TEMAT MIESIĄCA zawiera główną treść gazety artykuły ukazujące wybrane zagadnienie z różnych punktów widzenia.









Temat numeru XXII (sierpień 2007): SZCZEGÓŁ.
Tematem następnego numeru będą: ZAPISKI SIECIOWEGO WŁÓCZYKIJA


SZCZEGÓŁ, A...

Szczegół, a…

No właśnie – a co?

Najprościej chyba – a ogół.

Najprościej i może nawet nienajgorzej. Przeciwstawienie szczegółów sprawom ogólnym jest niejako „klasyczne” i przeważnie dobrze uzasadnione. Ale tylko przeważnie. Już choćby dlatego, że szczegół i ogół nie muszą występować w opozycji, choć nierzadko tak się właśnie dzieje.

Weźmy przykłady z malarstwa. Jan Matejko był mistrzem realistycznego szczegółu, wybitnym znawcą historycznych detali, ubiorów, wnętrz, sprzętów, zwyczajów etc. i wszystko to można z uznaniem i podziwem odnaleźć na jego płótnach. Ale z drugiej strony zarzuca mu się pewne braki w kompozycji całości obrazu (co podobno zresztą było efektem jego krótkowidztwa). Na drugim biegunie mamy dla przykładu obrazy van Gogha. Niezwykle sugestywne, przykuwające uwagę już od pierwszego spojrzenia. Malowane jednakże grubymi pociągnięciami pędzla, jakby niedbale i w pośpiechu. Na takim, gorączkowym nieomalże, uchwyceniu przelotnego wrażenia polegał właśnie impresjonizm. Ale są też i dzieła, jak choćby Vermeera, w których autor zadbał zarówno o ogólną kompozycję, jak i dopracowanie najdrobniejszych detali – i te zapewniły mu nieśmiertelność, choć nie pozostawił ich nawet czterdziestu. Podobnie prezentowane w poprzednich numerach grafiki Beardsley’a, czy Eschera mogą być takimi próbkami doskonałej symbiozy detalu i koncepcji ogólnej. Znakomitym przykładem muzycznym – mogą tu z kolei być dzieła Chopina, który (nawiasem mówiąc) znany był z obsesyjnej wręcz dbałości o detale. Jak wiadomo z listów – jedną stronę swego „Allegro de Concert” szlifował przez dwa tygodnie. Zamęczał także wydawców drobnymi poprawkami. Ale… chyba się „opłaciło”.

Myślę też sobie, że zamiłowanie do szczegółów (podobnie zresztą, jak i ich lekceważenie) bywa zarówno zdrowe, jak i chore. Spróbuję to znów wyjaśnić na przykładach.

Jak twierdził (nie bez pewnej racji chyba) Ernst Kretschmer – szpital psychiatryczny jest swego rodzaju szkłem powiększającym, pod którym widzimy, w jakimś chorobliwym powiększeniu, elementy normalnego życia. Na przykład schizofrenicy odznaczają się patologicznym zamiłowaniem do szczegółów. Potrafią się latami zajmować jakimś nieistotnym drobiazgiem, odsuwając całkiem od rzeczywistości. Odwrotnie zaś, w psychozach maniakalno – depresyjnych (zwłaszcza w fazie maniakalnej) – chorzy potrafią snuć olbrzymie plany nie troszcząc się o konkretne szczegóły, co praktycznie gwarantuje ich niewykonalność. Normalny człowiek przebywa gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami, oscylując, w zależności od realnych potrzeb, pomiędzy myślami na temat koncepcji ogólnej i szczegółów. Ta równowaga wydaje się być objawem zdrowia psychicznego, choć, oczywiście nawet i w tym „zrównoważonym obszarze”, jedna z tych przeciwnych tendencji może brać górę – to sprawa indywidualnego charakteru. Stąd mamy całkiem zdrowych psychicznie zarówno „monumentalistów”, jak i „miniaturzystów”.

Stosunek do szczegółu, także w przypadku całkiem zdrowych psychicznie ludzi, może być różny i zależeć na przykład od dziedziny, jaką się zajmują. Mechanika precyzyjna, dla przykładu, jest ewidentnie dziedziną ludzi starannych, drobiazgowych, wnikliwych, skrupulatnych, wręcz pedantycznych.

Ale nie tylko sama dziedzina działalności wyznacza stosunek do szczegółów. Ważne jest także stadium jej rozwoju. Widać to wyraźnie w technologii, w sztuce i chyba zresztą – wszędzie. Etap pionierski odznacza się przeważnie pewnym „niechlujstwem”, zaś stadia końcowe cyzelatorstwem. Motorem tego stanu rzeczy bywa choćby konkurencja. W stadium schyłkowym wszyscy już „z grubsza wiedzą, jak to się robi” – konkurencja przenosi się więc w sferę pojedynku na wykończenie detali. Działać tu może zresztą także i znudzenie znanymi rzeczami, zaś dopracowywanie drobiazgów daje poczucie pewnej nowości.

Wydaje mi się także, iż wskutek podobnych mechanizmów, zamiłowanie do niuansów wzrasta również po prostu z upływem lat (z wiekiem). Młody człowiek wchodzący w życie widzi przed sobą jego olbrzymie, nieznane obszary, które pragnie jak najszybciej, choćby pobieżnie poznać. Człowiek starszy, który już wiele rzeczy poznał – przeciwnie – zauważa powtarzalność motywów, czuje, że „już tam był”, że „już widział”, „już zna”… Stąd też zagłębienie się w świat szczegółu pozwala mu unikać monotonii i może dostarczać nowych wrażeń.

I wreszcie – szczegół, jako punkt zaczepienia. Klasycznego przykładu tej techniki dostarcza zawarty w dziale eseju tekst S. Mrożka o długopisie. Techniki takiej używał też Sherlock Holmes – nazywając ją (jakże błędnie!) dedukcją, choć była to przecież indukcja w najczystszej postaci (od szczegółu – do ogółu). Podobny zresztą mechanizm „napędza” indukcję matematyczną. Z tego, że twierdzenie jest prawdziwe dla jedności, oraz, że z prawdziwości dla n, wynika prawdziwość dla n+1 – wnioskujemy, że twierdzenie jest prawdziwe dla wszystkich (któż naprawdę potrafi zrozumieć to słowo?!) liczb naturalnych.

A więc – szczegół, czy ogół? W gruncie rzeczy jest to kwestia osobistego wyboru. Jeśli umiemy umiejętnie oscylować między jednym, a drugim (nawet nachyleni ku jednemu, czy drugiemu) – wszystko jest w porządku.

I tyle miałbym ogólnych uwag na temat szczegółów.

[mc]



GLOSA DO MROŻKA.

Udałem się do sklepu z książkami (czyli księgarni), żeby kupić „Małe listy” Sławomira Mrożka. Nabyłem je, zapłaciłem i opuściłem lokal. Wróciwszy do domu, przeczytałem zakupioną książkę w całości. Siedząc w mieszkaniu i rozpamiętując te drobne na pozór opowiastki przyszło mi do głowy kilka myśli, którymi chciałbym się podzielić z Czytelnikami; zwłaszcza lektura „Długopisu” skłoniła mnie do tego. Wydarzyły mi się bowiem także (co najmniej) dwie takie inspirujące do ogólniejszych przemyśleń „sklepowe historie”.

Pierwsza z nich miała miejsce przed wieloma laty, także (jak u Mrożka) w Niemczech. Jest to informacja istotna, ponieważ wtedy jeszcze mój niemiecki, choć pozwalał mi się już przyzwoicie porozumiewać, był jednak znacznie uboższy niż obecnie, a co za tym idzie – sam byłem go znacznie mniej pewien, co zdeterminowało do pewnego stopnia moją reakcję; dziś pewnie potrafiłbym już skutecznie odwarknąć.

Dygresja: Nim przejdę do samego wydarzenia, muszę wyjaśnić (bo pewnie nie wszyscy wiedzą), co to są „oczka szewskie”. Otóż są to takie małe, metalowe pierścionki, które mocuje się w otworach skóry dla wzmocnienia brzegów otworu; przeważnie tam, gdzie przewleka się sznurowadła. Oczko składa się z części górnej i dolnej (są różne – to ważne). Aby je zamocować należy wyciąć przecinakiem otwór w skórze, a następnie umieścić w nim obydwie części oczka i ścisnąć razem. Można to zrobić w imadle, obcęgami, lub uderzając młotkiem. Typowy zestaw handlowy zawiera pewną ilość części dolnych, tyleż samo górnych, oraz plastikowy przyrządzik ułatwiający montaż. Koniec dygresji.

Udałem się do sklepu z przyborami dla majsterkowiczów, żeby kupić oczka szewskie. Nabyłem odpowiedni komplet, ale kiedy usiłowałem zrobić z niego użytek – okazało się to niemożliwe; przez pomyłkę w zestawie znalazły się wyłącznie części jednego typu. Wróciłem więc z powrotem do sklepu, aby wymienić zestaw. Ekspedientka, rzuciwszy na niego okiem, oświadczyła mi jednak, że produkt jest w porządku i nie widzi potrzeby wymiany. Poszedłem zatem do domu i spróbowałem raz jeszcze jakoś te oczka zamontować. Niestety – bezskutecznie. Udałem się wobec tego powtórnie do sklepu – z reklamacjami. Tym razem już zostałem przez ekspedientką ofuknięty, że powinienem sobie przeczytać instrukcję (co, oczywiście, już zrobiłem), lub poprosić kogoś, aby mi przetłumaczył. Tu moja cierpliwość się wyczerpała. Nie powiedziawszy nic – wróciłem do domu, wziąłem wielką torbę i załadowałem ją wszystkim, co tylko mogło się przy montażu tych oczek przydać. Zapakowałem więc tam kawałki skóry, przecinak, młotek, obcęgi, nóż, śrubokręt, małe imadełko z kowadełkiem (!), suwmiarkę, zwykłą miarkę, lupę etc. I – oczywiście – zakupiony zestaw. Następnie udałem się po raz trzeci do sklepu i poprosiłem ekspedientkę, aby zamocowała mi przykładowo jedno oczko. Z wyraźnym politowaniem dla mojej umysłowej słabości – zgodziła się. Zabrała się do tego nawet dość ochoczo; poczucie wyższości bywa czasem motorem zupełnie sensownych działań. Dość szybko jednak okazało się, że widoki na sukces ma raczej marne. Ja zaś stałem cały czas obok przypatrując się jej z bezgraniczną pokorą, anielską wręcz cierpliwością i, z usłużnością dobrze wytresowanego lokaja, podając z torby a to młotek, a to obcęgi, a to cokolwiek jej tylko jeszcze przyszło do głowy. Po jakichś pięciu minutach zaczęła być nerwowa, po około dziesięciu – dostała czerwonych plam na twarzy, a po mniej więcej kwadransie – zdecydowała się na wymianę zestawu. Nawiasem mówiąc nic z tego nie wyszło, bo inne komplety były też podobnie wybrakowane; zadowoliłem się więc zwrotem pieniędzy, a potrzebny zestaw (tym razem już pełnowartościowy) zakupiłem w innym sklepie.

Idąc do domu i rozpamiętując to drobne na pozór zdarzenie, doszedłem do wniosku, że miało ono kilka innych i to istotnych aspektów, o jakich Mrożek nie napisał (dlatego zamieściłem ten przydługi opis). A oto i one:

Po pierwsze, chciałbym uwiarygodnić Mrożka. Brzmi to może trochę zabawnie, ale można przecież myśleć, że miał on po prostu pecha i trafił na niezbyt rozgarniętą ekspedientkę. Zapewne charakterystyka całego narodu na podstawie jednego zachowania jednej ekspedientki (a nawet ich setki) jest raczej ryzykownym zadaniem, niemniej potwierdzić muszę, na podstawie swoich dość bogatych doświadczeń, że obserwacja Mrożka jest dość trafna (w sensie uchwycenia czegoś typowego, a przynajmniej dość często spotykanego).

Po drugie – myślę, iż Mrożek nie całkiem sprawiedliwie ocenił Niemców. Zapewne częsty u nich ideologiczny fanatyzm był jednym z motorów hitleryzmu – temu nie sposób zaprzeczyć. Ale sprawa nie jest taka prosta. Pisałem już o tym nieco w numerze pierwszym, w artykule „Rozmówki polsko – marsjańskie”. Otóż tworząc system społeczny można przyjąć określone założenia dotyczące relacji jednostki i systemu. Mogą więc one być dość luźne, ograniczone do minimum; system pozostawia zatem maksimum swobody, ale też i oferuje niewiele. Model ten można by umownie nazwać „anglosaskim”. Drugi typ wymaga do jednostki większego podporządkowania, ale też zapewnia większe bezpieczeństwo i komfort. Można go umownie nazwać „japońskim”. No, i oczywiście cała gama rozwiązań pośrednich, do których i niemieckie należy (z ciążeniem ku japońskiemu).

Jeśli zaś idzie o moje zdanie – to ja naprawdę nie potrafię opowiedzieć się z pełnym przekonaniem po stronie żadnego z tych systemów. Mogę wymienić za to listę zalet i wad każdego z nich. Nie wydaje mi się to jednak tutaj potrzebne, za to proszę zwrócić uwagę, że Mrożek opisuje tu nie tyle typowe działanie systemu, ile jego defekt (a to się zawsze i wszędzie może przydarzyć). W zdecydowanej większości przypadków – zapas firmy Faber – pasuje do długopisów tej firmy.

Po trzecie – wyczuwam tu pewną (powszechnie dość w świecie żywioną) niechęć do Niemców, mającą swoje źródło w ich zamiłowaniu do „pouczania”. To także dane mi było zaobserwować (choćby w opisanym wydarzeniu), ale też z biegiem czasu przekonałem się także, iż nie jest to takie proste. W rzeczy samej naród ten miewa przykrą skłonność do zadzierania nosa i nauczania wszystkich o rzeczach oczywistych. Ale zaobserwowałem też, że i oni sami często pouczają się, napominają i korygują wzajemnie i bynajmniej nie zawsze jest to chęć dopiekania bliźnim. Powoli wprawdzie, ale doszedłem i do tego, że działalnością taką zajmują się całkiem sympatyczni ludzie i wcale nie robią tego ze złej woli. Oni po prostu lubią, aby wszystko było „jak należy”, są do tego przyzwyczajeni i na swój (taki właśnie) sposób jakoś o to dbają.

Reasumując – wnioski wyciągnięte przez Mrożka z tego drobnego wydarzenia wydają mi się jednak zbyt daleko idące i przede wszystkim – zbyt kategoryczne.

A teraz druga z tych historyjek. Miała ona miejsce w Holandii.

Udałem się do sklepu filatelistycznego, żeby kupić dla mojej siostrzenicy trochę holenderskich znaczków. Wybrałem kilka kompletów, a następnie zwróciłem się do sprzedawcy, aby kupić jeszcze pęsetę. Ponieważ nie znam holenderskiego, przyszło nam ustalić język, w jakim możemy się porozumieć i, zbiegiem okoliczności, okazało się, że pochodził on z Białorusi, skąd cała jego rodzina uciekła po tym, jak jego ojca, rabina, zabili Rosjanie. Znał niemiecki, angielski, rosyjski i potrafił nawet powiedzieć kilka słów po polsku. Z konwersacją nie było więc kłopotu. W ogóle okazał się człowiekiem miłym i rozmownym, więc pogadaliśmy jeszcze o tym i owym, a następnie poprosiłem go o tę pęsetę. Wyciągnął jakąś spod lady i, podając mi ją, powiedział:

– O, tu mam coś w sam raz dla pana. Ta pęseta jest znakomita i do tego wcale niedroga. Kosztuje tylko dwa guldeny.

W tym momencie weszła do sklepu jakaś inna klientka. Sprzedawca przeprosił mnie i podszedł do niej, a ja zaś obejrzałam sobie pesetę dokładniej. Była krzywa, wykonana z lichego materiału i kiepsko wykończona. Klientka tymczasem kupiła, co chciała i wyszła. Ja zaś zwróciłem się do sprzedawcy mówiąc:

– Wie pan, ta pęseta jest jednak bardzo kiepska. Poprosiłbym może inną, niechby nawet trochę droższą, ale lepszą.

Na to on:

– Ależ oczywiście. Tu mam coś w sam raz dla pana (wyciągnął inną). Ta kosztuje pięć guldenów, ale jest naprawdę doskonała. Tamta (tu schował poprzednią szybko z gestem obrzydzenia) – to g… Ta – jest znakomita.

Ta druga, w rzeczy samej, była już dość przyzwoita. Nabyłem więc ją wraz ze znaczkami, zapłaciłem i opuściłem lokal. Idąc do domu i rozpamiętując to drobne na pozór zdarzenie, najpierw się po prostu uśmiałem, ale po głębszym zastanowieniu, doszedłem do wniosku, że niewiele było w nim komizmu – przeciwnie – była to w istocie dość ponura historyjka. I jak się dobrze zastanowić, to kilka rzeczy naraz jest tu bardzo przykrych:

Po pierwsze: Zakłócenie komunikacji wnoszone przez kłamstwo. Sprzedawca mógł przypuszczać, że mnie więcej nie zobaczy, nie bał się więc utraty klienta, nie musiał się silić na wiarygodność, stąd też „poszedł na całość” – byle tylko opchnąć towar.

Po drugie: Potraktowanie klienta jak debila, który nie pamięta poprzedniego zdania rozmowy. Obłęd tej sytuacji jest zresztą jeszcze bardziej zaawansowany, bo sam sprzedawca zachował się jak imbecyl, który także nie pamięta swojego poprzedniego zdania. Czemu to służy? Czy warto za dwa guldeny (ok. 2 dolarów) robić z siebie i innych idiotów? Czy warto nawet za większe kwoty?

Po trzecie: Rozumowanie z poprzedniego punktu można pociągnąć dalej. Był to bowiem przypadek całkowicie instrumentalnego potraktowania innego człowieka, wyłącznie jako źródła dochodu. Cała ta początkowa, dość sympatyczna zresztą rozmowa, którą w miarę normalny człowiek, za jakiego się, mimo wszystko, uważam bierze za nawiązanie minimalnych choćby, ale jednak przyjaznych relacji – okazała się jednym wielkim fałszem, który służył wyłudzeniu paru marnych groszy.

Nie warto chyba dalej wałkować tego drobnego na pozór zdarzenia; zaznaczę jedynie, że istniało honorowe wyjście z tej sytuacji. Można mi było po prostu podać towar bez komentarza przerzucając decyzję na mnie. Nie uważam także, aby ten sklepikarz był jakimś tam nałogowym oszustem, draniem, demonem zła. Po prostu został przyuczony do takiego postępowania i nie zadał sobie trudu, aby trochę głębiej pomyśleć.

Zaś wszystkim, którzy już po trochu zaczynają tracić rozum i uważać, że takie zachowanie sprzedawcy jest normalne – polecam przećwiczenie tego przykładu na gruncie medycyny (zwłaszcza pediatrii).

A teraz, przeczytawszy jeszcze raz ten drobny na pozór artykuł, doszedłem do wniosku, że pora go zakończyć.

Co czynię.

[mc]

P. S. Ten artykuł to g… Ale za to nastepny…!




SZCZEGÓŁ W MUZYCE.

Podobnie jak i w innych dziedzinach życia, tak i w muzyce spotykamy zarówno „miniaturzystów” jak i „monumentalistów”. Są także i tacy, którzy potrafili pogodzić zamiłowanie do pięknego, wyrafinowanego detalu z dobrą kompozycją całości. I pierwszym z twórców (choć nie jedynym!), który przychodzi mi tu na myśl jest F. Chopin. Za życia ceniony był raczej jako wirtuoz. Dopiero po śmierci, kiedy już sławę pianisty przyćmili następcy, zaczęło się oddziaływanie jego kompozycji. Wyraźne są wpływy Chopina w muzyce Skriabina, Liadowa, Areńskiego, Saint–Saënsa, czy Debussy’ego. Jego niewielka ilościowo i praktycznie ograniczona do muzyki fortepianowej spuścizna okazała się jakąś skondensowaną grudką promieniotwórczej substancji przenikliwie naświetlającej następne pokolenia kompozytorów. I nic w tym dziwnego; jest to rzeczywiście niezwykle stężony koncentrat pomysłów muzycznych. Ale nie tylko Chopin będzie mi tu przykładem.

Zacznijmy od najprostszego – od końca – od ostatniego akordu tonicznego. Zgodnie z regułami harmonii, w większości utworów fortepianowych (mniej więcej do końca XIXw.) wygląda on przeważnie jakoś tak:


A więc… Albo skromnie i prosto [1] – tak bywa na przykład u Bacha, Haydna czy Mozarta. Albo też tak, jak powszechnie pisano w muzyce od baroku do wczesnego romantyzmu [2]. Rozwiązanie niezbyt wyszukane, ale solidne i dobrze brzmiące. Czasem jednak ktoś się wyłamywał, jak na przykład L. van Beethoven, któremu (w przepięknych skądinąd) wariacjach z sonaty G–dur Op. 14 N°2 (i nie tylko tam, zresztą) krewka, chłopska natura podyktowała zdwojenie tercji i kwinty w lewej ręce [3]. Późnoromantyczni wirtuozi w rodzaju C. Saint – Saënsa czy S. Rachmaninowa często stosowali bardziej okazałą wersję [4]. Podobny rozkład akordu (przeważnie długo przetrzymanego) można zresztą znaleźć w monumentalnych dziełach organowych J. S. Bacha. A co mamy u Chopina? Ano na przykład Sonatę h–moll Op. 58 kończy tak kunsztownie rozłożony akord H – dur:


A jeśli i tego komuś mało, to – proszę uprzejmie – jeszcze bardziej wyszukana wersja końcowej toniki z Preludium F–dur (polecam szczególnej uwadze zaznaczone detale):


Ale i konkurencja nie spała. Oto wspaniały, efektowny „zygzak” wieńczący „Scarbo” z cyklu „Gaspard de la Nuit” M. Ravela:


Zaś w III Sonacie A. Skriabina – końcowy akord znajduje się w przedostatnim(!) takcie, bo w ostatnim ulatujemy już w transcendencję:


A teraz dla odmiany trzy początkowe fragmenty. Najpierw „Sonata facile” (K.V.545) W. A. Mozarta. Od czasów rozpowszechnienia się stylu homofonicznego typowe stało się rozpoczynanie utworu tematem, akompaniowanym jakimś rozłożonym akordem. W tym przykładzie mamy tak zwany „bas Albertiego” – rozwiązanie proste, ale funkcjonalne i świetnie pasujące do nieco naiwnego stylu całej tej uroczej sonatki. Grzechem byłoby tu cokolwiek wybrzydzać.


U Chopina w Nokturnie H – dur, Op. 32 N°1 znajdujemy coś podobnego wprawdzie nieco do „basu Albertiego”, ale już bardziej wyszukanego:


Zaś w Nokturnie Des – dur, Op. 27, N°2 mamy już „akompaniament” wielce kunsztowny i to na tyle, że nawet sam Chopin zdecydował na zaprezentowanie go w pierwszym takcie jeszcze przed rozpoczęciem melodii:


A. Skriabin zaś, w Etiudzie Op. 42, N° 2, wymyślił coś takiego (choć można całkiem zasadnie zapytać, czy słowo „akompaniament” jest tu jeszcze na miejscu):


Przykładami takich muzycznych błyskotek mógłbym zapisać pewnie dość grubą książkę – musiałem więc narzucić sobie ostry reżim ilościowy i ograniczyłem się do muzyki fortepianowej (choćby dlatego, że najłatwiej było mi tu o przykłady). Dlatego też pozwolę sobie na jeszcze jeden tylko przykład z VI sonaty A. Skriabina.


Ciekawy szczegół, na który zwracam uwagę Czytelników, to zaznaczony łańcuch trylów, który wyraźnie wskazuje, że kompozytorowi było „zbyt ciasno” w zwykłym systemie półtonowym. No i co się tu dziwić, że cztery strony dalej: l’epouvante surgit, elle se mêle à la danse delirante (przerażenie wyłania się i wdaje w szalony taniec).

I na tym kończę prezentacje pięknych muzycznych detali. Niewykluczone, że jeszcze kiedyś do tego wrócę – chyba warto…

[mc]



SZCZEGÓŁ W TECHNICE.

Temu tematowi, to mógłbym chyba poświęcić cały numer (a nawet i kilka!); niewykluczone, że to kiedyś rzeczywiście zrobię. W tym numerze jedynie dwa przykłady.

Zacznę znów od najprostszego – od mojego naręcznego zegarka. Ma on wbudowany alarm, czyli taki brzęczyk, który popiskuje sobie z cicha o nastawionej godzinie. Nic w tym nadzwyczajnego – mnóstwo zegarków ma podobny mechanizm; w niektórych bywa nawet bardziej rozbudowany. Zdarzają się więc alarmy zwielokrotnione, odzywające się po odliczeniu do zera (count down), można też wybierać różne melodyjki etc. Mój jest raczej skromny, a mimo to spodobał mi się właśnie jako „dobrze przemyślany szczegół”. Składa się jedynie z dwóch dźwięków – wyższego (W), niższego (N), oraz przerwy (–), które odgrywane są tak N–N–N– – –W–W–W– – –N–N–N– – –W–W– etc. A co mi się spodobało:

  1. Przede wszystkim to, że nie ma tu żadnej „melodyjki”. Bywa to może i zabawne pierwszych parę razy, ale potem, kiedy ten natrętny motyw pogania nas do zrobienia czegoś o określonej porze, budzi brutalnie, przypomina o uciążliwym obowiązku – staje się obiektem nienawiści. Lepszy już taki neutralny sygnał.
  2. Dźwięki mają częstotliwość ok. 1000Hz (niższy) i ok.1260Hz (wyższy). Skoro zrezygnowano z melodyjek może się to wydawać zbędną komplikacją. Tymczasem – nie. Jest to właśnie bardzo dobrze przemyślany szczegół. Dźwięki wysokie (jak ten alarm) mogą zostać łatwo „zamaskowane” przez niższe (jak na przykład praca silnika). Użycie dwóch dźwięków o różnych wysokościach znacznie zmniejsza prawdopodobieństwo przeoczenia (a raczej „przesłyszenia”) alarmu. I nie jest to jałowa spekulacja – sprawdziłem rzecz praktycznie. Zdarzyło mi się bowiem niejednokrotnie usłyszeć alarm wśród zakłócającego hałasu, ale tylko jako jeden z tych dźwięków! Drugi był praktycznie niesłyszalny. Więcej nawet – czasem przebijał się niższy, a czasem wyższy.
  3. Częstotliwości dźwięków zostały zapewne do pewnego stopnia podyktowane ograniczonym rozmiarem przetwornika piezoelektrycznego (nie mogły być niższe). Niemniej jednak rozwiązanie to (czyli wybór dźwięków w okolicy 1000Hz), nawet, jeśli wymuszone, jest bardzo korzystne, bo alarm pracuje w obszarze maksymalnej sprawności słuchu (czułość, rozdzielczość częstotliwościowa).
  4. Alarm ma także swój „rytm pracy”. Kiedy przychodzi nastawiona godzina – najpierw odzywa się bardzo krótko: N–N–N– – –W–W–W; można więc szybko go wyłączyć. Jeśli się tego nie zrobi, alarm odzywa się ponownie po 10 sekundach, tym razem na 15 sekund, a następnie, po minucie, znów na 15 sekund. Mamy tu więc możliwość szybkiego „uciszenia” go, mamy rozsądnie dobraną „natarczywość” i funkcję „drzemki” (jak w budzikach). Wszystko to także sprzyja oszczędnemu gospodarowaniu energią baterii.
  5. Sygnał alarmu można (przy pomocy odpowiedniej kombinacji przycisków) wywołać na żądanie, aby go „przetestować”. Pozwala to sprawdzić, czy dźwięk będzie dostatecznie mocny (przy słabej baterii zegarek idzie jeszcze prawidłowo, lecz alarm może już być „dychawiczny”).
  6. I wreszcie – proces nastawiania (dość przejrzysty) jest zorganizowany tak, że po jego zakończeniu alarm jest automatycznie włączony; tak zresztą jest chyba w większości innych zegarków.
I tyle byłoby o tej małej maszynce.

A teraz, dla odmiany o dość zwalistej, wielkości sporej komody. Magnetofon STUDER A–800 – o nim mowa. Kilka razy przyszło mi coś nagrywać z użyciem tego właśnie magnetofonu – pierwszy raz była to moja praca dyplomowa w Studio Eksperymentalnym PRiTV w W–wie. Tak się szczęśliwie złożyło, że robiłem to w czasie wakacji – studio było pustawe, a ja miałem sporo czasu nie tylko na to, aby zrobić swoje nagranie, ale także i na to, aby rozejrzeć się po studio. Jedną z pierwszych rzeczy, której przyjrzałem się bliżej był ten właśnie magnetofon. Wygląda on tak:


Widziałem już wcześniej wiele magnetofonów wielośladowych, ale ten od razu przykuł moją uwagę; coś mi się w nim „spodobało”, choć nie od razu rozumiałem co i dlaczego. Może się to wydać śmieszne, ale jedną z pierwszych rzeczy, na które zwróciłem uwagę w tym urządzeniu były śruby mocujące blachy obudowy wykonane z zegarmistrzowską precyzją. Później zacząłem dostrzegać inne drobiazgi nie tylko samego wykonania, ale też i sposobu pracy. Porozmawiałem w końcu z fachowcami z obsługi technicznej i dostałem także od nich do lektury szczegółową instrukcję serwisową. Z tego wszystkiego dowiedziałem się, że:

  1. A – 800 przewija szpulę taśmy od długości 1000m (jednego kilometra!) w ciągu minuty, co oznacza, że taśma przelatuje wtedy koło głowic z prędkością ok. 60 km/godz. Przewijanie ma zresztą trzy fazy (różnej szybkości), zaś jego przebiegiem zajmuje się oddelegowany do tego osobny mikroprocesor (Motorola 68000) sterujący pracą trzech potężnych silników oraz czujników naciągu taśmy. Silniki mają po ok. 2 kW mocy i produkowane są przez firmę STUDER specjalnie dla tych magnetofonów. Ta wielka moc jest konieczna, bo rolka dwucalowej taśmy waży ok. 5..6 kilogramów i musi być błyskawicznie rozpędzana i hamowana. Nawiasem mówiąc nie słyszałem (choć rozpytywałem) o wypadku, aby jakiemuś A – 800 zdarzyło się zerwać taśmę; system sterowania przesuwem jest naprawdę niezawodny.
  2. Samo zresztą prowadzenie taśmy w takim magnetofonie to już wcale skomplikowany problem. Począwszy od jej założenia i umocowania. Proszę zwrócić uwagę na półksiężycowaty cień za lewa szpulą. Jest to zagłębienie (jedno z czterech) pozwalające wygodnie założyć ciężką rolkę z taśmą (taki właśnie praktyczny detal). Zamocowanie następuje przez dokręcenie śrub rozpierających hamulce (widziałem kiedyś, jak ktoś nie dokręcił tego porządnie i przy tej mocy silnika z plastikowych hamulców poszedł natychmiast „dymek”). Kiedy magnetofon rusza do „normalnej” (zapis/odczyt) pracy – krytyczna sprawą jest równomierne prowadzenie taśmy i jej dobre przyleganie do głowic. Osiągnięto to przez dopracowanie szczegółów. I to – staranne! Rolki prowadzące taśmę wykonane są (jak wyczytałem w instrukcji serwisowej) z dokładnością do… 5/10,000mm (pięciu dziesięciotysięcznych milimetra – aby nie było wątpliwości) – sto razy mniejszą niż grubość włosa! Rolki te podczas produkcji przechowywane są indywidualnie na poduszkach z gąbki; gdyby się zdarzyło, że któraś upadnie na podłogę, albo nawet na blat stołu (!) (to już wiem nie z instrukcji, ale z legendy firmowej) – zostaje uznana za „pogiętą” – i odrzucona. Głowice są wprawdzie importowane z Japonii, ale ich osada jest już wykonywana w firmie – z podobną dokładnością. Dodatkowe rolki, które widać obok bloku głowic – jest to mechanizm kontroli naciągu taśmy. Zapewnia on (z doskonałą skutecznością) zarówno dobre przyleganie taśmy do głowicy, jak i zabezpiecza przed zerwaniem taśmy na skutek błędu obsługi.
  3. Spyta tu ktoś: No, dobrze, ale czy to wszystko nie jest przypadkiem trochę „sztuką dla sztuki”? Otóż – nie. A objawia się to w praktyce na przykład tak. Magnetofon ma licznik czasu (wyskalowany w sekundach) oraz typową funkcję polegająca na tym, że można sobie zapamiętać jakieś miejsce nagrania i od niego startować. Jest to bardzo praktyczne, zwłaszcza przy wielokrotnych poprawkach, „wgrywaniu” kolejnych instrumentów, czy korekcjach barwy. Kiedy używałem tej funkcji – dziwiło mnie, że magnetofon startuje dokładnie od tego miejsca, które mi jest potrzebne, choć licznik liczy tylko sekundy. Dopiero „szczegółowa” lektura instrukcji serwisowej wyjaśniła mi, że magnetofon wprawdzie pokazuje na liczniku tylko całkowite sekundy, ale wewnętrznie kontroluje przesuw taśmy z dokładnością stukrotnie większą i ustawia ten punkt startowy z powtarzalnością równą 1/100 sekundy.
  4. Widziałem także kiedyś okresowy przegląd wnętrza tego magnetofonu. Nieczęsto zdarza się taka gratka – magnetofon jest zaplombowany i dostęp do jego „jestestwa” mają tylko nieliczni uprawnieni i odpowiednio wykwalifikowani technicy. Kiedy zobaczyłem wnętrzności tego magnetofonu – jego elektronikę – początkowo byłem nieco rozczarowany. Wydała mi się wykonana w sposób wprawdzie bardzo porządny i solidny, ale nieco staroświecki (zdjęcie poniżej).


    Podzieliłem się tym spostrzeżeniem z technikiem dokonującym przeglądu, a ten zaś opowiedział mi wówczas, jak się te płytki produkuje. Rozpoczyna się jakby normalnie. Projekt, wytrawienie i… odtąd już jest inaczej. Płytka jest komputerowo kontrolowana, i to nie tylko ze względu na poprawność połączeń, ale także i na ich rezystancję! Po „zaliczeniu” tego testu w płytce montuje się elementy elektroniczne, przy czym każdy z nich, co do najbanalniejszego opornika, jest przedtem indywidualnie i szczegółowo przebadany. Następnie płytkę poddaje się kolejnej kontroli funkcjonalności i… Nie! Wcale nie montuje się do magnetofonu! Idzie ona (na miesiąc!) do komory klimatycznej, gdzie poddaje się ją procesowi starzenia (aby wyeliminować tzw. „usterki wieku niemowlęcego”). I dopiero po tym wszystkim jeszcze raz do ostatecznej kontroli funkcjonalności i w końcu z indywidualnym numerem seryjnym – do magnetofonu.

A w ogóle tym, co mnie w tej konstrukcji urzekło jest jej „skromność”. Nie ma tam praktycznie żadnych „bajerów”, efektownych rozwiązań, żadnej ozdobności – wyłącznie czysta funkcjonalność. I mimo to – urządzenie ma jakąś „swoją estetykę”. Skromna, szaro – srebrna kolorystyka, niezauważalna poręczność kształtu – wszystko to nie przykuwa uwagi, lecz też i nie „opatruje się” z czasem. Kiedy zabieramy się do pracy – nie widzimy przeważnie zrazu żadnych technologicznych fajerwerków, za to z czasem odkrywamy, że jest tam wszystko, czego rzeczywiście potrzebujemy. Gdyby porównać to do ludzi – byłby to przyjaciel, którego wartość odkrywamy dopiero po wielu latach znajomości. Nieprzypadkowo użyłem tego porównania – odnoszę bowiem wrażenie, że konstrukcja ta w samej rzeczy została zaprojektowana tak, aby przetrwać co najmniej ćwierćwiecze opierając się chwilowym modom. I tak się dzieje rzeczywiście. Pierwszy, który wchodzi do studia rano, włącza „osiemsetkę”, ostatni, wychodzący około północy – wyłącza. I tak przez dwadzieścia lat. Albo i dłużej.

Są i inne rzeczy tego rodzaju – nie tylko w technice. We wszystkich dziedzinach życia. Nie wiem, czy to przypadek, ale przeważnie rozpoznawałem je i uczyłem się cenić na podstawie szczegółów.

Aha, jeszcze jeden szczegół. Za podstawową, szesnastokanałową wersję, z jaką miałem wówczas do czynienia, trzeba było wtedy zapłacić (bez żadnych dodatków) ok. 75,000$.

Teraz już wiem – za co. Taka jest cena czołgu potrafiącego przy szybkości 60km/h wymijać przeszkody z mikronową dokładnością.

[mc]



SZCZEGÓŁ FILOLOGICZNY.

Lektura poezji, lub wartościowej prozy, jest bodaj wyłącznym przypadkiem, kiedy to zwracamy uwagę na filologiczne drobiazgi. Szczegóły języka, zwłaszcza potocznego, są dla nas praktycznie niezauważalne. Czasem tylko, kiedy natrafiamy na kogoś mówiącego, lub piszącego szczególnie piękną polszczyzną, zwracamy na to uwagę. Ale nawet i wtedy przeważnie rejestrujemy raczej ogólne wrażenie, niż poszczególne słowa, czy zwroty.

Język zaś, zwłaszcza literacki, jest wcale bogato wyposażony w warte uwagi szczegóły. Dwie książki, które właśnie o tym traktują przychodzą mi tu na myśl (choć jest ich, rzecz jasna więcej). Są to „Alchemia słowa” J. Parandowskiego, oraz „Ocalone w tłumaczeniu” S, Barańczaka; sam też pisałem nieco o tym w numerze XVII w artykule „Magia słów – po raz drugi!”. Ponieważ wspomniałem tu o poezji i książce S. Barańczaka – przechodząc do przykładów – pierwszy zaczerpnę właśnie stamtąd. Jest to wiersz Emily Dickinson (1830–1886) kolejno w oryginale, przekładzie Kazimiery Iłłakowiczówny, oraz Stanisława Barańczaka:

* * *

The Soul selects her own Society –
Then – shuts the Door –
To her divine Majority –
Present no more –
Unmoved – she notes the Chariots – pausing –
At her low gate –
Unmoved – an Emperor be kneeling
Upon her Mat –<
I’ve known her – from ample nation –
Choose One –
Then – close the Valves of her attention –
Like Stone –

* * *

Dusza dobiera sobie kompanię
i drzwi zamyka
Odtąd nawet swych najwierniejszych
unika.
Bez zdziwienia spostrzega karocę
u swoich niskich wrót
i – jak klęknął cesarz na macie,
co kryje próg.
Bywa, że z ciżby nieprzeliczonej
Jednego wybiera skinieniem,
A potem zatrzaskuje na głucho uwagę
I staje się – z kamienia.

* * *

Dusza dobiera sobie Towarzystwo –
I – zatrzaskuje Drzwi –
Jak Bóg – ma w sobie prawie Wszystko –
A z Reszty sobie drwi –
Nie dba – że tłoczą się Rydwany
U jej pochyłych Bram –
Że na wytartym jej Dywanie
Przyklęka Cesarz sam –
Wiem, jak z nią jest – gdy z Rzesz wybiera
Kogoś jednego – raz –
Zamyka się jak Śluza – zwiera
W sobie – jak Głaz –

Nie wydaje mi się, abym powinien te przekłady komentować; każdy, kto je uważnie przeczyta, sam dostrzeże interesujące szczegóły. Dodam może tylko dla wyjaśnienia, że Emily Dickinson była poetka bardzo specyficzną. Jej twórczość, odkryta dopiero po śmierci, w dużej mierze zdeterminowana była przez neurotyczną osobowość kobiety odizolowanej od życia, samotnej, dobrowolnie zamkniętej w pustelni swego pokoiku. Forma jej wierszy, zdumiewająco nowoczesna, jak na owe czasy (choćby ze względu na wersyfikację, interpunkcję i niekonwencjonalne użycie dużych liter) została w pierwszych wydaniach „poprawiona” – i z tych wydań korzystała K. Iłłakowiczówna. Dopiero w następnych wydaniach przywrócono oryginalny układ wierszy (jak powyżej).

A teraz przykłady z prozy. Jak zwykle niezawodny S. I. Witkiewicz i, tym razem, jego „Narkotyki”:

Jestem wśród zielonkawej wody.

Ohydny gad, koloru bleu acier w czerwone cętki, na dnie płytkiej sadzaweczki – płaski jak raja, bez głowy.

A więc Belzebub… Nigdy nie zapomnę tego piekielnego wrażenia, gdy będąc zupełnie zdrowym na umyśle (z chwilą kiedy nie patrzyłem na rzeczywisty świat, nie było we mnie prawie śladu niesamowitości, tej „étrangeté de la réalité”, o której pisze Rouhier) i gdy zdawałem sobie dokładnie sprawę z tego, że mam silnie zamknięte oczy, zobaczyłem o jaki metr ode mnie małą rzeźbę ze szczerego złota (aż czułem jej ciężar) tak wycyzelowaną, wyrobioną, wy – passez moi l’expréssion grotesque – pichconą (wyrażenie pewnych malarzy na „wylizanie”), że zdawała się być dziełem jakiegoś zminiaturzałego Donatella nie z tego świata albo jakiegoś zeuropeizowanego Chińczyka, który całe swoje życie strawił na wykucie tej jednej jedynej rzeczy.

Też chyba nie wymaga komentarzy.

A teraz dla odmiany kilka pięknych zdań z „Alchemii słowa”:

Czyjeż to oko podchwyciło podobieństwo pomiędzy sępem i sową a pewnym stanem duszy i śmiałą parabolą przerzuciło je w przymiotniki „posępny” i „osowiały”? Czyj to śmiech zakrzepł na wieki w czasownikach „stchórzyć”, „zbaranieć” i „ najeżyć się”? Kto utrwalił niezwykłe asocjacje w czasownikach „kipieć z gniewu”, „cienko prząść”, „zabić w głowę klina”? Kto zatrzymał w locie żurawia i kazał mu się pochylić nad studnią? Nigdy się o tym nie dowiemy.

Niestety, szczegóły filologiczne, to nie tylko takie piękne błyskotki. Warto tu zaznaczyć, że ten artykuł bardzo różni się od dwóch poprzednich. Główna odmienność w tym, że szczegóły tam omawiane były nie wszystkim dostępne. Aby napisać, czy nawet wykonać powyższe kompozycje – potrzeba lat żmudnego treningu; potrzeba także lat pracy, aby stworzyć technologię produkcji tak wysokiej jakości magnetofonu. Więcej jeszcze – nawet bierne zauważenie tych wartości wymaga pewnej kultury muzycznej i technicznej. Nawet wszechobecne obniżanie poprzeczki pozostawia wielu przed wymaganym tu progiem.

Z językiem jest, niestety, gorzej. Praktycznie każdy uważa, że włada swym językiem ojczystym dobrze. A jeśli do tego opanował jeszcze trochę modnej ostatnio „gwary” środowiskowej – właściwie nie da się mu wybić z głowy przekonania o własnym krasomówstwie. Dlatego też szczegóły językowe zdradzają zarówno wysoką kulturę języka (jak w powyższych przykładach), jak też i wyraźne niedostatki mówiącego (czy piszącego). Oczywiście potknięcia zdarzają się w sztuce, w technologii – właściwie wszędzie. Jednak język, niestety, wydaje mi się być jedną z tych dziedzin życia, w której niechlujstwo detalu osiąga bardzo wysoki poziom. Z jednej strony – to, oczywiście, źle; wolałbym, aby wszyscy mówili przynajmniej poprawnie. Ale z drugiej strony te przykre szczegóły języka, te różne „doporozumienia”, „spoko”, „uiścić” i temu podobne – choć właśnie przykre – są też i pożytecznie. Są to takie ostrzegawcze światełka. Coś takiego, jak ból, który nie pozwala pakować ręki w ogień. Dostając taką informację – możemy unikać tego, co mogłoby nam zaszkodzić.

Warto więc uważnie słuchać, jak ludzie mówią (i patrzeć, co piszą). Wsłuchiwać się dobór wyrazów, szczegóły budowy zdań, a także i sposób wymowy. Potrafi to być niezwykle pouczające. Zwłaszcza w przypadku osób, z którymi nie jesteśmy związani emocjonalne i stąd możemy sobie pozwolić na chłodną obserwację.

Z drugiej też strony warto zadbać o sygnały, jakie sami w ten sposób wysyłamy. Niejednokrotnie już mogłem się przekonać, że sposób wysłowienia (i pisania) potrafi być zarówno karta wstępu, jak i wilczym biletem. Czasem nawet zdumiewała mnie skuteczność takiej selekcji.

Choć jak się trochę lepiej zastanowić – to właściwie inaczej być – nie może. ■

[mc]