GABINET KONESERA - koneser człowiek dobrze sie na czymś znający, zwłaszcza wytrawny znawca rzeczy pięknych, wytwornych (fr. connaisseur). Tak podaje słownik wyrazów obcych PWN; ja zaś sobie myślę, że kontakt z rzeczami pięknymi i wytwornymi jest najlepszą odtrutką przeciw powszechnie chamiejącemu środowisku. Sądzę, że jest to także właściwe miejsce na recenzje. Zapraszam.


GRAFIKA.

W tym i następnych numerach – kilka rysunków innego mojego ulubionego grafika M. C. Eschera. Nim jednak przejdę do ich prezentacji chciałbym omówić dwie sprawy bardzo, moim zdaniem, ważne. Po pierwsze – zawartość „matematyczną” jego prac, a po drugie – zawartość estetyczną.

Escher jest grafikiem znanym; istnieje wiele publikacji na jego temat. Mam jednak wrażenie, że większość z nich obarczona jest pewnym uporczywie powtarzanym błędem. Pisze się tam bowiem bardzo często o odniesieniach matematycznych, geometrycznych, filozoficznych wręcz. Można natrafić na analizy perspektywy w jego rysunkach, rozważania o ciągach nieskończonych i temu podobne rzeczy. Wszystko to prawda – można te elementy w rysunkach Eschera odnaleźć, ale jest to moim zdaniem raczej marginalny aspekt jego twórczości.

Dlaczego tak uważam? Ano, proszę sobie wyobrazić coś takiego. Zwykły okrąg o średnicy r i środku w punkcie X. Z punktu X zataczamy drugi okrąg o średnicy równej 2r. Następnie rysujemy okrąg o średnicy 1½r, później 1¾r i według tej zasady następne okręgi o średnicach równych średniej pomiędzy ostatnio narysowanym, a zewnętrznym. Powstaje taki wzorek, jaki widzimy na Rys. A i łatwo zauważyć, że można ten rysunek „uzupełniać” w nieskończoność – kolejne okręgi nigdy nie dojdą do zewnętrznego. Można to opisać jakimś wyrażeniem matematycznym, można dywagować na temat nieskończoności, ale daję Czytelnikom słowo, że tego mojego rysuneczku za dzieło sztuki ani trochę nie uważam. Dla podkreślenia (obok na Rys. B) grafika Eschera pt. Kreislimit III,. Oczywiście można (a jest zresztą tego bełkotu co niemiara) i tu ględzić o tym, że jest to model wszechświata ograniczonego, a nieskończonego etc. Ale takie zasady dają się wyprowadzać zarówno z mojego (lub podobnego) szkicu jak i rysunków Eschera, więc gdyby Escherowi tylko o to szło – nie musiałby się fatygować rysowaniem tych stworków – wystarczyłyby takie jak moje okręgi (lub inne proste figury geometryczne).


Wydaje mi się, że poruszyłem tu pewien bardzo istotny temat. Wiele zajmowałem się w życiu zastosowaniami matematyki w kompozycji; mógłbym nawet powiedzieć, że zęby na tym zjadłem. Wszystkie te próby (nie tylko moje – wszystkie!), choć czasem bardzo pouczające, jak dotąd – kończyły się fiaskiem. Trzeba więc powiedzieć z całą jasnością, że:

Nie ma (jak dotąd) narzędzi matematycznych pozwalających tworzyć wartościowe dzieła sztuki.

Gdyby były – istniałby komercyjne programy do pisania arcydzieł, malowania obrazów etc. Oczywiście można próbować takie rzeczy mechanizować (algorytmizować, jeśli wola), ale na bardzo prymitywnym poziomie. Ot, jakieś estetyczne wzorki, banalne historyjki, standardowe utworki. Już Mozart czegoś takiego próbował…

Co przyniesie przyszłość – nie wiem. Na dzisiaj jest tak, że wartościowa sztuka wymyka się matematyce, jaką znamy. Kto twierdzi inaczej – ten albo jest niedoinformowamy, albo kłamie. Jest to wprawdzie moje prywatne zdanie, ale poparte taką ilością doświadczenia, że nie waham się go tak kategorycznie sformułować.

I jeszcze jedno. Jestem, oczywiście świadom faktu, że powyższy wywód bazuje na jakiejś tam, by tak rzec, „uśrednionej estetyce europejskiej”. Może się przecież zdarzyć, że ktoś wychowany w całkiem odmiennej kulturze odniesie się z całkowitą obojętnością, do wszystkich znanych nam (i uznanych przez nas) arcydzieł, a będzie ryczał z zachwytu nad wzorkiem na bilecie tramwajowym, kleksem w zeszycie, lub czymś podobnym. No, ale to już jego rzecz.

A teraz druga sprawa. Skoro wiemy już, co nie jest takie ważne w rysunkach Eschera, narzuca się pytanie – co jest ważne, co czyni je wartościowymi. Aby było jasne – odpowiadam wyłącznie we własnym imieniu. Gdybym miał wymienić to, co mnie w tych rysunkach „przyciąga” – nazwałbym dwie rzeczy. Pierwsza – to ich delikatna precyzja. Sama delikatność i sama precyzja, to trochę dla mnie za mało, zaś te obie rzeczy razem bardzo mi się podobają. Podobna cecha emanuje dla mnie z obrazów Vermeera, lub Dalego, zaś jej przeciwieństwa – grubej, dosadnej krechy dopatrywałbym się w obrazach Picassa („moim zdaniem” – przypominam). Druga z tych cech to pewien rodzaj fantazji, który łagodnie przenosi nas do jakiejś innej rzeczywistości. Wszystkie te grafiki są jakby „wyciszone”. Działają, jak powiedziałby może Witkacy, „raczej na intelekt, niż bebechy”. I tu znowu jako przeciwieństwo przywołałbym brutalną ekspresję obrazów Picassa (za którym, jak to już się pewnie wydało) – nie przepadam. I tyle miałbym o tych rysunkach do powiedzenia.

Po tym przydługawym wstępie przechodzę już do rzeczy i na dobry początek prezentuję mniej znany, bardzo piękny rysunek: „Stilleben und Strasse” (Martwa natura i ulica).


M.C.Escher - "Stilleben und Strasse".