TEMAT MIESIĄCA zawiera główną treść gazety artykuły ukazujące wybrane zagadnienie z różnych punktów widzenia.









Temat numeru XIII (listopad 2006): STREFA SZAROŚCI.

Tematem następnego numeru będą: DZIWOLĄGI.






SZARA STREFA.

Zacznę od „klasycznego” już chyba cytatu z eseju Leszka Kołakowskiego „Odwet sacrum w kulturze świeckiej”:

"Nie ma już jasnego rozróżnienia, w życiu politycznym, miedzy wojną i pokojem, miedzy suwerennością i niewolą, miedzy inwazją i wyzwoleniem, miedzy równością i despotyzmem; ani bezspornej granicy między katem i ofiarą, między kobietą i mężczyzną, między pokoleniami, między zbrodnią i bohaterstwem, między prawem i gwałtem, między zwycięstwem i porażką, miedzy lewicą i prawicą, między rozumem i obłędem, między lekarzem i pacjentem, miedzy nauczycielem i uczniem, miedzy sztuką i błazeństwem, miedzy wiedzą i ignorancją."

Na początek trzy zastrzeżenia:

Pierwsze to takie, że zrównywanie się tych opozycji jest tu jednak nieco przesadzone; sam autor zresztą o tym dalej napisał; proces taki daje się wprawdzie zaobserwować, ale nie zaszedł bynajmniej do końca.

Drugie jest takie, że pary przeciwieństw wymienione przez Kołakowskiego nie zawsze są tego samego rodzaju. Opozycje „mężczyzna – kobieta”, „pokolenie młodsze – starsze”, „sztuka – błazeństwo” nie są dokładnie tego samego rodzaju. Nie w każdej więc z nich mamy do czynienia koniecznie z tym samym procesem. A tak nawiasem mówiąc to jakie jest przeciwieństwo sztuki? Podane przez Kołakowskiego błazeństwo? A może kicz? A może jeszcze coś innego?

I trzecie w końcu – dla mnie tu najważniejsze – dotyczy wytłumaczenia tego zjawiska. Osobiście nie angażowałbym w to „sacrum”, ani innych podobnych rzeczy; przyczyny wydają mi się znacznie bardziej przyziemne.

Warto tu wspomnieć o jeszcze jednej ważnej rzeczy. O tym, że opisane przez Kołakowskiego zjawiska działają w dwu pokrewnych, lecz nie tożsamych formach. Z jednej strony jest to niwelacja przeciwieństw, a więc wymieszanie czerni i bieli w jedną pośrednią szarość, z drugiej rozszerzanie strefy szarej poza obszar, gdzie wcześniej była ostro kontrastowa granica pomiędzy bielą a czernią. Obydwie te formy będą przedmiotem omówienia, zarówno w tym artykule jak i następnych.

Pomimo tych zastrzeżeń powiedzieć należy, że Kołakowski zaobserwował tu bystro pewne rzeczywiście występujące fenomeny. Wypada więc zapytać, co (jeśli wyłączyć to „sacrum”) jest ich przyczyną? Myślę, że przyczyn jest, jak to przeważnie w takich złożonych zjawiskach, kilka. Spróbowałbym nazwać takie:

Można pewnie wymieniać i inne przyczyny, ja jednakże chciałbym się teraz zastanowić, do czego te procesy niwelowania przeciwieństw mogą doprowadzić? Oczywiście nie wiem na pewno – nie jestem wróżką. Myślę jednak, że nie przekraczając granicy zdrowego rozsądku, o kilka wniosków można się pokusić, zwłaszcza, że w zarodku można już różne rzeczy zaobserwować:

Na razie – tyle.

Czy to prawda i czy to wszystko przyszłość pokaże.



[mc]




NAUKA ZROBIONA NA SZARO.

Czy wiecie Państwo, co to jest kiat?

kiat jednostka monetarna Birmy równa 100 piasom.

Tak podaje mój niezawodny Słownik Wyrazów Obcych PWN. I wszystko jasne.

A co to jest nauka?

Tu – przykra niespodzianka. Tego hasła w Słowniku – nie ma! Znalazłem, oczywiście, stosowne definicje w innych źródłach, ale dość znacznie różniły się od siebie. Nic dziwnego. Często, kiedy czytamy w gazetach wiadomości typu „Naukowcy z Uniwersytetu im. Bolka i Lolka w Colorado odkryli dodatni wpływ surówki z marchwi na zdolności muzyczne…” zastanawiamy się, co z tym zrobić i co o tym myśleć?

Najlepiej to chyba jeszcze urządzili się matematycy. W logice matematycznej zdanie jest albo prawdziwe, albo fałszywe – i koniec. Nie ma żadnego dalszego gadania. Owszem, twierdzenie uznawane za prawdziwe można obalić, lub też dowieść prawdziwości innego, uznawanego dotąd za fałszywe. Ale innych możliwości nie ma. Wóz – albo przewóz. Nie brakło i w logice „warchołów” (Brouwer, Gentzen), ale jak na razie ostało się: „A albo nie A”. I mnie się to nawet podoba. Cieszę się, że jakaś liczba albo jest podzielna przez dziesięć, albo nie jest podzielna. Gdyby na przykład 1528646189628 było podzielne przez dziesięć i równocześnie nie było – czułbym się raczej nieswojo.

Trochę mniej podoba mi się naukach humanistycznych, czemu dałem wyraz między innymi w artykule „Śwarnetyka” (AdRem! N°–VI). Nim jednak do nich przejdę, jeszcze odrobinka arytmetyki w stylu Douglasa R. Hofstadtera, którego esej „On number numbness” cierpliwie, po kawałku w dziale esejów tłumaczę i (jak łaskawy Czytelni może za chwilę zauważy) przyswajam sobie idee w nim zawarte. A zatem… Ile jest na świecie wyższych uczelni? Nie wiem, ale myślę, że tysiąc jest bardzo ostrożnym oszacowaniem. Ilu pracowników naukowych liczy sobie taka uczelnia. No, powiedzmy – setkę. Każda z tych osób publikuje rocznie – powiedzmy – pięć prac naukowych (książek, artykułów etc.) Daje to – pół miliona prac naukowych rocznie. Niech każda z tych prac liczy (tylko!) 10 stron – to mamy… pięć milionów stron rocznie do przeczytania. Jeśli jesteśmy arcymistrzami szybkiego czytania i czytamy dziennie 500 stron – to roczną produkcje mamy przeczytaną w 10 000 dni, czyli ok. 27 lat 146 dni. Myślę, że stylowym żartem będzie uwaga o tym, iż nie uwzględniłem lat przestępnych.

No, to bierzemy się za tych humanistów. Na początek polecam książeczkę A. K. Dewdney’a – „Uczniowie czarnoksiężnika, czyli nauka, która zbłądziła”. Jest tam kilka (czasem wręcz sensacyjnych) przykładów zejścia nauki na manowce. A więc o ilorazie inteligencji, o promieniach N, sieciach neuronowych, badaniach dotyczących różnic międzyrasowych, zimnej fuzji, projekcie „Biosfera”, poszukiwaniu cywilizacji pozaziemskich (SETI wraz ze sławnym „wzorem” Drake’a), no i last, but not least, bujnej inwencji doktora Zygmunta Freuda. Przyznać wypada, że nie wszystko są to koniecznie jakieś oszustwa. Sieci neuronowe, dla przykładu, rzeczywiście można budować i praktycznie stosować, tyle, że nie są to „małe mózgi”, jak sugerowano, lecz układy o określonych możliwościach i zakresach przydatności.

Innym przykładem mogą być różnego rodzaju badania psychologiczne. Szara strefa jest tu wyjątkowo rozległa i bezpieczna, więc kto żyw chroni się w tym miłym półcieniu. Niegłupi wybór, bo można tu produkować praktycznie dowolnie fantastyczne (byle tylko efektowne) teorie (Freud przykładem), zaś weryfikacja ich jest trudna. Dla przykładu – inteligencja (a zwłaszcza jej testy!). Wprawdzie sam autor takich testów (Binet) przestrzegał przed ich pochopnym stosowaniem (jakby wiedział, czym to pachnie), ale na nic się jego przestrogi nie zdały. Nawet najprostszy fakt, że ujęcie złożonych mechanizmów ludzkiego myślenia i działania jedną jedyną liczbą już sam w sobie wygląda na absurdalny – nie odstraszył bynajmniej chętnych. Dziarsko obliczano, komu się tylko dało i nie dało, ten nieszczęsny iloraz (pisałem już o tym w AdRem! N°– II). Kiedy koncepcja IQ ukazała już zbyt jawnie swoją absurdalność – nie zrażeni tym radośni twórcy psychologii wymyślili „inteligencje emocjonalną”, „inteligencję werbalną”, „inteligencję motoryczną”. Dziwi mnie, że jak dotąd nikt nie wystąpił koncepcją ”inteligencji seksualnej” – to byłoby trendy… A może zresztą już i jest publikacja na ten temat, tylko nie umiałem się dokopać do niej.

Ja sobie tu oczywiście pokpiwam, ale także w naukach humanistycznych są prace wartościowe, mądre i pożyteczne. Podobnie jak i w ścisłych – bełkot. Pytanie główne zaś brzmi: dlaczego tak rozszerzyła się ta szara strefa pomiędzy nauką, a pseudonauką? Dlaczego istnieje taka ilość publikacji, które (jeśli nawet są w miarę dorzeczne) zmuszają nas do zapytania: „Czy to jest jeszcze nauka?”

Myślę, że przyczyn, jak to w każdym zjawisku na większą skalę, jest więcej, ale jako najważniejsze podałbym takie:

W dużej mierze pokrywa się powyższe z tym, co napisałem w artykule o śwarnetyce, w czym i nic dziwnego, bo chodzi przecież o podobne zjawisko.

Ale i w matematyce, od której rozpocząłem, do raju daleko, a to choćby dlatego, że paziami królowej nauk byli ludzie z krwi i kości. Ot, dla przykładu Leopold Kronecker nauczyciel Georga Cantora i sam w końcu matematyk pierwszej klasy, prześladował swego byłego ucznia nazywając go „deprawatorem młodzieży” (teoria mnogości wydała mu się tak sprośna) tak, że doprowadził go w końcu do załamania nerwowego i choroby psychicznej. Mikołaj Łobaczewski, po swoim odczycie w 1826 dotyczącym geometrii nieeuklidesowych, został uznany za dziwaka, zaś po opublikowaniu jego pracy w Niemczech w 1833 odebrano mu stanowisko rektora uniwersytetu w Kazaniu oraz order św. Anny II klasy. Nie lepiej powiodło się Janosowi Bolyai’owi, który, przekonany, że ojciec sprzedał wyniki jego pracy Łobaczewskiemu, nie tylko przestał się zajmować matematyką, ale także i odzywać do ludzi. Leibniz z Newtonem darli przez lata koty o pierwszeństwo w rachunku różniczkowym, a Newton miał podobno nawet napisać w liście, iż „cieszy się, że udało mu się złamać Leibnizowi serce” (w ogóle zresztą Newton był bardzo mądrym, ale też i nieszczególnie sympatycznym człowiekiem). O tych, co normalnie powariowali nie warto wspominać – to szara codzienność matematyki.

A przecież A albo nie A

[mc]




SZAROŚĆ PODKOLOROWANA.

Jak to na pisałem w notce „Od redaktora” – ludzie nie przepadają za szarością. Nic więc dziwnego, że robią, co mogą, aby ją podkolorować. Oto kilka przykładów:

Reklama. Tyle o niej napisano i przeważnie niezbyt pochlebnie, że aż strach coś jeszcze dopisywać. Odważam się jednak, ponieważ nie samą reklamą chcę się tu zająć, a pewnym jej sposobem oddziaływania na ludzi. Weźmy za przykład ten wyświechtany proszek do prania (to miał być dowcip – wiem, że proszek raczej trudno wyświechtać; osoby, których nie rozśmieszył proszone są o opuszczenie tego nawiasu). Proszę zwrócić uwagę, że reklama mówi nie tylko o samym proszku. Jest tam jeszcze sporo innych rzeczy, które działaja na nas mimo, że przeważnie nie zdajemy sobie z tego sprawy. Wszystkie osoby, biorące w niej udział są ładne, zdrowe, zadbane i pogodne. Wnętrza mieszkań są jasne, czyste, kolorowe. Sprzęt techniczny nowiutki, niezawodny, luksusowy. I co może najważniejsze – wszystkie problemy rozwiązują się błyskawicznie. Nic dziwnego. Czas antenowy w godzinach szczytu kosztuje bajońskie sumy – trzeba się więc śpieszyć. Bielizna jest czysta w 8 sekund, zupa gotowa w 5, a atrakcyjną dziewczynę można (za pomocą telefonu komórkowego!) poderwać w 11 sekund. I tak dalej. Nietrudno jednak zauważyć, że cała ta bajecznie kolorowa Arkadia proszków do prania, zup w proszku i telefonów komórkowych trochę odbiega od rzeczywistości. Nasze domy, mieszkania, sprzęty i last, but not least, realacje społeczne – są, jakie są. Przeważnie dość szare. Reklama zaś kształtuje nasze marzenia i kształtuje je na kolorowo. Nic więc dziwnego, że rozbieżność miedzy marzeniami, a rzeczywistością nieco frustruje. I chyba właśnie o to chodzi. Reklama ma nas uczynić nieszczęśliwymi (dopóki nie kupimy!). Polecam zatem Czytelnikom wykonanie pewnego prostego eksperymentu. Należy wyszukać sobie jakiś (dowolny w zasadzie) reklamowany produkt – powiedzmy makaron – i… kupić go! A następnie… użyć w trakcie reklamy. Konfrontacja obrazu telewizyjnego z rzeczywistą łyżką reklamowanego właśnie makaronu dostarcza niezwykle bogatego materiału do refleksji o charakterze nieomal filozoficznym.

Rekord. Mam znajomego, z którym rozmawia się mniej więcej tak:

– Wiesz, „jeden mój znajomy” kupił sobie samochód, którym można jechać 2000 km/h.
– Dwa tysiące?! Może dwieście…
– No, może i dwieście… Ale i tak bardzo szybko.

No, troszkę może przesadziłem… Aż tak, to on nie mówi… Poważniej jednak – w zasadzie, to nie mogę powiedzieć, że on kłamie, bo kłamstwo to jednak coś innego. Kłamiemy dla jakiejś korzyści, a on nie odnosi praktycznie żadnej; wręcz przeciwnie – traci wiarygodność. I mimo, że zdaje sobie z tego sprawę – nie przestaje. Zastanawiałem się kiedyś, co go do tego popycha? Myślę, że – między innymi, przynajmniej – jest to chęć ubarwienia życia, nasycenia go jakimiś nadzwyczajnościami. Jest to chyba mechanizm podobny do tego, który popycha ludzi do wyczynów umieszczanych później w księdze rekordów. Osobiście mam do takich rzeczy stosunek raczej obojętny i jakoś niespecjalnie mnie porusza fakt, że pan PingPong z Hongkongu przejechał tyłem na rowerze odległość równą średnicy ziemi, a do tego trzymał jeszcze na głowie kieliszek ze stuletnim jajkiem.

Dziwne typy. Nie jestem entuzjastą popkultury, albo jeśli ktoś woli kultury masowej. Są, rzecz jasna, ludzie tłumaczący nam, że kultura masowa nie jest zła, albo przynajmniej, że niekoniecznie taka tandetna być musi. Może i nie musi, ale cóż z tego – kiedy jest… Nie chcę tu jednak na popkulturę narzekać, już choćby dlatego, że tak naprawdę to mało mnie ona obchodzi. Interesuje mnie tu natomiast coś innego, a mianowicie kryteria stanowiące o tym, że ktoś zostaje gwiazdą popkultury, a ktoś inny – nie. Kryteriów takich jest zapewne kilka. Pierwsze i najprostsze – to łatwość. Diabeł się tak święconej wody nie boi, jak masowa publiczność wysiłku myślowego. No, bo jak wiadomo publiczność najbardziej lubi się dowiadywać tego, o czym już dobrze wie, na przykład takich rewelacji, że wszystkie teściowe są nieznośne, wszystkie blondynki głupie etc.

Ale to jeszcze nie wyjaśnia wszystkiego. Piramida popularności jest dużo bardziej płaska niż jakakolwiek egipska. Podstawa jest niezwykle szeroka – całe milionowe społeczeństwa, a na czubku jest miejsca dla niewielu. Gwiazdy liczone są na sztuki – i nic w tym dziwnego; komu chciałoby się pamiętać zbyt wiele nazwisk? Tak więc selekcja musi być wyjątkowo ostra. Na czym ona jednak polega? Jest to dość zagadkowe, bo jeśli przyjrzeć się popularnym postaciom, to prawie, że jako regułę można podać brak jakichś szczególnych cech indywidualnych. W jaki sposób z szarej przeciętności wydobywa się tych, którzy zostają idolami? Tu jednak trzeba pewnego rozróżnienia. Gwiazdy „sprzedaje się” jako ekscentryczne osobowości, choć wcale nimi nie są. Widziałem kiedyś artykuł, w którym jakiś reporter sfotografował kilka znanych aktorek i piosenkarek poza ich oficjalnymi występami. Nie były to jakieś skanalizujące zdjęcia, a jedynie zrobione właśnie w tej szarej codzienności, w domu, na ulicy w ogródku, za to bez makijażu, w codziennych strojach etc. Można tam było zauważyć z całą ostrością, że wszystkie te kobiety wyglądały właśnie przeciętnie – szaro. Nawet nie jakoś szczególnie brzydko, a właśnie przeciętnie – właśnie szaro. Były one dokładnie takimi kobietami, jakie można zauważyć na ulicy, na poczcie, w przedziale kolejowym etc.

I właściwie to do chwili obecnej nie wiem do końca, jak to działa. Wydawało mi się już nawet (dość rozpaczliwie), że to po prostu najczystsza loteria.

Ostatnio jednak odbyłem dość ciekawą rozmowę na ten temat z znajomym, który sugerował, że ludzie robiący takie kariery mają pewną specyficzną cechę. Mianowicie, że są to osobniki „nie cofające się przed niczym”. Trzeba z siebie zrobić błazna – zrobię. Trzeba ćpać – będę. Trzeba pójść z nią (a nawet nim!) do łóżka – pójdę. Trzeba powiedzieć bzdurę – powiem. Nie wiem, czy to rzeczywiście słuszna diagnoza, ale chyba najlepsza, jaką znam i warta namysłu. Dlatego przytaczam.

Monumentalizacja byle czego. Zaobserwować to można w wielu miejscach, a ja sobie wezmę za przykład wywiad (radiowy lub telewizyjny) z jakąś gwiazdą czegokolwiek.

- Co Nasza Gwiazda jadła wczoraj na obiad?
- Makaron.
- Ach!, (entuzjastycznie!) więc Nasza Gwiazda jada na obiad makaron! To fantastyczne! No, to teraz dla naszych radiosłuchaczy – najnowsza piosenka! (W telewizji – dodatkowo grymas nr. 17.)

Całkiem tak, to się może i nie odbywa, ale mechanizm może zaobserwować każdy, kto zacznie zwracać na niego uwagę (odwracając ja od treści). W wielu wypadkach są to, oczywiście błahostki, natomiast fakt, że to, co kiedyś stanowiło odpady kultury, zaczyna się stawać jej główną treścią – już błahostką nie jest. Jest kredytem wobec kultury, który kiedyś przyjdzie spłacać, chyba, że z całkiem kultury zrezygnujemy.

Bo i taka możliwość istnieje.

[mc]




SZAROŚĆ ZACZERNIONA.

Kiedy usiłujemy sobie szarość podkolorować, tak jak w poprzednim artykule, nie jest jeszcze przeważnie źle. Powstają różne dziwolągi, czasem śmieszne, czasem po prostu głupie, a bywa, że i niesmaczne. Niestety niektórzy kolorują na czarno i choć w kategoriach estetycznych byłoby to może i piękne, to z innych punktów widzenia jest zdecydowanie nie do przyjęcia.

Czy tak było zawsze – nie wiem, ale w średniowieczu już prawdopodobnie tak. Zajmowano się wtedy, między innymi, polowaniem na czarownice, oraz paleniem na stosie zarówno upolowanych czarownic, jak i innych osób, którym udowodniono niezbicie zbyt przyjazne stosunki z diabłem. Wykazywano jednak przy tym często daleko idącą wielkoduszność. Tym bowiem z przeznaczonych na stos, którzy szczególnie gorliwie wyrzekli się konszachtów z siłami nieczystymi, zamieniano w drodze wyjątkowej łaski stos na szubienicę. Lecz nie to jest najbardziej przerażające. Doczytałem się bowiem, że w takich wypadkach potrzebna była często specjalna ochrona skazanych przed tłumem, który protestował przeciw pozbawieniu go tego znakomitego widowiska (to znaczy stosu), stanowiącego urozmaicenie dość szarego i nudnego życia.

Obawiam się, że wiele z tego pozostało dzisiaj. Widziałem kiedyś (bodaj w „Discovery”) film poświecony nowym pomysłom w lotnictwie wojskowym. Jednym z kłopotów, z jakimi borykają się tam konstruktorzy samolotów jest ich „niewidzialność” dla radarów przeciwnika. Chodzi po prostu o to, aby uniemożliwić wrogim stacjom radarowym wykrycie samolotu, lub przynajmniej maksymalnie to utrudnić. Jest kilka sposobów radzenia sobie z tym zadaniem: powlekanie samolotu specjalnymi substancjami pochłaniającymi fale radiowe (samolot nie daje wtedy tak zwanego „echa radarowego”), różne układy elektroniczne zakłócające pracę wrogich radarów i wreszcie zmniejszenie sylwetki samolotu. To ostatnie można przyrównać do minimalizacji powierzchni cienia, jaki rzuca oświetlony samolot na ścianę. Im ten cień mniejszy – tym samolot trudniejszy do zauważenia (przez radar). Na pierwsze dwa sposoby zrobiono, ile się tylko dało, ale zmniejszenie cienia ma swoją naturalną granicę, jaką jest osoba pilota i potrzebna dla niego kabina. Powstał więc pomysł, aby skonstruować samolot… bez pilota. Sterowanie samolotu autonomicznym komputerem jest jeszcze dzisiaj zbyt trudne, a w przypadku walki powietrznej z żywym przeciwnikiem – po prostu niewykonalne. Wybrano więc inne rozwiązanie – oddzielenie pilota od samolotu. Rzecz jest dość prosta. Wystarczy w kabinie (a raczej w tym, co miałoby z niej pozostać) umieścić kamery przekazujące obraz i zdalnie sterowane manipulatory poruszające elementami samolotu. Wszystko to można połączyć drogą radiową z pilotem (jeśli można go jeszcze tak nazwać). Człowiek ten nie musi więc latać, a tylko umiejętnie sterować samolotem, a może to robić z wojskowej kantyny, popijając drugą ręką piwko z puszki (no, troszkę przesadzam). Byłoby to więc coś w rodzaju gry komputerowej – tyle, że sterowałoby się obecnym gdzieś tam w powietrzu rzeczywistym samolotem. Na pierwszy rzut oka rozwiązanie takie ma same zalety: nie naraża pilota na niebezpieczeństwo, poprawia zwrotność samolotu (dotychczas silnie ograniczaną dopuszczalnymi dla człowieka przeciążeniami!), zmniejsza koszty szkolenia, zmniejsza wymagania stawiane kandydatom na pilotów i last, but not least, zmniejsza koszty całego samolotu.

I co?

I nic!

Projekt ten spotkał się z zaciekłym, wręcz fanatycznym oporem samych pilotów. Można, oczywiście, zrozumieć takie stanowisko motywowane lękiem przed utratą niełatwej, lecz intratnej profesji. Próbowano więc używać argumentów, że dostaliby tyle samo pieniędzy pracując w zmienionych warunkach. Wyszło jednak wtedy na jaw, że bynajmniej nie jest to główny powód! Najważniejszy był po prostu taki, że piloci LUBIĄ latać, strzelać, rzucać bomby, zestrzeliwać inne samoloty etc. O ile wiem projekt (przynajmniej na jakiś czas) upadł. Przykłady jakie tu podałem są wprawdzie ponure, ale mają przynajmniej jakiś (bardzo podejrzany, ale jednak) element godności. Obrona kraju, czy nawet fanatyzm religijny, nie budzą mojego zachwytu, ale też i niekoniecznie pogardę. Przeważnie jednak ludzie wydobywają się z szarości w sposób znacznie podlejszy. Bezmyślnym niszczeniem, bijatykami, rozbojem, wzajemna agresją, alkoholem, narkotykami i czym tam jeszcze.

A wtedy wolałbym zdecydowanie tę smutnawą szarość.

Ale jak napisałem na początku – ja – kolor szary lubię.

Może to dlatego…



[mc]