TEMAT MIESIĄCA zawiera główną treść gazety artykuły ukazujące wybrane zagadnienie z różnych punktów widzenia.









Temat numeru X (sierpień 2006): SEZON OGÓRKOWY.

Tematem następnego numeru będzie: STANDARD.










OGÓREK A SPRAWA POLSKA.

Dowiedziałem się od absolwentki germanistyki, że niemieckie słowo die Gurke (ogórek, oczywiście) jest jednym z niewielu w niemczyźnie zapożyczonych z polskiego (a w każdym razie z jakiegoś słowiańskiego). Jest to wielce prawdopodobne, jako że nasz kraj słynie nie tylko z dywersji estetycznej w postaci z wielotysięcznej armii ogrodowych krasnali (zwłaszcza przy niemieckiej granicy), ale i ze znakomitych ogórków, zwłaszcza kiszonych (tu już nie żartuję – polskie ogórki kiszone są w rzeczy samej najlepsze na świecie; nawet całkiem niezłe rosyjskie też im nie dorównują). Zapożyczenie to jest także dość prawdopodobne z innego powodu. Po angielsku ogórek jest cucumber, po francusku: le concombre, włosku: le cetriuolo – wszystko to pewnie gdzieś tam z łaciny – cucumis. Tylko po niemiecku – die Gurke.

Zapożyczenia, to rzecz tak powszechna w językach, że praktycznie zuważana tylko przez językoznawców i ludzi uczących się obcego jezyka, a w szczególności emigrantów. Co do mnie, to pierwszy raz zwróciłem na to zjawisko uwagę za sprawą uroczej tuwimowskiej humoreski pod tytułem „Ślusarz”. Żart polega tam na absurdalnym zupełnie nagromadzeniu niemieckich terminów fachowych. Rozbawiło mnie to wówczas szczerze, ale refleksje przyszły dopiero wiele, wiele później. Mniej więcej takie…

W astronomii, a także i w innych naukach było długi czas (a nawet i jest po trosze do dziś tak) że odkrywca nowego obiektu mógł mu nadać nazwę. Czy to gwiazda, planetoida, pierwiastek chemiczny, cząstka elementarna, czy szczyt górski – odkrywca miał prawo nazwać go, jak chciał. I tak mamy polon, german, kwarki a nawet i samochody Mercedes (było to imię córki konstruktora pierwszego modelu). Bywa tak i ze skromniejszymi rzeczami – narzędziami, potrawami, ubiorami etc. Morał z tego taki, że nazwy nadają przeważnie ci, którzy w danej dziedzinie dokonują odkryć i wynalazków, a przynajmniej przodują technologicznie. Ci, którzy wloką się w tyle, przejmują biernie obcą nomenklaturę.

Nie przebiega to, rzecz jasna tak prosto. Zapożyczenia powstają w różnych okolicznościach. Trochę działa tu przypadek, trochę różne mody, snobizmy, pomyłki nawet. Bywają też i tendencje przeciwne – narzucenia obowiązku używania słów rodzimych. Nowych słów dostarcza też literatura, dostarczają gwary ludowe. Jak to w życiu – różnie.

Nie zamierzam tu jednak biadolić nad zapożyczeniami. Niektóre są sensowne, trafne, poręczne i mogą się całkiem dobrze zadomowić w języku (jak choćby – telefon). Wydaje mi się jednak, że zbyt duża ilość zapożyczeń jest niestety raczej objawem słabości kulturowej narodu niż jego siły. Toteż myślę sobie czasem, że zapożyczenia powinny zaprzątać uwagę nie tylko językoznawców, ale (i może przede wszystkim) ekonomistów, technologów i przedsiębiorców. O politykach nie wspominam – bo wyjątek, który troszczyłby się o dobro swojego kraju, a jeszcze do tego mówił porządnie po polsku, potwierdzałby tylko ponurą regułę.

[mc]



WIELKIE OCZY.

Jak wiadomo – ma je strach.

Jest on jednym z tych mechanizmów, w które przyroda wyposaża organizmy, aby zwiększyć ich szanse przeżycia. Natura jednak, jako konstruktor jest raczej oportunistą niż perfekcjonistą, a już na pewno nie przejmuje się zbytnio losem pojedynczego organizmu. Zdarza się więc, że to, co miało organizmowi sprzyjać – zwraca się czasem przeciw niemu.

Strach jest mechanizmem dość podobnym do bólu, choć są oczywiście i różnice między nimi. W swej podstawowej postaci obydwa są doznaniem przykrym; mają ostrzec organizm przed zagrożeniem i wymusić działania na rzecz jego usunięcia. Nie zawsze jednak natężenie strachu lub bólu jest proporcjonalne do rzeczywistego zagrożenia. Powierzchowne skaleczenie może być znacznie bardziej dotkliwe niż rzeczywiście groźny krwotok wewnętrzny. Przestraszyć się możemy jakiegoś głośnego dźwięku, czy nagłego ruchu, a zlekceważyć inne rzeczywiste niebezpieczeństwo. W ekstremalnie silnej postaci strach i ból mogą prowadzić do utraty przytomności (a nawet do śmierci). Poniżej zaś pewnego natężenia i w niezbyt długim okresie czasu możemy obydwa dość dobrze znosić, lub wręcz chwilowo zapomnieć. Jednakże nawet dość słaby ból lub strach, jeśli trwa dostatecznie długo, prowadzi zawsze do mniejszych lub większych kłopotów zdrowotnych. W bardzo małym natężeniu i przy niezbyt długim czasie trwania obydwa te doznania mogą być nawet przyjemne! Strach – jako tak zwany „dreszczyk emocji”. Ból zaś, jak mi to powiedział pewien dermatolog, różni się od „świądu” (lekarze tak właśnie mówią) jedynie natężeniem. Jeśli więc ktoś nas pogłaszcze lub połaskocze – jest to w istocie bardzo słaby ból.

Jest jednak pewna istotna różnica pomiędzy obydwoma tymi mechanizmami. Ból jest doznaniem fizycznym (ból psychiczny – to przenośnia). Natura działa tu więc prosto i bezwzględnie. Ból przychodzi dokładnie razem z czynnikiem, który go wywołuje i ustępuje wraz z nim (jeśli nie nastąpiło trwałe zranienie). Boli nas także doładnie i tylko to, co boleć „powinno” (czyli dokładnie i tylko to miejsce, gdzie działa niekorzystny czynnik).

Ze strachem jest trochę inaczej. O ile ból jest raczej niezależny od naszej woli (pominąwszy niektóre szczególne przypadki i umiejętności), o tyle strach możemy próbować dość skutecznie opanować, a co ważniejsze możemy próbować świadomie z nim walczyć. Świadomie – to ważne. Przypominam sobie takie wydarzenie z mojego życia, że pewnego dnia czułem się przez dłuższy czas bardzo zdenerowowany. Nagle przypomniałem sobie o pewnej niezałatwionej dość przykrej sprawie i uswiadomiłem sobie, że to właśnie to chodziło mi gdzieś tam podświadomie po głowie; odczułem wtedy wyraźna ulgę. Potem często stosowałem tę prostą taktykę. Kiedy ogarniał mnie jakiś nieokreślony niepokój, starałem się ustalić jego możliwą przyczynę. Kiedy dobrze sobie uświadomimy na czym polega zagrożenie – strach przeważnie znacznie maleje; najgorszy jest właśnie wtedy, kiedy nie wiemy dokładnie czego się boimy.

I jeszcze jedna ważna różnica. Ból odczuwamy tylko wtedy, kiedy na nasz organizm działa jakiś niekorzystny czynnik, zaś bać możemy się zarówno wcześniej, jak i później. Możemy się więc bać niejako „na zapas”, a także może nam pozostać uraz po stresie. Kto się gorącym sparzy, ten na zimne dmucha – powiada mądrość ludowa.

Jako narzędzie przemocy (władzy) strach stosowany był od wieków (jeśli nie od zawsze); tak działały: inkwizycja, wszelkie tajne policje, systemy totalitarne. Nic dziwnego, bo strach to w samej rzeczy bardzo sprawne narzędzie. Zarówno w postaci konkretnej, jak i w tej mglistej, kiedy właściwie nie bardzo potrafimy precyzyjnie objaśnić, czego się boimy. Kiedy przeraża nas coś konkretnego, wtedy nie pozostaje nic innego jak działać na rzecz poprawy stanu rzeczy. Taki strach jest bardziej podobny podobny do bólu fizycznego. Działa konkretnie, daje się zlokalizować i ustepuje po usunięciu przyczyny. Kiedy jakiś pies jest agresywny i chce nas ugryźć, przychodzi strach, ten konkretny. Kiedy odpędzimy psa – strach mija. Proste. Oczywiście są i sytuacje, kiedy strach nie mija do końca życia – kiedy przegrywamy, tak jak bywają śmiertelne rany. Jakby jednak nie było, w tym wypadku rozumiemy mechanizm i możemy przynajmniej próbować skutecznie walczyć.

Gorszy jest „strach bezkierunkowy” (to termin Bertranda Russella, w odniesieniu do strachu szerzonego niegdyś przez kościół). Nie musi nawet być zbyt wielki, możemy o nim nawet dość często zapominać. Ważne, aby przez długi czas drążył naszą osobowość, jak kornik drewno, a wtedy można być pewnym, że w krytycznym momencie – zrobi swoje.

Jak taki strach wywołać? Stopniowo. Trzeba tylko regularnie dostarczać mu pożywki; sączyć go, jak kroplówka lekarstwo. Żywność zdrowa, to żywność różnorodna, a więc: wypadki drogowe, włamania, podwyżki cen, katastrofy żywiołowe, rakotwórcza żywność, ptasia grypa, statystyka o niewierności kobiet, informacje o masowych zwolnieniach, przestępczość nieletnich, nowe rodzaje broni, terroryzm, bieda i właściwie wszystko, czego nie lubimy.

A jak się przed tym bronić? Na dwa sposoby.

Pierwszy – to higiena umysłowa. Nie pożerać bezmyślnie informacyjnego śmiecia. Kupić program telewizyjny i włączyć telewizor tylko wtedy i tylko na tyle, aby obejrzeć to, na czym nam rzeczywiście zależy. Najgorsze jest paskudztwo, które wsącza się do mózgu przez obrzeża świadomości. Gazetę kupować, tylko wtedy, kiedy chce się w niej coś konkretnego przeczytać. Rzeczy istotne są przeważnie na pierwszej stronie. Wystarczy rzucić okiem w kiosku i nie wydawać pieniędzy na próżno. Książkę, w której orientujemy się już na początku, że autor usiłuje nas podstraszać – odłożyć, a nawet wyrzucić. Nie zadawać się z byle kim. Ludzie prymitywni sami potrzebują mocnych wrażeń i dlatego często lubią straszyć innych. Osoby od pewnego poziomu wzwyż – przeważnie nie mają takiej potrzeby.

Drugi – to racjonalizacja. Zracjonalizować zagrożenie. Przemyśleć, czy jest realne, czy wyolbrzymione. Spojrzeć na rzecz statystycznie, historycznie, logicznie, skonfrontować różne źródła. Nic to zresztą nowego. Niejeden już o tym mówił i pisał – powtarzam tylko.

I jeszcze jedno pytanie – po co?

A po to, żeby nie pozwolić na zatruwanie sobie życia i nie dać zrobić z siebie niewolnika.

Wystarczy?

P.S. Dobrą „lekturą uzupełniającą” może tu być na przykład dokumentalny film amerykański: „Zabawy z bronią”.

[mc]



STO OSIEMDZIESIĄT STOPNI?

Skończył się w Polsce komunizm, zaczął kapitalizm. Puste niegdyś sklepy zapełniły się towarami. Złotówki, liczone kiedyś w milionach, liczymy dziś w znacznie mniejszych liczbach, za to bardziej skrupulatnie. Granice stają się coraz bardziej otwarte. Nie ma cenzury politycznej, jest wolność zgromadzeń i stowarzyszeń, wolność prasy, słowa… Wszystko obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Ale czy aby na pewno aż o tyle?

Chyba nie. Pewne rzeczy, owszem, uległy zmianom. Jedne większym – inne mniejszym. Jeszcze inne zmieniły tylko nazwy i formy. Oto kilka dowolnie wybranych przykładów (w kolejności alfabetycznej):

Antagonizm supermocarstw. Jak wiadomo nakręcał spiralę zbrojeń, wytwarzał stan napięcia etc. Wydawało się, że po rozpadzie imperium rosyjskiego, nastąpi jakieś odprężnie. Rzeczywiście – jakiś czas dało się je zauważyć. Ale przecież producenci broni muszą zarabiać (i to dobrze), więc szybko poszukano nowych wrogów. Obecnie – islam, ale jeśli przestawiłoby się enrgetyke na inne paliwo to śmiertelnymi wrogami mogą się okazać: brodaci, posiadacze płaskostopia, bruneci, filateliścii, albo i repetyfuzjoniści. Nie wiecie pewnie, drodzy Czytelnicy, kto to jest repetyfuzjonita. Ja też nie, ale to żaden kłopot. Na pewno znajdą się tacy, którzy określą dokładnie tę kategorię i wyznaczą, kto do niej należy. Nie chcę się tu zajmowac sprawami politycznymi – są zresztą powszechnie znane. Pytanie tylko – czy w ogóle można ten świat doprowadzić do jakiejś równowagi, bez usunięcia z niego naszego gatunku?

Dobrobyt. Propaganda komunistyczna utrzymywała, że w kapitalizmie sklepy są pełne dlatego, że ludzie nie mają pieniędzy, aby je kupować. Ani myślę bronić komunistycznej propagandy, jednakże jakieś ziarno prawdy w tym twierdzeniu tkwi. Po upadku komuny Polska bynajmniej nie stała się krajem dobrobytu, choć nastąpił być może jakiś wzrost stopy życiowej. Brak mi tu danych, ale 180° to na pewno nie jest.

Poczucie beznadziejności. Była to jedna z rzeczy, która bodaj najbardziej uderzyła mnie po wyjeździe do Niemiec. Mój raczej pesymistyczno – sceptyczny stosunek do rzeczywistości miałem raczej za wynik przebywania w niezbyt przyjaznym środowisku komuny i w gruncie rzczy raczej za moją prywatną aberrację. Toteż zdziwiłem się dość mocno, kiedy zorientowałem się (i to dość prędko), że warstwa (i to wcale niezbyt gruba) zdawkowego entuzjazmu przykrywa u większości tamtych ludzi taką samą jak u nas niepweność jutra, niepokój o los własny i swoich bliskich, niezadowolenie z relacji międzyludzkich, rzadów etc. Widok był dla mnie (przybysza z biednego wschodu) dość absurdalny: wszystko pieknie wypolerowane, czyste, dostatnie – a oni jacyś dziwnie markotni. Mnie wydawało się to nowe, wygodne, piękne – a oni jakoś nie umieli się tym cieszyć. Dopiero z czasem zrozumiałem co gnębi człowieka w „demokracji kapitalistycznej” (którą obecnie mamy także i w Polsce, więc nie muszę wyszczególniać). Zrobiłem więc najpierw obrót o 180°, ale musiałem się troszeczkę cofnąć.

Rozwój gospodarczy. Ekonomiczna niewydolność była chyba główną przyczyną upadku komuny (choć nie jedyną). Bezprzykładne marnotrawstwo „sił i środków”, „planowa gospodarka”, centralizacja zarządzania – nie warto powtarzać – wszyscy znamy. Wydawało się, że kapitalizm z jego własnością prywatną jest znakomitym środkiem przeciw marnotrawstwu; nikt przecież nie będzie marnował swoich dóbr. Jak się okazało – nie do końca. Nastapiła pewnie jakaś poprawa, ale jeśli się rozejrzeć dookoła, to łatwo zobaczyć, że chęć zysku może mieć i straszne, destrukcyjne skutki. Prosty przykład to większość urządzeń technicznych, takich jak samochody, komputery sprzęt audio etc. Budowane są one tak, aby ich żywotność była możliwie krótka, zaś naprawy nieopłacalne – byle interes kręcił się możliwie szybko. Marnotrawstwo materiałów, degradacja środowiska i tak dalej. A stara mądrość ludowa powiada, że herbata jest słodka od cukru, a nie od mieszania.

Sami swoi. Przeczytałem niedawno dwie wiadomości: że w Rumunii większość stanowisk rządowych obsadzonych jest przez byłych pracowników „Securitate”, zaś w Rosji przez byłych funkcjonariuszy KGB. Komentarz chyba zbędny.

Wolność słowa. W zasadzie każdy może napisać, wydać i opublikować, co zechce – na przykład internetowe pisemko pod tytułem AdRem! Jeśli jednak rządy byłych demoludów poszły na zniesienie cenzury, to musiały sobie zapewnić coś w zamian. Myślę bowiem, że aforyzm Norberta Wienera „Informacja – to władza”, bynajmniej nie stracił nic ze swej aktualności. W jaki więc sposób informacją mogą operować władcy obecnie? Myślę, że jest taki sposób i jest on nawet skuteczniejszy (niestety) od cenzury. Składa się na niego kilka elementów:

  1. Mnogość źródeł informacji. Człowiek może wchłonąć tylko określoną dawkę informacji w określonym czasie. Jeśli więc dostatnie do dyspozycji za dużo – musi wybierać. Wybór zaś u wiekszości ludzi jest (o czym już pisałem) dość przypadkowy i przeważnie odbywa się po linii najmniejszego oporu. Nie jest więc potrzebna kontrola wszystkich źrodeł informacji, a jedynie tych, które są najpowszechniej wybierane, do których najłatwiej dotrzeć (telewizja, główne czasopisma).
  2. Nadmiar jako środek ukrywania informacji. Cytat z „Głosu Pana” Lema: „Jak łatwo można się domyślić, zapełnianie szpalt prasy masą wieści coraz to nonsensowniejszych było niczym innym, jak manewrem odwrócenia uwagi, zaplanowanym przez sprawnych fachowców z CIA. Zaprzeczyć bowiem sprawie, zdementować ją, a jeszcze na łamach poważnych pism, oznaczałoby właśnie skupić na niej uwagę i zainteresowanie sposobem najbardziej niepożądanym. Lecz wyjawić, że szło o bzdury, utopić źdźbło prawdy w lawinie kretyńsko brzmiących zmyśleń […] było pociągnięciem nader zręcznym […]” To cytat z poweści fantastycznej, dziejącej się w realiach amerykańskich. W naszych realiach nic takiego, oczywista, miejsca mieć nie może.
  3. Selekcja informacji. Przy obecnym rozwoju środków komunikacji nie jest zbyt sensownym podawanie informacji jawnie fałszywych. Można jednak informacje selekcjonować. Można pewnych informacji nie podawać – to nie jest karalne. Można różne informacje ze sobą zestawiać tak, aby sugerować nieistniejące powiązania między nimi. Można zestawiać tak, aby manipulować ich wagą. Dla przykładu – informacja o podniesieniu podatku w sąsiedztwie kretyńskich plotek wydaje się już mniej poważna.
  4. Tendencyjność. Jest taki stary żarcik Juliana Tuwima – relacja z tego samego wypadku drogowego w kilku gazetach o różnym profilu politycznym; rzecz więc nienowa. Nie warto chyba tematu zbyt rozwijać, bo każdy zna mnóstwo przykładów na to, jak można ten sam fakt różnie przedstawić i to w taki sposób, że żadnej z tych wersji nie będzie można zarzucić ewidentnego mijania się z prawdą. A jeśli do tego dodać jeszcze fakt, że ludzie przeważnie bardziej ufają informacji, ze źródeł zgodnych z ich światopoglądem – manipulacja staje się wręcz dziecinnie łatwa.

Krótko… Nie łudźmy się więc zanadto, że jesteśmy dobrze poinformowani, że „przekaziory” częstują nas prawdą, całą prawdą i tylko prawdą.

Wolność słowa – okazała się także wolnością kłamstwa.



[mc]



BANAŁ, KICZ I SENTYMENTALIZM.

Nie lubię tej trójcy i chyba nie potrzebuje ani wyjaśniać dlaczego, ani uzasadniać tej niechęci. Podam za to definicje (Słownik Wyrazów Obcych PWN):

banał - banalne, oklepane powiedzenie bez głębszej treści; pusty frazes, komunał.
[utworzone od banalny, w zn. fr. banalité]

banalny - pozbawiony oryginalności, pospolity, oklepany, szablonowy. [fr. banal ‘ogólnie znany’, od ban ‘publiczne obwieszczenie urzędowe’]

kicz - kompozycja plastyczna, utwór literacki, film itp. o małej wartości artystycznej.
[niem. Kitsch]

sentymantalizm - 1. przesadma uczuciowość, wrażliwość, czułostkowość; sentymentalność. 2. kierunek umysłowy i literacki w Europie w końcu XVIIIw., ukształtowany w opozycji do zasad racjonalizmu i klasycyzmu, głoszący prymat uczuć nad rozumem.
[fr. sentimentalisme]

Przepisałem te definicje dosłownie wprawdzie, ale nie bezmyślnie i dlatego też nie wpadłem w nadmierny zachwyt ani nad definiowaniem banału przez banalność, ani sentymentalizmu przez sentymentalność. Myślę, że kwiatki tego typu nie powinny wyrastać na grządkach tak poważnej publikacji firmowanej przez PWN. No, ale rozleniwiony upałem, mogę przymknąć oko na to drobne potknięcie, zwłaszcza, że słownik oddał mi wielokrotnie także i dobre usługi.

Przechodząc zaś do rzeczy, zacznę od pewnego wspomnienia ze szkoły podstawowej (miałem wtedy może ze dwanaście lat). Otóż jedną z obowiązkowych lektur była książka Edmunda de Amicisa pod tytułem „Serce”. Nie był to, niestety, podręcznik kardiologii (taki przeczytałbym chyba z wiekszą przyjemnością), lecz raczej kompendium złego smaku, kiczu, a przede wszystkim skoncentrowanego ponad wszelką wytrzymałość sentymentalizmu. Książkę – pod groźbą złej oceny – musiałem przeczytać. Nie miałem wyboru. Czytałem więc to arcydzieło z jakimś ponurym, masochistycznym uporem, a jakiś wewnętrzny głos wrzeszczał wściekle: „Przecież nikt normalny tak się nie zachowuje i nie mówi!” Byłem wtedy o wiele zbyt głupi, aby uświadomić sobie co i dlaczego mi się w tym nie podoba. Wszystko na co było mnie wtedy stać – to ten instynktowny opór i niesmak. Mimo to – dobrnąłem jakoś do końca i uniknąłem szkolnych represji.

Ale nawet nie sama ta lektura była dla mnie najbardziej przykrym przeżyciem. Znacznie gorsze było to, co nastąpiło potem. Odbyła się bowiem lekcja języka polskiego poświęcona tym wzniosłym opowieściom, na której zachwycano się szlachetnością, pięknem i głębią uczuć tego arcydzieła. Z jednej strony pani polonistka (nie wiem, czy sentymentalna idiotka, czy przymuszona programem sprawna hipokrytka), z drugiej zaś horda moich rówieśników. Czułem się przerażony i osamotniony, bo nie wiedziałem, czy są oni tak naiwni, czy przeciwnie – wyczuli, czego się od nich oczekuje i usiłują się dopasować. Tak czy owak miałem bardzo przykre wrażenie, że uczestniczę w jakimś koszmarnym spektaklu zbiorowego obłędu. Usiłowałem coś tam nawet zaprotestować, ale zgaszono mnie jednomyślnie i zamilkłem (bardzo, jak teraz widzę, rozsądnie). Faktem jest, że było to wrażenie dosyć silne, abym je na całe życie zapamiętał. Nieco lżej zrobiło mi się dopiero po lekturze eseju „Pochwała Frantiego” Umberto Eco.

Ani przyszło mi do głowy, że to przykre wydarzenie to zapowiedź czegoś, co miało mnie przez wiele jeszcze lat prześladować. Prawda, że byłem trochę i szczęściarzem; miałem szczęście do dobrych nauczycieli i nienajgorszych znajomych. Wcześnie zetknąłem się z dobra muzyką, literaturą, malarstwem, a także i z filozofia i nauką. Dorobiłem się wprawdzie opinii lekkiego dziwaka, ale specjalnie się tym nie martwiłem, bo to, co poznawałem, dawało mi jakieś niezwykłe poczucie bogactwa, jakiejś niezwykłej barwności wśród szarego świata komuny. I zawsze znalazła się grupka osób (choćby bardzo niewielka), z którą mogłem sobie pogadać. Nie miałem więc powodów do narzekań – i nie narzekałem. Dziwiłem się tylko myśląc: „Jak to jest? Przecież oni wszyscy mają do dyspozycji takie bogactwa i nie chcą z nich korzystać. Dlaczego przedkładają gorsze nad lepsze?” A co mnie jeszcze bardziej dziwiło, to fakt, że taki minimalizm wykazują ludzie wcale niekoniecznie ograniczeni umysłowo. Często byli oni w jakiejś dziedzinie inteligentni, sprawni, bystrzy, zaś w innej przerażająco ociężali. Jakiś czas usiłowałem niektórych przynajmniej przekonywać do rzeczy, moim zdaniem, wartościowych, wskazywać możliwości, zachęcać, ale po jakimś czasie zozumiałem, że jest to zajęcie całkiem jałowe. Jest z tym trochę tak jak z alkoholizmem. Jeśli ktoś nie ma skłonności do wódki, to nie ma potrzeby przekonywać go do trzeźwości, zaś do alkoholika można gadać bez końca, a on i tak się upije. A upije się dlatego, że to dla niego najłatwiejsze. Tak samo z tytułową trójcą. Dlaczego ludzie ją wybierają? Bo jest łatwa. Nie stawia żadnych wymagań i to wystarczy, aby ją kochać. Dopiero wiele poźniej usłyszałem powiedzonko, że „Ludzie najbardziej lubią się dowiadywać tego, o czym już wiedzą”. Banał i kicz dostarczaja takiej właśnie informacji, a sentymentalizm podlewa to uczuciowym sosem. Czy można czegoś więcej pragnąć?

Zacząłem więc z czasem stosować skromniejszą zasadę: „Pomóc można, nauczyć – nie”. Trzymam się jej do dziś. I jest tak, jak mawiają Niemcy: „Jedem – das Seine” (każdemu – jego).

Od tego czasu jest mi w tych sprawach łatwiej. W końcu nie mam obowiązku nikogo do niczego przekonywać. Każdy ma to, co wybrał. Zasadniczo jestem w porządku.

Zasadniczo…



[mc]



POPRZECZKA.

Prawidłowy poziom cholesterolu w organizmie określony jest normą i powinien wynosić nie więcej niż 200 mg/dl. Jak powiedzieli mi znajomi lekarze, norma ta zmieniała się kilkakrotnie (w Niemczech przynajmniej). Niezbyt wiele, co prawda – ale jednak. Równocześnie zatem zmieniała się też ilość osób ze zbyt dużym poziomem tej substancji. Aby było zabawniej, zmiany te bynajmniej nie wynikały (jak ktoś bardzo naiwny mógłby przypuszczać) z postępu wiedzy medycznej, a jedynie z czystej kalkulacji ekonomicznej. Kiedy norma wynosiła na przykład 180 – ubezpieczony pan Müller z poziomem cholesterolu równym, powiedzmy, 200 – mógł dostać od lekarza receptę na stosowny lek i wykupić go za niewielką opłatą. Kiedy normę podwyższano do 220 – pan Müller podlegał cudownemu uzdrowieniu i jeśli chciał się mimo to leczyć – musiał już zapłacić pełny koszt lekarstwa z własnej kieszeni.

Nie trudno o inne tego rodzaju przykłady. Ilość ludzi ubogich w kraju zależy od definicji ubóstwa, zanieczyszczenie powietrza od norm przemysłowych i tak dalej.

Wszystkie powyższe przykłady mają pewną wspólna cechę – są mianowicie możliwe do wyrażenia w konkretnych liczbach, a nawet podlegają też przeliczeniu na pieniądze. Jest to o tyle korzystne, że można (przynajmniej w zasadzie, jeśli nie w praktyce) poddać je rzeczowej analizie. Ponadto osobnik uderzony zbyt mocno po kieszeni, będzie przeważnie dość kategorycznie protestował; jest to więc jakiś rodzaj naturalnego zaworu bezpieczeństwa.

Zdarzają się jednak przypadki groźniejsze, gdzie trudno o rzeczową analizę, a złe skutki ujawniają się dopiero po dłuższym czasie.

Weźmy szkolnictwo. Istnieje spora ilość szkół oraz uczelni prywatnych. Ponieważ pozostają one na własnym rozrachunku, muszą rygorystycznie przestrzegać finansowej samowystarczalności. Podstawowym sposobem jej zapewnienia jest możliwie duża liczba studiujących. Prostą metodą na to jest zaniżenie (bądź nawet zupełny brak) kryteriów przyjmowania studentów, łatwe (aż do fikcyjności) egzaminy etc. Na pozór wszyscy są zadowoleni. Nauczyciele – bo mają pracę, studenci – bo minimalnym nakładem wysiłku zdobywają dyplom uczelni, rodzice – bo ich dzieci studiują i last, but not least urząd finansowy – kładąc łapę na swojej części zysku. Szczęście to jednak przygasa, kiedy w ogłoszeniach o zatrudnieniu trafia się (podobno coraz częściej) na klauzulę: „Absolwentom uczelni prywatnych – z góry dziękujemy”.

Inny, jeszcze nieco bardziej nieokreślony przykład, to dobre wychowanie. Kiedy widzę jakiś film traktujący o współczesności, bardzo często przychodzi mi na myśl, że ludzi, którzy się tak odzywają i zachowują zwyczajnie nie wpuściłbym do domu. Jak to już kiedyś w AdRem! napisałem – nie lubie po prostu chamstwa. Ktoś, kto usiłuje od pierwszego zdania przejść ze mną na „ty”, rozmawia z gumą do żucia w gębie, rękami w kieszeniach i wulgarnymi słowami używanymi zamiast znaków przestankowych – nie jest po prostu wpuszczany do mojego mieszkania (no, chyba, że czasem muszę). Jestem świadom faktu, że dobre wychowanie to, rzecz jasna, konwencja. Moglibyśmy się przecież umówić, że właśnie bardzo grzecznie jest rozmawiać z kimś żując gumę, trzymając ręce w kieszeniach i rozpoczynając konwersację od soczystej wiązanki. Wiem także i to, że dobre wychowanie to wcale niekoniecznie jakies rozbuchane uprzejmości. Znam (i szanuję) osoby, które zachowują się skromnie, prosto, bezpośrednio, a przy tym taktownie i elegancko.

I tu powoli docieram do istoty rzeczy.

Otóż to zjawisko obniżania poprzeczki wydaje mi się być bardzo charakterystyczne dla naszych czasów. Jest ono, moim zdaniem, w głównej mierze wynikiem dwu współpracujących ze sobą sił – komercjalizacji i (przede wszystkim może) masowości.

Weźmy znowu przykład. W poprzednich numerach prezentowałem grafiki Beardsley’a. Do wykonania ich, autor potrzebował niewiele – kartki papieru, piórka i tuszu. Ile to może kosztować? Nie wiem, ale pewnie niezbyt dużo. Jeśli wobec tego chcemy sprzedawać przybory do rysowania, to lepiej zaoferować zestaw dwustu kredek, czterystu farb, niezliczone ilości pomocniczych gadgetów, a wszystko za bajońskie sumy; zarobi się wiele więcej. Problem tylko jeszcze, aby ktoś chciał to kupić. Trzeba więc przekonać go, że zakupiwszy – będzie produkował świetne obrazy, stanie się sławny, będzie obiektem zazdrości znajomych etc. Ale tu znowu kłopot – ktoś taki, jak Beardsley rodzi się jeden na tysiąc, na milion może… Nie ma więc wyjścia, jak wmawiać potencjalnemu nabywcy, że jest genialny. Jeśli kupisz ten samochód – będziesz Jamesem Bondem, tę sukienkę – Zofią Loren, ten kalkulator – Einsteinem, te hantle – Schwarzeneggerem. Tyle, że Einstein, to nie kalkulator, a długie godziny przy biurku, nad książkami, Schwarzenegger, to nie hantle, lecz godziny żmudnego treningu. A ponadto sprzedaje się miliony kalkulatorów i hantli po cenach dość przystępnych, aby praktycznie każdy mógł sobie na nie pozwolić. Skąd więc brać to tak miłe poczucie wyjątkowości?

Możemy, oczywiście zgodzić się na tę niska poprzeczkę – więcej nawet – możemy ją zaakceptować. Nikt i nic nam w tym nie przeszkodzi. Tyle, że…

Prywatnie zaś, to ciekaw jestem, jak wysoko będziemy skakać (jeśli w ogóle podskoczymy), kiedy poprzeczka będzie już leżała na ziemi (albo i w ogóle jej nie będzie). Z tym, że ciekaw to jestem raczej tak „rozumem”, bo „całością”, to wolałbym w tym nie brać udziału.



[mc]