WYKŁAD - zawiera wykład (lub wykłady) na temat w zasadzie dowolny, lecz raczej poważny i przydatny. Celem tego działu jest, aby Czytelnik po jego przeczytaniu pomyślał: Aha! Więc to jest tak! No, wreszcie rozumiem!; niestety bowiem nie każdy wykład kończy sie takim westchnieniem ulgi. Ambicją moją byłoby, aby w tym dziale stało sie to regułą, jednak w przypadku tematów zaawansowanych - niekoniecznie musi się to udać, nawet jeśli dyskurs będzie nienaganny. Przeszkodą może być wymagany, bazowy poziom wiedzy. Dlatego też powinien on zawsze zostać określony na początku wykładu.





Dla zrozumienia tego wykładu nie jest potrzebne żadne specjalne przygotowanie. Zainteresowanie może on jednak wzbudzić raczej u tych, którzy z muzyką elektroniczną mieli praktycznie do czynienia.



SYNTEZA DŹWIĘKU – GŁOS SCEPTYKA.

W wykładzie tym pragnę przedstawić mój osobisty punkt widzenia na syntezę dźwięku w nawiązaniu do odcinków poprzednich – o jej historii.

Wiele lat sam używam intensywnie syntezy dźwięku w kompozycji muzyki elektronicznej, aranżacji etc. Nie jest to oczywiście dowód, jej zalet, a jedynie potwierdzenie mojego przekonania, że ma ona jakieś istotne zalety.

Synteza dźwięku jest tą gałęzią muzyki elektronicznej, która odniosła chyba największe sukcesy komercyjne. Obrodziło to wprawdzie z jednej strony dostępnością dobrych urządzeń elektronicznych w realistycznych cenach, z drugiej strony jednak uruchomiło wszystkie patologiczne mechanizmy gospodarki rynkowej – reklamę, nierzetelną informację o urządzeniach, zbyt szybką zmienność mody, powstawanie konstrukcji obliczonych na zakup przez niezbyt wybredną klientelę, sprzedaż wiązaną etc.

Wszystkiego, co wiemy o syntezie dźwięku nauczyliśmy się od instrumentów naturalnych”. Zdanie to wypowiedziane ponoć przez J. Chowninga (jednego z pionierów syntezy dźwięku) dobrze oddaje pomieszany z zazdrością podziw dla walorów instrumentów tradycyjnych. Jeśli nawet jest ono dla aforystycznego efektu przesadne, to niewątpliwie instrumenty naturalne były dla twórców syntezy dźwięku jednym z niedościgłych wzorów. Nic dziwnego. Sięgająca setek lat tradycja ich budowy i udoskonalania, użycie „naturalnych” materiałów, pewne pokrewieństwo z dźwiękami przyrody i w końcu uświęcone tradycją upodobania słuchaczy stanowią o ich niewątpliwej i niesłabnącej sile. Jakkolwiek symulacja instrumentów naturalnych jest ciągle jakimś rodzajem nieosiągalnego „świętego Graala” syntezy dźwięku i w rzeczy samej jej zgłębianie może być bardzo pouczające, to warto jednak zauważyć, że można też podejść do sprawy całkiem odmiennie. Można zaakceptować specyfikę istniejących brzmień elektronicznych i pisać muzykę zgodną z ich specyfiką, nie troszcząc się o to, jak ma się to do tradycyjnego instrumentarium, a jedynie o dobry efekt dźwiękowy. Podejście takie wydaje mi się osobiście najsłuszniejsze. Uwalnia ono od zbędnych obciążeń i stymuluje do szukania własnej optymalnej drogi. Przeważnie jednak zachodzi potrzeba kompromisu pomiędzy wyobrażeniem dźwiękowym a jego rzeczywistą realizacją, lecz bywa też i tak, że praca z takim właśnie nastawieniem odsłania nowe, nieznane dotąd, a cenne możliwości. Koniecznym jednak warunkiem sukcesu (artystycznego, aby rozwiać wątpliwości) jest tu dobre opanowanie zagadnień technicznych. Trzeba bowiem dobrze wiedzieć, co daje się uzyskać (w rozsądnym czasie) i jak to zrobić praktycznie.

Jest jeszcze inna, moim zdaniem, kluczowa sprawa, o której prawie wszyscy taktownie milczą. Zakładając nawet, że uda się stworzyć metodę syntezy dźwięku pozwalającą zupełnie nienagannie symulować jakiś instrument, dalej nie mamy rzeczy najważniejszej – muzyka grającego na nim, z jego wiedzą instrumentalisty, z jego psychologią i nawykami. Wyobraźmy sobie, że udało nam się to w przypadku skrzypiec. Jeśli nawet uda nam się teraz odegrać jakiś kaprys Paganiniego na klawiaturze, to i tak nie potrafimy użyć właściwych sposobów smyczkowania (choćby były dostępne w syntezatorze!), bo nie wiemy jakich użyłby rzeczywisty skrzypek w takiej sytuacji. Mechanika gry na instrumencie klawiszowym jest całkiem różna od mechaniki gry na instrumencie smyczkowym. Powstaną więc nieuchronne różnice w interpretacji wynikające po prostu z braku doświadczenia w grze na symulowanym instrumencie. A jeżeli można by się nawet tego wszystkiego nauczyć, to nie wiadomo, czy nie byłoby prościej nauczyć się po prostu trochę grać na skrzypcach, lub poprosić znajomego skrzypka o nagranie potrzebnej muzyki. Można także używać technik kombinowanych, łącząc syntezę dźwięku z nagraniami, przetwarzaniem dźwięku, wykonaniami „na żywo” etc. Kompozytorzy często zakładają, że utwór ma być wykonany z jednorodnego materiału (na przykład tylko śpiew, lub tylko dźwięki przedmiotów metalowych). Można tak postępować, jeśli prowadzi to do wartościowego artystycznie celu, ale należy się wystrzegać dogmatyzmu. Gdybym na przykład pisał utwór oparty jedynie o brzmienia typowo „komputerowe” i uznał, że w pewnym miejscu, ze względów estetycznych potrzebne jest solo (na przykład) fletu, to wgrałbym bez najmniejszego wahania fragment nagrany przez dobrego flecistę. W końcu (czy nam się to podoba, czy nie) w muzyce liczy się jedynie rezultat ostateczny.

Zdaję sobie sprawę, że syntezatory, to świetne „zabawki”, a producenci robią, co mogą, aby je sprzedać, toteż nie żałują wysiłku, aby nabywca miał przez jakiś czas właśnie świetną zabawę. Hojnie wyposażają swoje urządzenia w rozmaite gadgety, szczodrze szafując wszelkimi manipulatorami, lampkami i innymi „bajerami”. Nie żałują też energii na staranne wykończenie. Sam bardzo lubię wszelkie zabawki i uważam nawet, że można sobie na taką beztroskę tydzień (czy nawet miesiąc) po zakupie pozwolić. Potem jednak należy wrócić do rzeczywistości, przysiąść fałdów i solidnie nauczyć się pracy z danym syntezatorem, poznać gruntownie jego możliwości i ograniczenia tak dobrze, aby stał się niejako „przezroczysty” i aby „dłubanie w nim” nie odciągało od pracy nad utworem.

Są, oczywiście i takie dziedziny, gdzie syntezie dźwięku stawia się skromniejsze wymagania, jak na przykład uzupełnianie instrumentów naturalnych w orkiestrze, dydaktyka, pomoc w pisaniu nut, aranżacji etc. Tam, oczywiście sprawdza się ona świetnie.

Nigdy nie wolno jednak zapominać, że synteza dźwięku jest jedynie narzędziem muzyki elektronicznej (szerzej – w ogóle muzyki), a nie jej celem. Człowiek, który o tym zapomina jest jak stolarz oddający się adoracji laubzegi, zamiast robić dobre meble. Z mojego wieloletniego doświadczenia mogę powiedzieć, że nawet przy pomocy dość prostych syntezatorów można napisać bardzo dobry utwór, zaś, kiedy się nie wie, co napisać, to żadna, najbardziej wyrafinowana technika nic nie pomoże, tak jak najpiękniejsze ubranie nie zasłoni prostactwa. Jak mawiają: „frak leży dobrze dopiero w trzecim pokoleniu”. Z muzyką jest lepiej. Można się stać arystokratą muzyki w ciągu jednego życia – ale tego się nie da kupić w sklepie z elektroniką.

Krótko mówiąc: istotą muzyki jest ona sama, a nie jej narzędzia.

Ale to już temat na inne opowiadanie...



[mc]