więc konsekwencją rozczarowania.

Rozczarowanie zaś, mimo wszystkich argumentów, jakimi możemy je podeprzeć, jest czymś dla nas „niezdrowym” – rujnuje nasz organizm. Może i zdobywamy odporność, jak po chorobie, ale przez samą chorobę musimy przejść i to nas wyniszcza. Poza tym zdobywamy odporność tylko na pewne szczepy bakterii i wirusów, a wciąż pojawiają się nowe, coraz bardziej złośliwe. Nasz organizm słabnie odpierając kolejne ataki i w końcu któraś z chorób nas zabija. Jeśli cynikiem, zwłaszcza takim skrajnym, jak Diogenes, staje się człowiek, który doznał zbyt wielu, lub zbyt silnych rozczarowań – to byłby to po prostu człowiek zrujnowany duchowo. Niewykluczone więc, że Ateńczycy lubili Diogenesa właśnie w taki sposób, w jaki my lubimy ruiny zamków.

[mc]



RADOŚĆ ROZPADU.

Tytuł brzmi trochę, jak oksymoron, ale wystarczy przez jakiś czas poobserwować małe dziecko podczas zabawy (na przykład klockami), aby naocznie przekonać się o tym, że z rozpadu można także czerpać i radość. Widzimy, kiedy taki berbeć przez jakiś czas cierpliwie układa klocki, według jakiegoś, sobie tylko wiadomego, porządku, a potem jednym, nagłym ruchem rączki rozwala tę budowlę i śmieje na widok rozsypujących elementów.

Nie tylko dzieci są zresztą amatorami takich widowisk. Wyburzanie domów (lub innych budowli) ładunkami wybuchowymi, miejsca zarówno naturalnych, jak i cywilizacyjnych katastrof, sciągają tłumy gapiów. Jak się chwilę zastanowić, to przecież i sztuczne ognie są właściwie (niezwykle efektowną wprawdzie, ale jednak) formą dziecięcej zabawy klockami. Strzelnice, rozbijanie świnki–skarbonki, wypadki zupełnie zbędnego niszczenia jakichś niepotrzebnych rzeczy, zrywania więzów społecznych – wszystkie te (i wiele innych) rzeczy potrafią wzbudzić u ludzi euforyczną wręcz radość. Ten nagły „wzrost entropii” nie tylko nie przygnębia, ale jakby uskrzydla, a zdarza się nawet, że wprowadza w jakiś „narkotyczny” trans. Przyczyna jest chyba prosta. Rozpad jest wprawdzie ruiną starego porządku, ale też i eksplozją (mniejsza na razie o to, na ile uzasadnionej) nadziei na lepszą przyszłość. Oddaliśmy stary samochód do kasacji – na widoku pojawia się nowy, mamy nadzieję – lepszy. Zerwaliśmy uciążliwą znajomość – jesteśmy otwarci na nowe, mamy nadzieję – lepsze kontakty. Zniszczyliśmy pewien instytucjonalny porządek, aby wprowadzić inny, nowy, mamy nadzieję – lepszy. I tak dalej.

Warto jednak zauważyć w tych wszystkich przykładach pewien wspólny mianownik. Otóż ta destrukcja bardzo nam odpowiada, ale tylko pod warunkiem, że to my sami o niej decydujemy (ewentualnie bywamy skłonni odstąpić tę radość komuś, kogo lubimy). No, bo jak narzucona z zewnątrz – to… O, nie! Tylko nie to! Ja – mogę niszczyć, ale inni muszą mnie zapytać o pozwolenie, a ja – albo się zgodzę, albo nie. Kali i krowa.

Jakby jednak nie było – rozpad, destrukcja, zniszczenie miewają czasem jakiś katarktyczny charakter. Dają nam radosne poczucie „rozpoczęcia nowego życia”, „wyrwania z pęt”, „nieograniczonej wolności wyboru”, „początku budowania lepszej przyszłości” (proszę łaskawie zwrócić uwagę na te znaczki: „”). I czasem w istocie rozpad zwiastuje, a nawet i przynosi faktycznie zmiany na lepsze.

Bywa też czasem bodźcem twórczości artystycznej. I to zarówno w skrajnej „turpistycznej” wersji, jak i w bardzo eleganckiej i wyrafinowanej, jak na przykład w twórczości okresu Młodej Polski. Artystów tego okresu wręcz fascynowały różne katastrofy, stany rozpadu osobowości w obłędzie i w końcu śmierć, jako nieunikniona ostateczność. Dość przywołać tu twórczość S. I. Witkiewicza, T. Micińskiego, M. Karłowicza, czy J. Malczewskiego. Warto też zauważyć różne interpretacje. Obłęd był postrzegany zarówno jako tragiczne obciążenie człowieka, ale też i źródło niesamowitych, niezwykle bogatych doznań. Śmierć – z jednej strony, jako tragedia, a z drugiej, jako rodzaj ostatecznego ukojenia i wyzwolenia od życiowych cierpień.

Dygresja: Tu pozwolę sobie na małą dygresję; dygresja to w końcu nic innego jak chwilowy „rozpad” narracji. Warto może zwrócić uwagę (wiem, że nie odkrywam tu Ameryki) na znaczny udział języka (mam tu na myśli zarówno jego etniczne, jak i środowiskowe odmiany) w sposobie odbioru rzeczywistości. Zachodzi to zresztą w obydwie strony – sposób odbioru rzeczywistości jakoś tam kształtuje też i sam język. Za prosty przykład niech posłuży tu rodzaj gramatyczny. W węgierskim (jak mi powiedzieli znajomi Węgrzy) – nie ma go w ogóle, tak jak na przykład we francuskim nie ma przypadków (przynajmniej naszego typu). W angielszczyźnie występuje wprawdzie rodzaj, ale jest silnie zredukowany – wszystko, co nie żyje jest „it”. Jezyki romańskie (francuski, włoski) rozróżniają tylko dwa rodzaje – męski i żeński. Polski (i niemiecki na przykład) mają męski, żeński i nijaki. Nawiasem mówiąc przypisywanie rodzaju do słów jest sensowne tylko w wypadku istot wyraźnie określonej płci. Fakt ten (nieznajomości rodzaju) nieuchronnie już po krótkiej rozmowie zdradza cudzoziemca nawet sprawnie władającego obcym jezykiem. Zresztą i w jezyku ojczystym bywaja kłopoty. Niemcy nie bardzo potrafią się zdecydować, czy Coca – Cola to jest „to”, czy „ta”; u nas wielu ludzi ma kłopoty z pomarańczami na rożnach, umieszczonymi w maglach. Słońce po francusku jest le soleil, czyli „ten słońc”, a po niemiecku die Sonne, czyli „ta słońca”. U nas – „to”. I gdzie tu logika? Koniec dygresji.

Dygresja ta przyszła mi na myśl w związku z poezją poświęconą śmierci. Jan Lechoń pisząc wiersz „Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną…” mógł tylko w oparciu o polszczyznę, napisać: „Jednej się oczu czarnych, drugiej – modrych boję”, aby dojść do konkluzji, że „Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci”. Jeśli nawet da się to jakoś przełożyć na inny język, to właściwe skojarzenia może wiersz wzbudzić tylko w takim, gdzie zarówno miłośc jak i śmierć są rodzaju żeńskiego, a więc mogą być przedstawione jako dwie kobiety.

Zupełnie inaczej wygląda to wierszu Matthiasa Claudiusa „Der Tod und das Mädchen” (tym, który był inspiracją dla F. Schuberta). Ostatnia linijka wiersza, która w niemczyźnie brzmi zupełnie naturalnie: „Sollst sanft in meinen Armen schlafen!”, w tradycyjnym polskim przekładzie przybiera postać: „Pójdź ze mną w kraj pogodnych marzeń”, która wprawdzie ocala jakoś element wiecznego snu, ale nieuchronnie gubi element zmysłowości.

Ale droga od dziecięcej zabawy klockami do takiego postrzegania nieuchronnego kresu jest bardzo długa i bardzo trudna.

Bywa, że przekracza długość życia.

[mc]



P.S. A na deser piękna grafika komputerowa związana a tematem: