Od redaktora...

Dwudziesty numer AdRem! (jakby mały jubileusz) poświęcam prywatności, a raczej temu, co ją zakłóca, bądź przynajmniej zakłócać usiłuje.

Podczas przygotowywania tego numeru przypomniało mi się takie wydarzenie jeszcze z czasów peerelowskich. Otóż pewnego pięknego dnia w (tak zwanych „reżimowych”) publikatorach zrobił się nagle szum na temat, jak to Związek Radziecki „walczy” o czystość wód Bałtyku. Trochę mi się to wydało dziwne, że im się tak nagle przypomniało. Niedługo później pokazały się jednak zakazy kąpieli na niektórych plażach. I to nawet wcale dobrze uzasadnione, bo woda miała w samej rzeczy jakiś podejrzany zapaszek. Później rozniosły się plotki, że jakiś tam radziecki statek się rozbił i wylały się z niego jakieś chemiczne świństwa. Potem nawet – że podwodna łódź atomowa. Nie wiem – jak było naprawdę. Od tego jednak czasu nauczyłem się, że jeśli w „publikatorach” zaczyna się „walczyć o słuszną sprawę” – to sprawa jest już od jakiegoś czasu mocno podejrzana.

Podobnie z tą prywatnością. Są nawet (a jakże!) przepisy prawne o ochronie danych, o prawie do prywatności i inne tego rodzaju specjały. Może to i dobrze, że są. Mnie jednak nieco frustruje fakt, że okazały się potrzebne; widać są chętni do ich przekraczania. Bo regulacji prawnych na temat przestrzegania prawa powszechnego ciążenia jakoś tak dziwnie – nie uświadczysz. No, na razie – kto wie, co tam fizycy jeszcze wykombinują.

W tym numerze chciałbym się jednak zająć prywatnością nie tyle od strony przepisów (te są w końcu do odszukania, jeśli zajdzie potrzeba), lecz raczej od strony jednostki. A więc od strony człowieka, który może swej prywatności zarówno bronić, jak też i dobrowolnie z niej rezygnować, nawet ją niszczyć.

Zastanowiłem się też podczas pracy nad tym numerem, dlaczego właściwie ten temat mnie zainteresował. Myślę, że jednym z możliwych wyjaśnień jest moja emigracja. Otóż wyjeżdżając z totalitarnego państwa komunistycznego, jakim podówczas była Polska, żyłem w błogim złudzeniu, że przenoszę się do świata „wolności” – mniej może bezpiecznego, ale za to dającego większą swobodę działania. Świata, w którym nie ingeruje się (a przynajmniej znacznie mniej ingeruje) w prywatne życie ludzi. Dość szybko przychodziło mi się rozstawać z tym złudzeniem. Zauważałem bowiem, że różnica polega wyłącznie na punktach, w których przystawia się człowiekowi te wstrętne „informacyjne pijawki”, zaś wyostrzone zmysły emigranta pozwalały mi chyba rzecz całą widzieć z przesadną może nawet, ale za to niezrównaną ostrością.

Wniosek, jaki przychodzi z tego, obsesyjnie wręcz, wyciągać jest taki, że nie jest ważny żaden „system”, a jedynie treść, jaką ludzie go wypełniają. Toteż nie powinien dziwić ten, na przykład, fakt, że „produktami” tego samego chrześcijaństwa byli zarówno Maksymilian Kolbe, jak i Tomas de Torquemada, produktami komuny – Wanda Wasilewska i Stanisław Lem, produktami „cywilizacji zachodniej” zarówno Bertrand Russell, jak i dobry wujaszek Adolf…

Pewnie to zbyt pochopne i uproszczone rozumowanie, ale, chcąc nie chcąc przychodzi na myśl, że to, co różniło tych ludzi – to właśnie ich sfera prywatna. I jeśli nie tylko ona, to z pewnością – także i ona. Więc chyba warto o jej dobrą kondycję zabiegać.