TEMAT MIESIĄCA zawiera główną treść gazety artykuły ukazujące wybrane zagadnienie z różnych punktów widzenia.









Temat numeru X (wrzesień 2006): STANDARD.

Tematem następnego numeru będzie: STREFA SZAROŚCI






TO TU, A TAMTO TAM...

Motto:
„Kto nie ogląda telewizji ten jest niedoinformowany.
Kto ogląda – jest zdezinformowany.”
[autor nieznany]

„Nie ma najmniejszego problemu, gdy ktoś stwierdzi, że pomarańcze przedkłada nad jabłka, ani też, kiedy powie, że woli jabłka niż pomarańcze – ale tylko wówczas, gdy jedno oświadczenie jest złożone w kontekście wybierania wzoru tapety ściennej, a drugie z okazji obmyślania deseru owocowego. W takim przypadku mamy do czynienia z oświadczeniami przeciwnymi, ale nie sprzecznymi. Jeśli jednak te stwierdzenia wypowiedziane są w jednym, nieprzerwanym, spójnym kontekście, to stanowią sprzeczność i nie mogą być jednocześnie prawdziwe. Słowem, sprzeczność wymaga, aby stwierdzenia i wydarzenia były postrzegane jako wzajemnie ze sobą powiązane aspekty nieprzerwanego i spójnego kontekstu. Zniweczmy kontekst, albo go rozczłonkujmy, a sprzeczność zniknie. Tezę tę najwyraźniej uświadomiłem sobie podczas omawiania z grupą młodszych studentów ich prac pisemnych. „Posłuchaj – mówię. – W tym akapicie powiedziałeś to, a w tym coś przeciwnego. O co więc chodzi?” […] „Tak – ale tamto jest tam, a to jest tu”. Różnica między nami polega na tym, że ja przyjmuję, iż „tam” i „tu” , „teraz” i „potem”, jeden akapit i następny, są ze sobą połączone, są nieprzerwane, są częścią tego samego świata myśli. […] Fundamentalnym założeniem tego świata [współczesnych mediów – M.C.] nie jest spójność, lecz brak ciągłości. A w świecie braku ciągłości sprzeczność jako test prawdy albo wartości jest bezużyteczna, ponieważ sprzeczność tam nie istnieje. [podkreślenie moje – M.C.]

Używam tego słowa [dezinformacja – M.C.] niemal dokładnie w takim znaczeniu, w jakim rozumieją je szpiedzy CIA i KGB. Dezinformacja nie oznacza informacji fałszywej. [podkreślenie moje – M.C.] Ona oznacza informację wprowadzającą w błąd – umieszczoną w nieodpowiednim kontekście, oderwaną, pozbawioną znaczenia lub powierzchowną – taką, która tworzy złudzenie wiedzy o czymś, podczas gdy w istocie jest od niej bardzo daleka. […] Chodzi mi o to, że tracimy nasze wyczucie, co to znaczy być dobrze poinformowanym. Ignorancję zawsze można skorygować. Co mamy jednak począć, jeśli ignorancję bierzemy za wiedzę?

Obydwa te cytaty pochodzą z książki Neila Postmana „Zabawić się na śmierć”. Przytoczyłem je, ponieważ chcę się tu zająć zjawiskiem, które możnaby sobie roboczo nazwać „atomizacją informacji”.

Zaobserwować można je praktycznie wszędzie. Oto przykłady. Pierwszy (z tej książki) to nagminnie używany w praktyce dziennikarstwa radiowego i telewizyjnego (choć nie tylko tam) zwrot „No, a teraz…”. Oznacza on w istocie tyle, że powinniśmy zapomnieć tym, co było przed chwilą i zacząć myśleć o tym, co wypełnia następne dwadzieścia sekund. Warto tę praktykę skonfrontować dodatkowo z treścią sąsiadujących informacji. Proszę sobie obejrzeć choć raz właśnie pod tym kątem, jakiś „Teleexpress”, czy coś w tym rodzaju. Inny, drastyczny dość przykład można znaleźć w pierwszym numerze „AdRem!” w dziale „Od rzeczy”. Innym przykładem mogą być po prostu potoczne rozmowy ludzi (zwłaszcza młodzieży, choć nie tylko). Jak się im przysłuchać (niezależnie od treści) jest to po prostu wymiana krótkich „szczeknięć”. Rzecz jasna występują tu wielkie różnice środowiskowe i sytuacyjne.

Z psychologii wiemy, że człowiek łatwiej zapamiętuje, kiedy to, co ma zapamiętać składa się w jakiś sensowny system. Dam znowu prosty przykład. Wykonywałem kiedyś III koncert d-moll S. Rachmaninowa. Wyciąg fortepianowy tego utworu liczy sobie 136 stron. Proszę sobie to wyobrazić – 136 stron kropek i kresek – zupełnie abstrakcyjnej grafiki! A jednak nie. Dla mnie nie była to abstrakcyjna grafika, tylko znana muzyka – coś takiego, jak znajoma twarz. Dlatego też nauczenie się tego na pamięć nie było specjalnym problemem tak, jak nie jest niczym szczególnym rozpoznawanie, powiedzmy, setki swoich znajomych. Więcej – potrafiłbym pewnie bez większego problemu napisać te nuty z pamięci (może z małymi niedokładnościami). Działo się tak, ponieważ złożyłem sobie (niekoniecznie świadomie) ten materiał w jakiś spójny i sensowny system (części koncertu, forma części, frazy, struktury harmoniczne etc.). Gdybym jednak nie rozumiał sensu tych nut (jak to jest u muzycznych laików) – nie miałbym żadnych szans na pamięciowe przyswojenie tego materiału! Mógłbym co najwyżej zapamiętać jakiś mały kawałek, a i ten pewnie szybko wyparowałby mi z głowy!

I tu dochodzimy do sedna rzeczy. Taka niespójność, atomizacja, takie poszatkowanie informacji stoi w jaskrawej sprzeczności z możliwością jej zapamiętywania. To nie są oderwane od życia dywagacje. Praktyka potwierdza rzecz z całą brutalnością. A żeby było zabawniej potwierdzenia dostarczyli ludzie za ten stan rzeczy odpowiedzialni. Otóż jedna z amerykańskich kompanii telewizyjnych wykonała dość prosty eksperyment, mający na celu ustalenie, co ludzie zapamiętują z programu telewizyjnego, a w szczególności z dziennika. Wyniki były dość szokujące. Otóż okazało się, że 5 minut po zakończeniu dziennika odbiorcy potrafią zrekonstruować ok. 30..40% jego treści, po godzinie zaledwie ok. 5%, a następnego dnia – praktycznie NIC! To nie są oderwane od życia dywagacje – powtarzam. Proszę sobie wyobrazić kogoś, kto nie lubi za bardzo oglądać telewizji i ogranicza się jedynie do zwięzłych wiadomości – powiedzmy – typu Teleexpres. Trwa on piętnaście minut i zawiera (załóżmy dość optymistycznie, że tylko) pięć różnych informacji. Prosty rachunek wskazuje, że rocznie delikwent spędza na tej zabawie ponad 91 godzin. Prawie cztery bite doby, a jeśli wyłączyć noce – to około tygodnia! Przez ten czas otrzymuje co najmniej 1825 „dawek” informacji. Proszę mi teraz zreferować, co pamiętają Państwo z wiadomości ostatniego roku! W bilansie mamy zatem tydzień (!) przed szklanym ekranem, w wyniku którego po pewnym czasie wydukać można (w najlepszym razie!) kilkanaście faktów. Brzmi to szokująco, ale liczby są nieubłagane.

Nie chcę tu kopać leżącej (intelektualnie) telewizji. Podobne rzeczy dzieją się bez mała wszędzie. Kto dziś czyta Montaigne’a? Trzeba czytać rzeczy aktualne, a najlepiej bestsellery (proszę zauważyć, że słowo bestseller nie oznacza „najlepszy”, lecz „najchodliwszy”!). Kto dziś słucha oryginalnych nagrań Rachmaninowa? Są przecież gwiazdy ostatniego sezonu. I tak dalej. Oczywiście nie mam nic przeciw wartościowym nowościom. Tyle, że jeśli „łapiemy” przypadkowe rzeczy w przypadkowy sposób, sami stajemy się (umysłowo przynajmniej) ”przypadkowi”.

Idąc dalej – zapamiętujemy coś wprawdzie, ale dość przypadkowo. Często nie umiemy tego powiązać w spójny system. Jeżeli oświadczą mi w dzienniku, że gdzieś tam odbyła się strzelanina między jakimiś ugrupowaniami, to mogę to wprawdzie nawet zapamiętać, ale bardzo rzadko dopasuje ten fakt do jakiejś większej układanki. Nie mówię już o tym, że istnieją ludzie i organizacje, którym zależy na tego rodzaju dezinformacji. Wcale nie jest tak, że wolność wypowiedzi karmi nas samą prawdą. Zmieniła się metoda – to prawda. Ze względu na środki techniczne trudniej dziś podawać do wierzenia oczywiste kłamstwa (choć i ta stara metoda nadal nieźle działa). Rolę propagandowego kłamstwa przejmuje nadmiar informacji, selekcja i odpowiednie jej zestawianie. Zaś, fakt, że wolność mediów jest mocno problematyczna dobrze już wiedział i opisał między innymi Noam Chomsky. Zauważył to także bystro Ryszard Kapuściński (proszę zajrzeć w poprzednim numerze do artykułu „Biomasa”).

Jaki z tego wniosek?

Taki chyba – prosty, że musimy za wszelką cenę budować sobie jakiś spójny obraz świata. Obraz świata złożony z punktowych, niepowiązanych elementów jest charakterystyczną cechą schizofrenii. Jest chorobliwy, bo (jak słusznie zauważa Postman) pozbawiony sprzeczności. A nie dostrzegając sprzeczności – godzimy się na wszystko.

I na koniec jeszcze… W teorii informacji – komunikaty fałszywe są traktowane jako informacja ujemna! Z tego wynika, że lepiej nie wiedzieć nic, niż być zdezinformowanym. Choć najlepiej oczywiście mieć informację prawdziwą. Praktyka zdaje się wyraźnie potwierdzać teorię.

I stąd motto.

[mc]

P.S. Jako lekturę uzupełniającą polecam esej „Wymyślać tytuły wiadomości” w dziale „ESEJ”.



RÓWNANIA VOLTERRY.

Vito Volterra był matematykiem włoskim, żyjącym w latach 1860..1940. Choć miał i inne wcale niebanalne osiągnięcia, znany stał się głównie z układu równań różniczkowych opisujących zależność ilościową pomiędzy drapieżnikami a ofiarami (zwanych także równaniami Volterry – Lotki od nazwiska matematyka Alfreda Lotki, który wymyślił podobne równania niezależnie). Volterra ułożył te równania bazując na danych kanadyjskiej firmy Hudson Bay dotyczących populacji rysiów i zajęcy bielaków zebranych na przestrzeni dziewięćdziesięciu lat.

Piszę o tych równaniach dlatego, że już dość dawno zafascynowały mnie one nie tylko ze względu na swoją symetryczną elegancję, ale może przede wszystkim ze względu na relacje między nimi, a rzeczywistym światem. A oto i one:


Oznaczenia:

x: liczba drapieżników,
y: liczba ofiar,
x • y: częstotliwość kontaktów obydwu rodzajów (tzn. drapieżników i ofiar).

Równanie (1) – zmiana liczby drapieżników w funkcji czasu, gdzie:
Zx – częstość narodzin drapieżników,
Zx • x • y – przyrost drapieżników,
Ax – częstotliwość umierania drapieżników,
Ax • x – ubywanie drapieżników.

b) Równanie (2) – zmiana liczby ofiar w funkcji czasu, gdzie:

Zy – częstość narodzin ofiar,
Zy • y – przyrost ofiar,
Ay – częstotliwość umierania ofiar,
Ay • x • y – ubywanie ofiar.

Równania te można dość łatwo zinterpretować w sposób „zdroworozsądkowy”. Opisują one mianowicie sytuację, kiedy na jakimś obszarze (powiedzmy – wyspie) znajduje się początkowo pewna ilość drapieżników i ofiar (powiedzmy znowu – lisów i zajęcy). Kiedy początkowo jest (na przykład) dużo lisów, a mało zajęcy – lisy nie mają dość jedzenia i rozmnażają się słabiej, co powoduje, że zające są mniej zagrożone i ich ilość wzrasta, co z kolei znowu powoduje zwiększenie liczby lisów i przetrzebienie zajęcy – i cały proces jakoś się stabilizuje. Równania te często ujmuje się zresztą jakościowo w postaci tak zwanych praw Volterry. Oto te prawa:

I. Pierwsze prawo Volterry (periodyczne zmiany populacji). Pod nieobecność czynników zakłócających, liczba drapieżników i ofiar oscyluje periodycznie, przy czym maksima dla drapieżników są opóźnione w fazie względem tychże dla ofiar.
II. Drugie prawo Volterry (stałość średniej). Pod nieobecność czynników zakłócających, średnia wielkość populacji jest stała.
III. Trzecie prawo Volterry (szybszy przyrost ofiar). Jeżeli z jakichś powodów nastąpi (niezbyt wielkie) zakłócenie proporcji drapieżników i ofiar, liczba ofiar „odbudowuje się” najpierw, a dopiero później liczba drapieżników.

Po raz pierwszy zetknąłem się z równaniami Volterry przy zakupie mojego pierwszego komputera, którym był Sinclair ZX Spectrum. Jako przykładowy program zaimplementowano tam właśnie owe równania (w wersji nieco uproszczonej, ale nie ma to tutaj znaczenia). Można było więc było „rzucić” na tę wyimaginowana wyspę pewną wybraną ilość drapieżników oraz ich ofiar, a następnie obserwować rozwój sytuacji. Niezależnie teraz od początkowej liczby zwierząt po jakimś czasie ustalała się między nimi pewna dynamiczna równowaga. Kilka przykładowych rozwojów sytuacji przy różnych danych początkowych przedstawiają poniższe rysunki (przez sentyment użyłem emulatora ZX Spectrum). Jako wartości wyjściowych użyłem w pierwszej symulacji minimalnej ilości drapieżników i maksymalnej ofiar, w trzeciej – odwrotnie, zaś w drugiej użyłem wartości średnich. W liczbach wyglądało to tak:

Symulacja I – 7000 królików, 100 lisów,
Symulacja II – 5500 królików, 250 lisów,
Symulacja III – 4000 królików, 400 lisów.

A oto, co z tego wyszło (uwaga: liczby przy wykresach podają ilość lisów i królików pod koniec symulacji):




Z powyższego widać mniej więcej „jak to działa”. A teraz o samych równaniach:

Co o nich wiemy?

  1. Znamy ich postać.
  2. Wiemy, że V. Volterra opracował je na podstawie rzeczywistych danych o zwierzętach z lat 1845..1935.
  3. Wiemy, że mają modelować dynamiczne zależności pomiędzy drapieżnikami, a ofiarami. Jako model możemy przyjąć dwa gatunki zwierząt żyjące na wyspie (lisy i zające, powiedzmy).
  4. Równania te wyrażają pewne „zdroworozsądkowe” zależności, typu „im więcej drapieżników, tym mniej ofiar”.

A o co może warto zapytać?

  1. Rzeczywiste zwierzęta są "skwantowane", a równania nic o tym fakcie nie mówią. Jeśli jest tylko jeden lis i królik – nie mają one pewnie sensu. Zatem – od ilu mają? Czy „tym bardziej mają – im więcej zwierząt”?
  2. Równania te muszą być jakąś idealizacją. Przecież lisy polują na różne inne drobne stworzenia, a króliki mają także innych wrogów. Pomija się wpływ wahań klimatu (a tym samym ilość paszy i wody dla ofiar!), obecność innych zwierząt etc. Co więc właściwie opisują te równania w rzeczywistym lesie?
  3. Jak się układa takie równania na podstawie danych liczbowych (takich na przykład, jakimi dysponował Volterra)? Innymi słowy – jak wiążą się te (lub w ogóle takie!) równania z danymi? Nie całkiem poważnie to piszę… ale przecież, aby ułożyć takie zależności wystarczyłaby kartka papieru, ołówek i zdrowy rozsądek (bez danych)?!
  4. Dlaczego (na przykład) częstotliwość kontaktów drapieżników i ofiar wyrażona jest iloczynem? Czy ta liniowa zależność nie jest zbyt grubym uproszczeniem? Jeśli zwierząt jest więcej – częściej trafiają na siebie (z tym zgoda), ale kiedy jest bardzo mało, drapieżniki muszą się znacznie więcej „nabiegać” (ofiary siedzą tylko cicho pod krzakiem). Czynnik zmęczenia u drapieżników wcale nie musi zmieniać się liniowo! Przykład wprawdzie fikcyjny, ale chodzi o mechanizm myślenia.
  5. Płodność drapieżników i ofiar jest przeważnie bardzo różna. Nie wydaje mi się, aby (znowu na przykład) płodność drapieżników miała zależeć liniowo tylko od ilości pożywienia. Nawet mocno głodny lis może ulec wdziękom pięknej koleżanki, zaś najbardziej syta lisica też nie urodzi więcej małych niż pozwala na to jej fizjologia. Skąd więc ta liniowa zależność?
  6. A teraz najważniejsze (dla mnie) rzeczy:

  7. Dlaczego właśnie te równania? Przecież rozumując nieco inaczej można by otrzymać inne (może i trafniejsze).
  8. Równania Volterry wydają się bardzo sensowne (i eleganckie), wiemy jednak, że dowolny zbiór danych możemy przybliżać nie tylko równiami różniczkowymi, ale na przykład wielomianami, lub innymi funkcjami. Prawdopodobnie te inne przybliżenia byłyby mnie „zręczne” – są jednak możliwe.
  9. Volterra ułożył swoje równania dopasowując je do danych, jakimi dysponował. Ich weryfikacja przebiegała zapewne tak, że dokonano ekstrapolacji na następne lata, następnie porównano te przewidywania z rzeczywistością. Jeśli zmieściły się w jakiejś zadanej tolerancji – równania można było uznać za trafnie skonstruowane. Proszę tu zwrócić uwagę na element arbitralności (w tej tolerancji na przykład).
  10. Równania te opisują jakiś wyidealizowany przypadek, który o konkretnych lasach niewiele (choć nie wiem ile) mówi; dlaczego więc stały się takie znane (ja przynajmniej słyszałem o nich wiele razy)? Czy to nie jest przypadkiem tak, że te właśnie równania stały się po prostu znane jako dosyć proste i efektowne?!
  11. Nota bene: Podobnie było z sieciami neuronowymi. Jak to trafnie napisał jeden z krytyków: Gdyby one się nazywały na przykład „sieci zbieżne", to pies z kulawą nogą by o nich nie słyszał. Zresztą zainteresowanie nimi przygasło do poziomu ich rozsądnej przydatności – to daje do myślenia.
  12. Wygląda mi na to, że równania te bazują na różnych dość grubych uproszczeniach i założeniach. Innymi słowy, że są w zasadzie tylko przymiarkami bazującymi na aktualnym stanie informacji i potrzeb. Innymi słowy, że jest to taka „zdroworozsądkowa łatanina” oparta na empirii (wzory empiryczne?). Niech sobie i tak będzie – tylko niech wiem, że tak właśnie jest!

I tyle o równaniach Volterry.

Można tu jednak zapytać o równania i ich stosunek do rzeczywistości znacznie ogólniej. Weźmy najprostszy schemat – równanie typu z = x • y. W takim schemacie mieszczą się (dla przykładu) prawo Ohma U = R • I (gdzie: U – napięcie, R – oporność, I – natężenie) oraz wzór na pole prostokąta S = a • b (gdzie: S – pole, a,b – długości boków). W przypadku prawa Ohma – dość szybko widzimy miejsce, gdzie ono się „zacina”. Działa dobrze dopóki nie pytamy o pojedyncze elektrony (zbyt małe prądy), zbyt wielkie częstotliwości (naskórkowość, pojemności, indukcyjności etc.), ani zbyt duże napięcia (ulot). Co do prostokątów – tu już trudniej to zobaczyć. Możemy sobie przecież (tak myślę – jeśli nie – proszę protestować!) niesprzecznie wyobrazić prostokąt o bokach mniejszych od długości Plancka, lub większych od wszechświata! Mniejsza o to, że takich obiektów nie ma! Przecież prawdziwych, matematycznych prostokątów także nie ma! Już choćby dlatego, że one nie mają żadnej grubości! Czy zatem ktoś potrafi sformułować precyzyjnie co różni dwa powyższe przypadki (jeśli w ogóle są różne, bo w końcu jeśli ktoś chce może obliczać i prąd złożony z „ćwiartki elektronu”!).

Można więc tu pomyśleć sobie „jak budujemy równania?”. Otóż proces ten przebiega chyba jakoś tak:

Odnieśmy to do praktyki. Volterra miał dane o z zwierzętach z ostatnich dziewięćdziesięciu lat. Zastanowił się nad mechanizmami zależności między drapieżnikami a ofiarami i ułożył opisane równania. Następnie zapewne spróbowano przewidzieć liczbę zwierząt w kolejnych latach. Jeśli obliczenia pokrywały się z wymaganą dokładnością z praktyką (nie udało mi się, niestety, dotrzeć do odpowiednich danych) można było uznać równania za prawidłowe.

Prawidłowe – ale tak długo, dopóki nikt nie zadał pytań, do których byłyby potrzebne dokładniejsze równania.

I tu, moim zdaniem, tkwi istota rzeczy. A historia nauki zdaje się to potwierdzać. Jeden tylko przykład – drugie prawo Newtona. Mówi ono, że przyspieszenie jest wprost proporcjonalne do działającej siły i odwrotnie proporcjonalne do masy. Wyrażamy to wzorem: a = F / m (gdzie: a – przyspieszenie, F – siła, m – masa). Można tę zależność zapisać bardziej precyzyjnie, ale nie komplikujmy niepotrzebnie. Wzór ten sprawdza się w praktyce bardzo dobrze. W oparciu o niego możemy zbudować znakomity samochód. Widzimy z tego wzoru na przykład, że jeśli chcemy, aby nasz samochód miał dobre przyspieszenie (a ja, na przykład, bardzo to lubię!), to mamy do wyboru – albo zwiększać siłę napędową (moc silnika), albo zmniejszać masę. W samochodach sportowych i wyścigowych stosuje się obydwie te metody; w tych powszechnego użytku, ze względu na komfort i bezpieczeństwo, trzeba iść na różne kompromisy.

Czego więc temu wzorowi brakuje, skoro tak dobrze się sprawdza? Jednej prostej rzeczy. Nie „bierze on pod uwagę” prędkości. Dopóki chodzi o samochody i ich (nawet te wyścigowe!) prędkości wszystko jest w porządku, jeśli jednak zaczynamy się interesować prędkościami porównywalnymi z prędkością światła – wzór zawodzi. Dlaczego? Dlatego, że Newton (w oparciu o ówczesny stan wiedzy – całkiem rozsądnie) założył milcząco, że masa ciała jest wielkością stałą. (Proszę tu nie pomylić masy z ciężarem; nieco upraszczając: ciężar to siła, z jaką ziemia przyciąga ciało, a masa, to opór, jaki ciało stawia przyspieszaniu). Obecnie wiemy, że masa wzrasta wraz z prędkością, co opisane jest wzorem:


gdzie:
m0 – masa ciała w spoczynku,
m – masa ciała w ruchu,
v – prędkość ciała,
c – prędkość światła.

Możemy więc sobie (trochę dla zabawy) policzyć, że samochód wyścigowy ważący (powiedzmy) 1000kg i jadący z prędkością 400km/h zwiększa swoją masę o ok. 1/100 miligrama; dość trudno będzie to zmierzyć. Natomiast prom kosmiczny Columbia ważący ok. 115,900 kg, a lecący z prędkością ok. 20.100 km/h jest cięższy już o ok. 1/50 g od tegoż spoczywającego w ziemskim doku. Jeśli ktoś lubi takie rzeczy liczyć (i nie boi się zwariować) może sobie dla przykładu policzyć ile cięższy staje się podczas spaceru, w porównaniu ze staniem na baczność. Można też policzyć, ile cięższy jest ślimak na spacerze od siedzącego spokojnie w skorupce. Warto też popróbować stosownych obliczeń dla białych myszek i różowych słoni. Dobrej zabawy!

Na zakończenie jeszcze dwie sprawy:

• Artykuł powyższy jest trochę „problemowy” w tym sensie, że powinien, w mojej intencji, zachęcać do przemyślenia sobie tych rzeczy (jeśli ktoś lubi myśleć na takie tematy). Sam poświęciłem na to sporo czasu i nie żałuję tego.
• Pragnę złożyć podziękowanie wszystkim osobom, które znalazły czas i ochotę na omówienie ze mną niektórych pytań zawartych w tym artykule, a w szczególności: Marcinowi Kaźmierczakowi, Andrzejowi Bączyńskiemu oraz uczestnikom forum dyskusyjnego „racjonalista.pl”.

Aha, i jeszcze coś – nie wykluczam, że „ciąg dalszy nastąpi”.



[mc]



NIENAWIŚĆ.

Przeczytałem kiedyś esej Leszka Kołakowskiego pod tytułem „Wychowanie do nienawiści, wychowanie do godności”, traktujący o bezsensowności nienawiści. Na podobne oświadczenia i poglądy trafiałem także w różnych innych miejscach, na przykład w sieci pod postacią akcji „Stop nienawiści w Internecie”. Nie wątpię ani przez chwilę w szlachetne intencje autorów tych tekstów tudzież inicjatyw, ale w ich intelektualną przenikliwość (przynajmniej w tym wypadku) – już nieco tak. I to właśnie postaram się poniżej wyjaśnić. Będę próbował bronić tezy, która brzmi:

„Sama nienawiść nie jest rzeczą złą, przeciwnie – jest (niestety) niezbędna. Niekorzystny jest jedynie fakt, że istnieją jej przyczyny”.

Zacznę tu od opisu przypadku nienawiści, który mi się osobiście przydarzył. Przepraszam z góry za pewne ogólniki, ale szczegóły nie są tu ważne – chodzi o mechanizm, a ponadto mówię o nieżyjących, którzy nie mogą się już bronić. Otóż miałem za przełożonego człowieka, którego znienawidziłem. Nie od razu. Początkowo starałem się nawiązać dobre stosunki i zrazu sądziłem, że wszystko jest na dobrej drodze. Popełniłem, niestety, nieświadomie pewien błąd. Wykazałem się umiejętnościami znacznie większymi od swojego zwierzchnika – no i lawina ruszyła. Szykany, oszczerstwa, awantury… Klasyka. Próbowałem, oczywiście jakoś tę sytuację załagodzić, ale bezskutecznie. Człowiek, o którym mowa, był sam wprawdzie kiedyś niezły w swoim fachu (co można było jeszcze zauważyć), jednak jego nałogowy alkoholizm i lenistwo dokonały swego. Obniżenie sprawności, typowa dla alkoholików drażliwość, lęk przed utratą (drobnej, żałosnej) władzy i raczej prostacka mentalność – nie dały mi żadnej szansy. Nie byłem zresztą odosobniony. Poza jedną, czy dwoma osobami, które zdecydowały się na niezłomną służalczość – większość kolegów była w podobnej sytuacji jak ja. Kolektywnie także nic zrobić się nie dało, ze względu na „poparcie z góry”.

Kiedy już byłem zdecydowany zmienić miejsce pracy (a była to dla mnie bardzo dramatyczna i ryzykowna decyzja) rzecz skończyła się sama i to bardzo, jeśli można tak powiedzieć, zwyczajnie. Człowiek ten zachorował na raka i w ciągu kilku miesięcy zmarł. Jest rzeczą chyba dość znamienną, że praktycznie żadnego z moich kolegów z pracy jego choroba, ani w końcu śmierć, praktycznie nie obeszła. Od tego czasu upłynęło już wiele lat i mogłem z perspektywy czasu, jak w laboratorium, obserwować proces narastania i wygasania nienawiści, a także zastanowić się, czym ona jest i jak funkcjonuje.

Oto, co wymyśliłem:

Nienawiść jest uczuciem podobnego rodzaju jak strach, przygnębienie, ból, wątpliwość etc. Natura wyposażyła nas w nie przed wiekami – i mądrze zrobiła. Tu zatrzymajmy się na chwilę. Personifikacja natury – to oczywiście chwyt retoryczny; natura nie jest kimś, lecz czymś. W rzeczywistości bowiem opisywane cechy zostały odsiane jako sprzyjające przeżyciu. A odbyło się w ten sposób, że ludzie, którzy mieli je słabiej rozwinięte – przegrywali w walce o byt. Potrafię sobie na przykład wyobrazić, że ten z pierwotnych ludzi, który był bardziej lękliwy, potrafił skuteczniej unikać groźnych zwierząt. Z tego wynikałoby, że wymienione wyżej uczucia, a w szczególności tytułowa nienawiść, są dla organizmu w bilansie korzystne. Ludzie pierwotni potrafili wprawdzie nienawidzić także zjawisk przyrody (co dodatkowo wskazuje na pragmatyczny charakter tego uczucia); ja jednak ograniczę się tu do nienawiści skierowanej przeciw ludziom. Przestrzegam równocześnie przed myleniem nienawiści z agresją (choć często występują w pobliżu); nienawiść jest uczuciem, agresja – działaniem.

Na poparcie przydatności nienawiści dla organizmu mam jeszcze jeden argument. Otóż widziałem rodzaj testu, kwestionariusza, który miał pomóc w określeniu ryzyka zawału serca. Było tam między innymi pytanie, o to czy badany odczuwał w życiu silną i długotrwałą nienawiść. Odpowiedź negatywna – punktowana była jako zwiększenie ryzyka (pewnie dlatego, że tłumione emocje tego rodzaju robią i tak swoją krecią robotę).

Wszystkie te nazwane powyżej uczucia mają wspólny cel – informować organizm (dość bezceremonialnie) o sytuacjach dla niego niesprzyjających. Dlatego też uważam, że nienawiść jest po prostu potrzebna tak samo jak strach, czy ból; bez nich bylibyśmy po prostu kalecy.

Często jednak spotykam się z jakimś nieco magicznym, nieracjonalnym i trochę nawet histerycznym podejściem do nienawiści. Działa tu, jak sądzę „poprawność polityczna”. Otóż przez długi czas różnego rodzaju myśliciele i moraliści tłumaczyli nam, że nienawiść przynosi wyłącznie szkody. Nawet ludowe powiedzonko „zgoda buduje, niezgoda rujnuje” mówi o tym samym. Jest w tym mnóstwo słuszności, jednak ten „zakaz nienawidzenia” uległ, moim zdaniem, zbyt daleko idącej generalizacji, by nie powiedzieć fetyszyzacji.

Argumenty wytaczane przeciw nienawiści są przeważnie następujące (przytaczam je w przypadkowej kolejności z moim komentarzem):

Z tych i podobnych przesłanek wyciąga się wniosek, że nienawiść jest czymś złym, co należy zwalczać – wręcz tępić. W praktyce objawia się to (w najlepszym wypadku) płomiennymi apelami i próbami stłumienia tego uczucia, zaś w gorszych wypadkach jest to groźba kary (kar piekielnych, kar za antykomunizm etc.). Wszystko to, moim zdaniem nie prowadzi do niczego dobrego, a jedynie powoduje, że nienawiść, której nie można zamanifestować „schodzi do podziemia” i tam robi swoje dalej, a do tego staje się trudniejsza do wykrycia, obrasta różnego rodzaju racjonalizacjami i innymi psychologicznymi fortelami. W efekcie więc sytuacja ulega pogorszeniu zgodnie z powiedzonkiem, że „Od nadmiaru cnoty zwyciężają siły piekła”.

Czy wobec tego propaguję nienawiść?

Bynajmniej! Uważam tylko, że nazwane wyżej metody przeciwdziałania są, w najlepszym razie mało skuteczne, a w gorszym przypadku, mogą być nawet szkodliwe.

Co proponuję w zamian?

Jedyne, moim zdaniem, możliwe i sensowne rozwiązanie – usuwanie przyczyn. Aby wyjaśnić, co przez to rozumiem, dam trzy przykłady:

W pierwszym odwołam się do opisanego na wstępie wypadku z mojego życia. Zarówno ja sam, jak i moi koledzy próbowaliśmy od czasu do czasu podejmować jakieś działania pojednawcze. Zdarzały się także osoby z zewnątrz, które z różnych przyczyn próbowały apelować do rozsądku, łagodzić, tłumaczyć. W najlepszym razie osiągały chwilową poprawę. Dopiero śmierć położyła temu definitywnie kres. To oczywiście skrajny przypadek; podobny efekt dałoby zwolnienie delikwenta z pracy, lub jeszcze lepiej jego wyjazd do Australii. Tak, czy owak – usunięcie przyczyny.

Drugi przykład jest nieco zabawny. Rozpalaliśmy kiedyś z dwójką kilkuletnich dzieciaków ognisko nad rzeką. Dzieci miały za zadanie zbierać w okolicy patyki i znosić na kupkę. Robiły to chętnie i zgodnie, aż do momentu, kiedy złapały ten sam patyk z dwóch końców. Wybuchła oczywiście natychmiast straszna awantura, z krzykiem i wyzywaniem od głupków. Podszedłem do nich i (korzystając z autorytetu dorosłego) zażądałem tego właśnie patyka. Kiedy go dostałem – wyrzuciłem na środek rzeki (rwącego Dunajca – nie dało się wyłowić). Awantura ustała natychmiast i ustąpiła znowu zgodnej pracy.

Trzeci przykład jest ogólniejszej natury. Ci, którzy pamiętają przykre czasy budowy komunizmu, pamiętają też długie kolejki i wrogość ludzi, która często podczas tych „zakupów” dawała o sobie znać. Obecnie, kiedy sklepy są pełne – ludzie zachowują się wobec siebie podczas zakupów przeważnie obojętnie, dość często nawet przyjaźnie, a sporadycznie wrogo (przy czym powodów upatrywałbym wtedy raczej w osobistych problemach, niż w fakcie kupowania). Jestem też, oczywiście, świadom, że nienawiść „przeniosła się” zapewne na inne obszary życia, niemniej jednak dostatek towarów praktycznie wyeliminował ją z czynności kupowania.

Myślę, że powyższe przykłady (choć nie tylko na nich opieram swoje przeświadczenie!) wskazują dość wyraźnie, że usunięcie przyczyny jest najskuteczniejszym, najtrwalszym i najbezpieczniejszym sposobem walki z nienawiścią.

Na koniec najprostszy i zarazem chyba najmocniejszy argument na rzecz usuwania przyczyn nienawiści. Otóż w takich relacjach międzyludzkich jak miłość, przyjaźń, uprzejmość, a nawet neutralna, standardowa grzeczność nienawiść po prostu nie istnieje! Nie jest uruchamiana przez organizm. Jest po prostu zbędna! Brzmi to trochę, jak idiotyczny truizm, ale kiedy kogoś kochamy, to nie możemy go nienawidzić (choć możemy zachować krytycyzm!). Kiedy się pojawia nienawiść (nawet w łagodnej formie niechęci) – jasnym jest, że relacje między tymi ludźmi uległy zakłóceniu. Jest sygnałem, że trzeba coś zrobić, aby usunąć przyczynę (jeśli zależy nam na takich dobrych relacjach, rzecz jasna). W praktyce ludzie, oczywiście, nie zawsze się kochają, nawet nie zawsze są uprzejmi. Czy nie jest to jednak jakaś wskazówka, jak można z nienawiścią najskuteczniej walczyć?!

Że nie zawsze jest to łatwe – zbędnym chyba dodawać. Kilka jest po temu powodów:

Aby jednak być sprawiedliwym – muszę przyznać, że za stanowiskiem, z którym polemizuję, a więc za zwalczaniem objawów (a nie przyczyn) nienawiści, stoją także dość rozsądne racje. Oto one:

  • Tłumienie nienawiści może być doraźnie konieczne. Jest to sytuacja podobna do tej, kiedy boli ząb, a najbliższa wizyta u dentysty możliwa jest dopiero za jakiś czas. Tymczasowo można zwalczać ból, pamiętając jednak, że nieleczona choroba pogłębia się. Tu, nota bene, znów widzimy przydatność tego rodzaju uczuć, jako sygnału ostrzegawczego.
  • Tłumienie nienawiści może być doraźnie skuteczne. To samo zastrzeżenie – odkładanie gruntownego oczyszczenia sytuacji, może sprzyjać pogłębieniu nienawiści.
  • W lżejszych przypadkach apele mogą odnieść skutek. Wydaje mi się więc, że mogą być stosowane jako technika pomocnicza. Wiele też zależy, niestety, od tego, do kogo się apeluje.
  • I na koniec jeszcze moje własne zastrzeżenia do postawionej na wstępie tezy:

    I tyle miałbym na ten temat do powiedzenia.

    Na zakończenie zaś zachęcam do przeczytania eseju „W myślach zabijać ludzi”, w dziale „Esej”.

    [mc]



    INWIGILACJA.

    inwigilacja systematyczna, tajna obserwacja kogoś, tajny nadzór nad kimś; śledzenie

    Podaję definicję (Słownik Wyrazów Obcych PWN), aby nie było nieporozumień, bo edytor Word, na przykład, podaje jako synonimy (błędnie, jak sądzę) - dochodzenie, przesłuchiwanie, wypytywanie etc.

    Mam przed sobą październikowe wydanie CHIP’a, na którego okładce widnieje tytuł „Staat surft mit” („Państwo współsurfuje” – tym razem postawiłem na dokładność, a nie urodę przekładu). Oczywiście natychmiast należy tu wziąć poprawkę na zamiłowanie gazet do sensacji, krzykliwych tytułów i podstraszania czytelników. Ale nadmierna ciekawość różnych „osobowości fizycznych i prawnych” działalnością „osób fizycznych” nie jest zupełną fikcją. O tym właśnie jest ten artykuł. Opisuje on różne metody pozwalające za pomocą Internetu zbierać informacje o nieświadomych tego faktu użytkownikach, oraz metody pozwalające takiej inwigilacji uniknąć. Nie będę streszczał – powiem tylko, bo to może się komuś przydać, że użytkownik Internetu ma prawo do anonimowości.

    Skoro w popularnym piśmie komputerowym pojawiają się (sążniste dosyć) artykuły na ten temat, można przypuszczać, że sprawa ta obchodzi wiele osób i wielu osób dotyczy. Komputerowe pisemko nie jest tu przypadkowym miejscem, bo elektronika (z informatyką w szczególności) zajmują w technikach inwigilacji poczesne miejsce. Jasno i zaraz na wstępie trzeba powiedzieć, że pewien poziom inwigilacji jest, niestety, konieczny – tak jak koniecznym jest posiadanie broni przez policję, jak koniecznymi są różne kontrole etc. Ludzie nie są święci, a niektórzy nawet mają całkiem grube i wstrętne sprawy na sumieniu. Jeśli więc inwigilacja potencjalnego mordercy może komuś ocalić życie – muszę dać na nią przyzwolenie. Problem w tym – gdzie ustalić jej granice.

    Najpierw wyłączmy poza nawias różnego rodzaju ludzi działających poza prawem. To są oczywiste przestępstwa i sprawa jest jasna – lepiej, aby ich nie było. Co jednak począć z ludźmi, którzy działają w granicach prawa, które zresztą nigdy nie może być dosyć ścisłe?

    Inwigilacja przybiera różne formy. Z założenia jednakże (aby inwigilowany się nie spostrzegł) powinna być (by tak rzec) „delikatna”. A więc mamy tu porozstawiane po bankach, stacjach benzynowych, domach handlowych etc. ukryte (a także jawne) kamery. Rejestrowane są nasze połączenia telefoniczne, operacje bankowe, zakupy etc. Rejestrowane są dane o naszym stanie zdrowia, zamożności, kontaktach, sposobach spędzania wolnego czasu. Przeważnie nie zwracamy na to uwagi i dane o nas sami „siejemy” praktycznie wszędzie. Nawet tak banalne rzeczy jak zakupy, wizyta w teatrze, odwiedziny u krewnych w innym mieście należą do tego procesu. Wystarczy je ze sobą umiejętnie pozestawiać. Jeśli (dla jaskrawego przykładu) przed południem udamy się do lekarza w sprawie zapalenia stawu skokowego, zaś po południu wykupimy bilet na lodowisko – wnioski nietrudno będzie wyciągnąć. Zwłaszcza, że lodowisko może być również monitorowane „ze względu na cośtam”. W zasadzie to, gdyby ktoś chciał – może prawie dokładnie odtworzyć nasze zachowanie na przykład 14 lutego 2005 roku.

    Należy tu oczywiście odróżnić inwigilację wrogą od zbierania danych. Rozróżnienie takie, niestety nie jest łatwe. Dane o nas zebrane „dla naszego dobra” mogą być prawie zawsze wykorzystane przeciw nam. Nawet instytucje zajmujące się ochrona prywatności mają często kłopot z ustaleniem, co jest już jej naruszeniem.

    Z jednej strony zbieranie informacji o nas budzi nasz sprzeciw; nie chcemy być zbyt „przezroczyści” dla innych i to jest zrozumiałe. Każdy normalny człowiek (nawet, jeśli nie ma nic na sumieniu) ma pewną sferę prywatności i stara się jej bronić przed obcymi. Nie tyle jest to zresztą jedna sfera, co raczej (obrazowo mówiąc) kilka koncentrycznych kręgów, do których wpuszczamy ludzi zależnie od stopnia zażyłości. Zatem nie tylko „inwigilatorzy”, ale też i po prostu ludzie zbyt ciekawscy, którzy usiłują nam naruszyć ten schemat spotykają się z naszym uzasadnionym oporem. Z drugiej zaś strony takie „zblokowane”, odpowiednio zestawione, (nazwijmy to) „bazodanowe” informacje o nas samych mogą być także i pomocne. Dla przykładu informacja o tym ile wydaliśmy w ciągu roku na papierosy, ile czasu spędziliśmy przed telewizorem, jadąc samochodem, uprawiając sport etc. Często bowiem jest tak, że coś wydaje nam się sensowne w pojedynczym wypadku, lub w małej skali, zaś ujrzane w szerszej perspektywie wygląda całkiem inaczej.

    Kolejnym przykładem inwigilacji może być medycyna. Jeśli pójdę do lekarza, ma on obowiązek zanotować w swoim komputerze fakt mojej obecności, rodzaj choroby, przepisane lekarstwa etc. Dane te objęte są tajemnicą lekarską. Jednakże (dla przykładu) pracodawcy i firmy ubezpieczeniowe są zainteresowane znajomością mojego stanu zdrowia, bo to pozwala im uniknąć finansowego ryzyka. Nie wątpię zatem, że istnieją „przecieki”. Z drugiej strony – inteligentny lekarz, mając pełniejszy obraz stanu organizmu, może wyciągnąć wnioski co do skuteczniejszej terapii. W skrajnych przypadkach taka pełna wiedza o stanie zdrowia delikwenta może być dla niego zbawienna. Jeśli wydarzy się wypadek – lekarz ekipy ratunkowej może dzięki tej „inwigilacji” otrzymać natychmiast komplet danych na temat pacjenta, co może mieć krytyczne znaczenie dla jego szans na przeżycie. Więcej nawet – sam pacjent, mając lepsze pojęcie o tym, co dzieje się w jego organizmie, może także skuteczniej zadbać o swoje zdrowie.

    Blisko medycyny leży psychologia. Ona również daje nam informacje o tym, co się „w nas dzieje”. Może być również wykorzystana przeciw nam, jak i dla naszego dobra. Człowiek wyposażony w wiedze z zakresu psychologii, może sporo (bywa, że więcej niż my sami!) powiedzieć o naszym życiu wewnętrznym na podstawie obserwacji naszych zachowań i reakcji. Dla przykładu: człowiek wykonuje sporą ilość nieświadomych gestów (zwanych „mową ciała”). Ktoś, kto zna te mechanizmy, potrafi rozpoznać nawet starannie ukrywane uczucia. Oczywiście nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków z tego, że ktoś poprawił sobie krawat, jednakże większa ilość tego rodzaju danych może już wystarczyć dla stworzenia całkiem realistycznego „profilu osobowości”. Istnieją zresztą utalentowani obserwatorzy – amatorzy potrafiący wiele powiedzieć o ludziach na podstawie ich zachowania. Tu zresztą mamy także możliwość (by tak zabawnie rzec) „autoinwigilacji”. Lekturze podręcznika psychologii w zasadzie nieuchronnie towarzyszy jakiś rodzaj autoanalizy. Podobna funkcję pełnią różnego rodzaju (przeważnie banalne i niezbyt wiarygodne) psychotesty w różnych czasopismach. Nawet rozmowa z osobą potrafiącą wnikliwie i bystro obserwować bliźnich dostarcza podobnej samowiedzy.

    Z tego, co dotychczas napisałem zdaje się wynikać, że ludzie coraz więcej wiedzą o sobie samych. Nie wszyscy, nie wszystko, ale wydaje mi się, że jakaś tendencja niesie nas właśnie w tym kierunku. Rodzi się więc pytanie – czy to dobrze, czy źle. Co do inwigilacji zewnętrznej odpowiedź jest chyba prosta – źle. Inwigilację tę (jeśli już musi istnieć) powinniśmy utrzymywać wyłącznie na minimalnym, koniecznym poziomie i dbać, aby nie rozrastała się ponad miarę (bo to bardzo silna dla niektórych pokusa!). Trudniej odpowiedzieć na pytanie o „autoinwigilację” („samopoznanie”, jeśli ktoś woli). Z racjonalnego punktu widzenia im więcej wiemy na swój temat – tym lepiej potrafimy „zarządzać” naszym organizmem i naszym życiem (przynajmniej potencjalnie). Niestety jednak informacje, jakie o sobie samych dostajemy nie zawsze są budujące. Że został nam najwyżej rok, że jesteśmy na skraju bankructwa, że nosimy rogi, że najlepszy przyjaciel… Ludzie reagują tu różnie – jedni wolą znać (najgorszą choćby) prawdę – inni są zdania, że należy korzystać z życia, a martwić się dopiero wtedy, kiedy jest naprawdę źle.

    Jakby nie było w ciągu naszego życia dowiadujemy się o nas samych coraz to więcej. Z biegiem lat i postępami technologii stajemy się zarówno dla siebie samych, jak i dla innych coraz bardziej „przezroczyści”. Przeważnie też z biegiem lat życia optymizm zastępuje melancholia. Można więc zapytać, czy wiedza ludzi o nich samych czyni ich szczęśliwszymi.

    Nie znam odpowiedzi na to pytanie.

    [mc]