TEMAT MIESIĄCA zawiera główną treść gazety artykuły ukazujące wybrane zagadnienie z różnych punktów widzenia.









Temat numeru IV (luty 2006): MOJA MAŁA MENAŻERIA MUZYCZNA.

Tematem następnego numeru będzie: RÓG GORZKIEJ OBFITOŚCI.










KRASNOLUDEK.

We czwartek wieczorem odwiedził mnie znowu mój znajomy Krasnoludek. Wyszedł zza szafy, wdrapał się na biurko, usiadł jak zwykle na kałamarzu, poprawił kubrak, przygładził brodę i powiada mi tak:

– Słuchaj no, tak dalej być nie może, bo ja już po prostu zaczynam się za ciebie wstydzić.

Nie bardzo zrozumiałem, o co mu chodzi, więc na wszelki wypadek odpowiedziałem ostrożnie:

– No, dobrze. Postaram się poprawić to, czy owo...

Ale Krasnoludek nie dał się zbyć ogólnikiem.

– To czy owo – żachnął się – Nie „to czy owo”, mój drogi, lecz wszystko i to radykalnie! Rozumiesz?
– Niezbyt. Co miałbym tak radykalnie zmieniać?
– Jak to, co? Twoje poglądy na muzykę!

Trochę odetchnąłem, bo zacząłem się już obawiać najgorszego, to znaczy tego, że mój stary przyjaciel jakoś mnie zawstydzi i będę zmuszony w końcu posprzątać za szafą. Na szczęście jednak szło tylko o teorię.

– A czy one... te moje poglądy, są rzeczywiście takie złe? – zapytałem nieśmiało.
– Złe. Nawet bardzo złe! – przygwoździł Krasnoludek.
– A dlaczego?
– Dlatego, że pesymistyczne.

Przez głowę przemknęło mi zdanie wyczytane u Karola Irzykowskiego: „A kto panu powiedział, że człowiek musi być szczęśliwy?”. Nie chciałem się jednak podpierać autorytetem; zacząłem więc na wszelki wypadek oględnie:

– Poglądy mam może i faktycznie niesłuszne, ale wiesz przecież sam, że poglądy zależą od rzeczywistości, no a ta – jest, jaka jest.
– A, co? Tobie się rzeczywistość nie podoba? No wiesz! Zobacz tylko! Szkół muzycznych jak maku, akademii – mnóstwo, uczniów i studentów – co roku setki, wszyscy jeżdżą na konkursy, te konkursy wygrywają, albo i przegrywają, ale grają i śpiewają, a co zagrają i zaśpiewają – to nagrywają, albo i nie nagrywają, toteż płyt w sklepach do licha i trochę. Filharmonie – perorował dalej w stylu Gombrowicza – jeżdżą na tournee, albo i nie jeżdżą, na dietach oszczędzają albo i nie oszczędzają i tak się dorabiają, albo i nie dorabiają! I co? I to jest według ciebie źle?!

Tak się zaperzył, że aż się wziął pod boki.

– Wiesz – mówię – źle to i może nie jest, ale tak za dobrze to też nie. Bo widzisz... Taśma jakaś produkcyjna się z tego zrobiła... Zawody jakieś obłędne zamiast radości kontaktu ze sztuką... A piękno to delikatna i kapryśna materia. Nie można tego równo wypuszczać z taśmy montażowej, jakby to sobie panowie handlarze tym towarem życzyli. Tego się nie da zoptymalizować, zestandaryzować, unormować, bo to właśnie przeciwieństwo, optymalizacji, standaryzacji, normalizacji i czego tam jeszcze. Nigdy się to tym ponurym handlarzom tak naprawdę nie uda, choćby się wściekli, bo to ich kwadratura koła – ta cierpka, a złośliwa myśl trochę mnie jednak pociesza. Ale kiedy się rozglądam dookoła to widzę, że jedni patrzą, żeby na muzyce zarobić, inni patrzą, co też ostatnio jest na świeczniku, aby o tym „podyskutować” w towarzystwie. Bo przecież w sztuce najważniejsze, żeby być na bieżąco, „na topie” i „up to date”, nieprawda? I tak się to wszystko samo napędza. Rzadko kto potrafi się zdobyć na niezależność od stada, ogłuchnąć na zgiełk agory, choć to konieczne warunki głębokiego kontaktu ze sztuką. A może zresztą sztuki już nie ma, a ostał się tylko handel tym, co z niej pozostało...
– To znaczy, że co? Że lepiej byłoby, aby nie grali, nie śpiewali, nie nagrywali? – zapytał zadziornie.
– Sam już nie wiem, co byłoby lepiej – odpowiedziałem z rezygnacją. Wiem tylko, że jak zaczną po raz tysięczny interpretować jakieś mazurki, o tej głębi artyzmu rozprawiać, Mozarta na jazz przerabiać, a jazz na Mozarta, te nowe indywidualności stulecia (takie same jak w zeszłym sezonie) kreować, to mnie mdli jak po rycynie.
– Jak nie wiesz, co robić – to się nie odzywaj. Jak będziesz wiedział, to możesz się zacząć wymądrzać.
– No dobrze, ale kompozycja na przykład.... – zmieniłem zręcznie temat, w nadziei, że na własnym terenie zdołam uzyskać jakąś przewagę. Piszą wszyscy jak nakręceni. Stosy tych dzieł gdzieś tam zalegają, a publiczność koncertowa i tak najbardziej lubi Dworzaka.
– Mój drogi, to jest twój problem – powiedział tonem wykładu Krasnoludek. Sam mówisz, że wszystko zostało już napisane, a potem marudzisz, że współczesne utwory rzadko kogo interesują. Może to zresztą i dobrze. Wystarczy tego, co już jest – dodał zwięźle.

Zorientowałem się, że utknęliśmy w martwym punkcie i postanowiłem przejąć inicjatywę.

– Wiesz – mówię – opowiem ci coś. Posłuchaj. Niedawno zadzwoniła do mnie pewna pani, znajoma, jeszcze ze szkoły. Pracuje ona w jednym z konserwatoriów. Kiedy rozmowa zeszła na temat miejsca jej pracy, zapytałem z ciekawości, co też tam słychać w zakresie kompozycji? Miła rozmówczyni odrzekła, że właśnie była na spotkaniu z kompozytorem z Malty. Artysta ów prezentował i omawiał swoje utwory. Wstyd powiedzieć, ale nie wiem wiele, o życiu muzycznym Malty, zapytałem więc: A jakie te jego utwory?
– Utwory jak utwory. Takie sobie. Czy to ma jakieś znaczenie? – dorzuciła, a wzruszenie jej ramion dojrzałem nawet przez telefon.

Zbaraniałem.

– No chyba... to, co kompozytor pisze... ma jakieś znaczenie. Nawet, powiedziałbym... fundamentalne.
– Z ciebie to duże dziecko – żachnęła się. Przecież nie zaprasza się człowieka ze względu na to, co robi, tylko ze względu na to, co może załatwić.

Tu zdziwieniu mojemu nie było już miary.

– A co on może załatwić?
– Jak to, co? No, ruszże wreszcie głową! Przecież, jeśli jego zaproszono do nas, to on też zaprosi kogoś na swoją uczelnię i ktoś tam ma wycieczkę na Maltę na koszt szkoły...
Urwałem, a krasnoludek zapytał prostodusznie: – No i co? Czy to źle, że jest wymiana kulturalna?
– No, niby dobrze, ale ta cała kultura, to jakby pretekst tylko...
– Szukasz dziury w całym. Jeden kompozytor coś pisze, potem to prezentuje. Inni słuchają, komentują. Potem też piszą i prezentują. Wymieniają poglądy. Atmosfera jest ogólnie twórcza i to jest ważne.
– Ale mimo tej atmosfery z arcydziełami ostatnio jakby krucho... Zwłaszcza w proporcji do ilości piszących... Niby coś się dzieje, a jakoś tak w tej muzyce coraz bardziej pusto się robi...
– Ważny jest ruch w interesie, a co tam kto sobie przy tym myśli – to wszystko jedno.
– No, niby wszystko jedno... Ale mnie tak jakoś smutnawo z tego powodu.
– Bo ty w ogóle jesteś ponurak – podsumował.

Zamyślił się na chwilę. Po czym spytał nagle:

– A tak właściwie, to... co by ci szkodziło pojechać na Maltę? Ha!?
– No, niby nic, choć w zasadzie to wolałbym może do Norwegii.
– Akademia to nie jest biuro turystyczne – powiedział kategorycznie i strofująco.
– No, niby nie jest... przyznałem, choć bez przekonania.
– Sam widzisz! – tryumfował. Przestań więc narzekać i przemyśl sobie to wszystko!
– Przemyślę – obiecałem.
– Dobrze – powiedział. To ja już sobie pójdę.

Zeskoczył z kałamarza i zsunął się po krawędzi biurka na podłogę.

– Wpadnę w przyszłym tygodniu – dodał jeszcze na pożegnanie i zniknął w kącie za szafą, a ja zgodnie z obietnicą zacząłem myśleć nad treścią naszej rozmowy.
I w końcu doszedłem do wniosku, że ogólnie rzecz biorąc, na Malcie jest cieplej, niż w Norwegii.



[mc]



AUTOREKLAMA.

Jest takie włoskie powiedzonko: „In bocca chiusa non entra mai mosca” (do zamkniętych ust nie wleci mucha). Ponieważ można je różnie interpretować, wyjaśniam od razu, że używane bywa w znaczeniu: „Jeśli chcesz coś dostać – musisz wpierw o tym powiedzieć”.

Myśl wydaje mi się zdroworozsądkowa i słuszna, zwłaszcza, że niemałą część naszego życia zajmuje wymiana różnego rodzaju świadczeń. Ciągle informujemy kogoś o tym, że czegoś potrzebujemy i otrzymujemy zwrotnie podobne informacje:

– Poproszę ołówek.
– Dwa pięćdziesiąt.

Albo...

– Jeżeli pomożesz mi uruchomić samochód, to podwiozę cię do domu.

Nie inaczej jest w muzyce. Jeśli chcemy, aby nasza kompozycja (czy interpretacja) doczekały się uznania – musimy je najpierw zaprezentować. Im więcej ludzi pozna naszą twórczość, tym większa szansa, że będzie ona ceniona.

Ludzie są jednak różni. Bywają ludzie śmiali (nawet bezczelni), którzy krzykliwie oznajmiają, o każdym swoim (nawet rzekomym) sukcesie i kategorycznie domagają się uznania. Innym zaś z najwyższym trudem przychodzi jakiekolwiek wystąpienie publiczne i najchętniej uciekliby z każdej takiej prezentacji gdzie pieprz rośnie. Jeśli jednak odrzucimy te ekstremalne podejścia, to pozostaje, największa chyba, grupa ludzi w miarę zrównoważonych, nie nadmiernie zalęknionych, ale też i pozbawionych „siły przebicia” (jak się tak lepiej zastanowić – to właściwie jest eufemizm chamstwa).

Powie ktoś: „No dobrze, wpychać się nachalnie na afisz – nieładnie, chować się w mysią dziurę – niepraktycznie. Pozostaje zatem reklamować się z umiarem, w granicach rozsądku, taktu, z wyczuciem – i wszystko. Gdzież tu więc właściwie tkwi problem?"

W ilości. W tym, że to, co kulturalny człowiek uważa za umiar, takt i wyczucie, obecnie już przeważnie nie wystarcza. Poziom szumu, jaki trzeba wokół siebie zrobić, aby przedostać się do tzw. „przekaziorów” (wstrętna nazwa i dobrze im tak!) znacznie się ostatnio podniósł i jeśli ktoś chce się tam dostać, musi robić wokół siebie naprawdę nieznośnie duży hałas. Istnieją, oczywiście i inne sposoby na życie. Można na przykład ograniczyć się do małych specjalistycznych grup – postawić na "elitarność". Używam cudzysłowu, bo ten wybór częściej jest racjonalizacją wtórną niż rzeczywistą decyzją. Publikować swoje utwory w audycjach emitowanych grubo po północy, na festiwalach dla 48 osób i w broszurach wydawanych w 29 egzemplarzach – jest to oczywiście możliwe i nawet nie najgorsze, z tym tylko, że ogranicza znacznie zasięg oddziaływania naszej twórczości. Można też starać się robić rzeczy możliwie doskonałe, całkiem nic nie robić dla ich rozpowszechnienia i czekać cierpliwie na tzw. "odkrycie". Bo i to się czasem udawało, co poświadcza historia muzyki. Ale to już właśnie historia i nie wiadomo, czy także tym razem kołem się potoczy. A ponadto wiadomo (też z historii), że miewała ta dama (historia) dość osobliwe poczucie humoru.

Można też szukać innych taktyk i ludzie to rzeczywiście robią. Stosują metody mieszane, kompromisowe, zależnie od charakteru, konkretnej sytuacji i jakoś to wszystko idzie. Dla ludzi nieśmiałych, nieufnych i zamkniętych w sobie, czasy właściwie zawsze były złe, ale obecne stają się niedobre nawet i dla ludzi w miarę proporcjonalnie psychicznie zbudowanych. Jak to podobno ujął był sam Bill Gates: "Czasy idą takie, że tylko paranoicy przetrwają". Może miał rację, ale mnie się to po prostu nie podoba. Jest to "kwestia smaku" (jak znowu pisał Zbigniew Herbert). No, dość cytatów.

Na koniec jeszcze parę słów o tych grupach ekstremalnych, które tak niefrasobliwie przed chwilą odrzuciłem. W każdej z nich mogą się znaleźć ludzie mający do zaoferowania rzeczywiste wartości. Charakter – to jedno, a zdolności – to drugie. Nie zawsze muszą ze sobą korelować. Lękliwi nie dają nam szansy zauważenia ich, a bezczelni przeważnie zrażają hałaśliwą bufonadą – jedno i drugie może w efekcie spowodować przegapienie rzeczy wartościowych.

Jest w tym wszystkim pewien irracjonalizm, z którego zdaję sobie sprawę. Jeśli bowiem pójdziemy na targ i zobaczymy sprzedawcę, wołającego „Najlepsze i najtańsze pomidory tylko u mnie!” – potraktujemy to jako naturalny folklor miejsca. Atoli kompozytor, który dałby w gazecie ogłoszenie: „Najlepsze i najtańsze kwartety smyczkowe – tylko u mnie – Kowalski – tel. 0123456789 (wieczorem)” zapewne nie zostanie potraktowany poważnie, nawet, gdyby jego oferta była rzetelna, a kwartety równie dobre, jak pomidory.

„I tak (zadziwiająco jakoś podobnie, jak za czasów Voltaire'a) toczy się światek”…



[mc]



FAJFA, CZYLI CZWARTA ROZMOWA Z KRASNOLUDKIEM.

Wracałem właśnie z kuchni niosąc świeżo naparzoną herbatę, kiedy zobaczyłem go na biurku. Nie siedział jednak na swoim ulubionym miejscu, na kałamarzu, lecz stał przed monitorem i cofał się krok za krokiem, aby lepiej widzieć.

– Uważaj! Spadniesz! – krzyknąłem.
– Nie bój się, uważam. Dobry wieczór.
– Dobry wieczór.
– "Au–to–re–kla–ma” – odczytał z monitora. A ty, co znowu? Podanie o pracę piszesz?
– Jak szybko dostałbym pracę za tytuł, tak szybko by mnie wylali za treść.
– Mógłbym dostać trochę herbaty? Tylko nie wylej, jak ostatnio.
– Już robię.

Wyłączyłem komputer i zacząłem cierpliwie szukać naparstka w pudełku na ołówki. Znalazłem go w końcu, ale był od czegoś brudny.

– Pójdę umyć – powiedziałem.
„Zawsze jest czas picia herbaty, a nigdy nie ma czasu, żeby zmyć naczynia”– zacytował.

Przeczytałem mu kiedyś całą „Alicję” na głos – stąd znał ten cytat. Po chwili wróciłem z herbatą.

– Wsypałem dwa czubate kryształki, jak zwykle.
– Dziękuje. Robisz świetną herbatę. Mówiłem nawet wczoraj jednemu z moich ziomków, który mnie odwiedził, że zawsze mnie częstujesz herbatą i to bardzo smaczną.
– Gdybyś był elegancki, powiedziałbyś, że bywasz u mnie na fajfie”.
– A co to jest „fajfa”?
– Piąta godzina. Po angielsku.

Spojrzał na swoją przedpotopową cebulę.

– Jest kwadrans po jedenastej.
– Na „ilewenach z kwadransem akademickim” też się „bywa”. Ale to już tylko w najelegantszych sferach.
– Czy ty mnie przypadkiem nie obrażasz?
– Przypadkiem – to nie. Tego bym ci nigdy nie zrobił. Zresztą z tym bywaniem to mam tu w Niemczech spory kłopot. Gramatyczny. Wiesz, że oni tu nie mają w języku formy wielokrotnej czasownika? Nie można „bywać na fajfie, grywać na pianinie, pisywać listów ani czytywać autorów”. Można tylko „być, grać, czytać” i tak dalej. Nie uważasz, że ta forma częstotliwa jest charakterystyczna dla naszej polskiej mentalności?
– Słoń, a sprawa polska – wydeklamował uroczyście.
– No, no! Przepraszam. Zrzuciłem ostatnio parę kilogramów, więc z tym słoniem to może...
– Na „szkieletów ludy” chyba jeszcze trochę za wcześnie – przerwał mi ironicznie.
– Niekoniecznie. Już dobrze po jedenastej. Godzina duchów niebawem.
– A pojawiają się u ciebie?
– Czasami. Z komputera. Deus ex machina.
– A straszą?
– Nie muszą. Ja i bez tego się boję.
– [...] "Każdy ma swoją żabę, co przed nim ucieka, / I swojego zająca, którego się boi." – rzekł sentencjonalnie.
– A kto się boi mnie?
– Ciebie – wszyscy. Nie masz nawet pojęcia jak bardzo czytelnicy boją się tych twoich docinków. Po prostu trzęsą się ze strachu przed twoim ostrym piórem.
– To i ty uważaj, żebym ci się do skóry nie dobrał, zwłaszcza, że zhardziałem mając, jak sam mówisz, licznych czytelników.
– No, ze dwudziestu (z zecerem włącznie) może się znajdzie.
– To i tak lepiej od Russella. On podobno sam mawiał, że jego „Principia mathematica” przeczytało dwanaście osób, z czego sześciu to Polacy.
– Na czytelników zagranicznych – raczej nie licz.
– To jasne. Oni nie uczą się polskiego, choć to taki piękny język.
– A jak myślisz, dlaczego?
– Bo mają więcej pieniędzy. To wystarcza, aby zawsze mieć rację.
– Spróbuj i ty się dorobić.
– Niezła myśl. Miałbym nawet pomysł.... Wesołe miasteczko dla krasnoludków.
– Czyś ty zwariował? Przecież my nie używamy pieniędzy. Nie są nam potrzebne.
– Mnie właściwie też nie. Kłopot w tym tylko, że bez przerwy ktoś do mnie łapę po nie wyciąga.
– No, dość tego – spoważniał nagle. Nie przyszedłem tu z tobą żartować, tylko pogonić cię do roboty.
– Co masz zrobić dziś – zrób pojutrze. W ten sposób masz dwa dni wolnego – mknąłem dalej koleinami poprzedniej konwencji.
– Pamiętasz, jak mi czytałeś na głos Witkiewicza? "Każdy twór artystyczny musi być wykonany we właściwym czasie. Proces ten jest tak dokładny jak przebieg porodu. Artystyczna intuicja twórcy [...] polega między innymi [...] na tym, żeby rzecz w tym jedynym czasie dokonać. Każdy wie na pewno, że w tej a tej chwili dana rzecz zaczęta być musi i mniej więcej wie, ile czasu trwać może i kiedy, w jakich godzinach musi być wykonywana. Jeśli tego głosu nie słucha jest szalbierz i drań udający tylko artystę. [...] Jest to właśnie prawdopodobnie bardzo podobne do porodu: coś dojrzałego chce i musi oderwać się od swego podłoża, na którym powstało, aby ustąpić miejsca nowemu czemuś. Przegapienie chwili takiej może doprowadzić do zgnicia płodu wewnątrz twórcy lub do porodów martwych – przedwczesne gwałcenie naturalności tego procesu w imię spraw ubocznych, życiowych, doprowadza też do ciężkich chorób artystycznych, a nawet do zupełnej impotencji twórczej. Ale trzeba mieć tę "intuicję" naprawdę i nie zmarnować jej, dlatego, że ma się na przykład partię brigde'a, spotkanie z damą lub jakiś ciekawy spacerek, a przy tym trzeba zrobić wszystko, aby umożliwić warunki jej powstania."

Usłyszałem coś takiego w jego głosie, że od razu odechciało mi się żartów i zrobiło nieswojo. Krasnoludek bowiem nie żartował, nie docinał mi, nie strofował, nie robił wyrzutów, lecz po prostu mnie... informował.

– Tego, czego nie zrobisz teraz – nie zrobisz już nigdy – ciągnął. Dlatego przyszedłem, aby cię pogonić do roboty, bo właśnie chciałeś zabrać się do marnowania czasu.
– A ty skąd to wszystko wiesz?
– To właśnie jedna z naszych przewag nad wami. Widzimy to tak, jak ty widzisz swoją rękę.
– Już się biorę do pracy, ale... Powiedz mi jeszcze... Dlaczego mi pomagasz?
– Bo tego potrzebujesz.
– Inni bardziej potrzebują. Dlaczego im nie pomagasz? Wiesz ilu ludzi ginie codziennie?
– Temu nie możemy zapobiec. Nie możemy oddziaływać na was inaczej, jak słowem. Tutaj wy macie nad nami przewagę. Jesteście duzi i silni, a my słabi i właściwie bezbronni. Wprawdzie nie możecie nam nic zrobić, bo gdybyście chcieli nas zaatakować, to po prostu znikniemy na jakiś czas, ale za to też i my nie możemy na was oddziaływać fizycznie.

Włączyłem machinalnie komputer i niewidzącym wzrokiem gapiłem się w ekran, na którym kolejne bloki maszyny skwapliwie meldowały swoją gotowość i sprawność, a Krasnoludek mówił dalej:

– Nie, nie powinieneś się bać upływu życia. To nawet byłoby źle. Paraliżowałoby cię. Po prostu nie pozwalaj sobie na marnowanie czasu, bo to najcenniejsza i najściślej reglamentowana substancja.
– Czy pracuje się, aby żyć, czy żyje się, aby pracować?
– Nie umiem ci odpowiedzieć. W naszym świecie takie pytanie nie ma żadnego sensu.
– Ale czasem przecież trzeba odpocząć.
– Nie udawaj głupiego. Przecież dobrze wiesz, kiedy odpoczywasz, a kiedy się lenisz.
– Wiem.
– No, to idę sobie. Do widzenia. Dziękuję za herbatę.
– Do widzenia.

Włączyłem zasilanie reszty urządzeń. W rogu monitora pokazał się zegar. Była wprawdzie już 23:30, ale jakoś całkiem odechciało mi się spać.



[mc]



UKRYTA SPRĘŻYNKA.

Jest takie opowiadanie Mrożka, którego bohater (mały chłopiec – Zygmuś) pisze w wypracowaniu szkolnym: „Ślimak jest to stworzonko, które utrzymuje się za pomocą wystawiania rogów, w zamian za co otrzymuje pewną ilość sera, z którego wyrabia pierogi”. Komizm tego zdania bierze się oczywiście ze zderzenia stylów: dziecięcego wierszyka z biurokratycznym bełkotem. Mnie natomiast interesuje w tym zdaniu komunikacja między twórcą, a odbiorcą. Na pozór wszystko jest jasne. Autor napisał, ja przeczytałem. Teraz relacjononuję to Państwu, ktoś z Państwa może to opowiedzieć dalej – i tak dalej...

A czy można to zdanie przetłumaczyć na obcy język? Zapewne tak. Przynajmniej na język narodu, który zna ślimaki i jada pierogi (prawdopodobnie więc na każdy język europejski). Tłumacząc na języki słowiańskie można by pewnie nawet zachować składnię i po prostu podmienić wyrazy. Sprawny tłumacz odda też styl biurokratycznego bełkotu.

Niestety. Najlepsze i najwierniejsze nawet tłumaczenie, choć w obcym języku doskonale zrozumiałe, nie będzie już śmieszne, bo tylko polskie dzieci uczy się wierszyka: „Mój ślimaczku wystaw rogi / Dam ci sera na pierogi”.

Widzimy, więc, że komunikacja w tej prostej na pozór sytuacji wcale nie jest taka prosta. Zdanie to nie działa samo przez się (czego dowodzą trudności z przekładem), lecz jest jedynie jakby mechanizmem spustowym uruchamiającym wcale złożone procesy w naszej świadomości. Trzeba, bowiem z tekstem zdania skojarzyć znany wierszyk (a zdanie wcale się do niego bezpośrednio nie odwołuje!), trzeba rozpoznać styl biurokratycznego bełkotu, trzeba mieć pewien zasób złych doświadczeń, aby tego bełkotu nie lubić – słowem, aby zrozumieć to jedno zdanie trzeba mieć za sobą wcale niezły kawałek życia.

Weźmy teraz przykład z innej dziedziny – ze sztuk plastycznych. Jest taki rysunek Eugeniusza Grasseta pod tytułem „Narkomanka”. Przedstawia on młodą kobietę, o zaniedbanym wyglądzie, która robi sobie zastrzyk w udo. Na jej twarzy maluje się bezgraniczne cierpienie. Rysunek ten (trochę może na prawach moralnego szantażu – niemniej jednak) robi rzeczywiście bardzo silne wrażenie. Podobną sytuację przedstawia rzeźba „Chłopiec wyjmujący sobie cierń z nogi” (nie potrafię sobie, niestety, przypomnieć autora). Rzeźba ta jednak ma raczej charakter pogodnej scenki rodzajowej.

I tu znowu działa ten sam mechanizm spustowy. Obydwa dzieła przedstawiają podobny zabieg o porównywalnej dotkliwości. Jednak w pierwszym wypadku zostaje uruchomiona cała nasza wiedza o okropnościach narkomanii, a w drugim skojarzenia z sielskim, spokojnym życiem. Nie można też wykluczyć, że narkomanka wyleczy się z nałogu i będzie żyła długo i szczęśliwie, zaś chłopca po wyjęciu ciernia z nogi może czekać życie koszmarne. W tym wypadku działa, więc nie tyle rzeczywista wiedza o realiach, lecz nasze skonwencjonalizowane wyobrażenia.

Pora na przykład muzyczny. Myślę jednak, że każdy z państwa ma za sobą doświadczenie polegające na wysłuchaniu tego samego utworu w odstępie kilku lat. Zdarza się, że jakiś utwór wysłuchany w dzieciństwie wydaje się chaotyczny, a parę lat później nabiera sensu. Do naszych uszu docierają te same dźwięki, a w naszej świadomości dzieje się już coś całkiem innego. Trochę to tak, jakbyśmy słuchali obcego języka najpierw nie znając go, a następnie po jakimś okresie nauki. Słowa przestają być chaosem, nabierają znaczenia. Dzieje się tak, ponieważ proces nauki dostarczył nam pewnego rodzaju narzędzi. Nauczyliśmy się pewnego kodu, pewnego języka. Mamy więc spory zapas gotowych znanych słów, zwrotów, reguł, czyli takich jakby „półfabrykatów” pozwalających rozumieć dany język (etniczny, muzyczny, lub jakikolwiek inny). Wykształcenie muzyczne użycza nam wielu takich standardowych elementów; ignoranci muszą się zadowolić tym, co mają.

Jak więc widzimy komunikacja w muzyce polega na uruchamianiu różnych gotowych schematów – takich „półproduktów” muzycznego języka. Historia muzyki dostarcza przykładów w obfitości. Trudno mi wskazać utwór o nastroju radosnym w tonacji minorowej, lub też bardzo smutny w tonacji majorowej. Rytmy punktowane przeważnie są wyrazem energii. Szybki ruch trójkowy to płynność, gładkość. Chorałowe uproszczenie harmoniki kojarzy się prawie automatycznie z muzyką kościelną, archaiczną, a w każdym razie z nastrojem powagi lub skupienia. Mamy też gotowe style muzyczne. Jeśli rozpoznamy styl brillant, to dalej już wiadomo, co ma być. Styl oratoryjny też zawęża pole doznań. Podobnie z instrumentacją. Nie znam wypadku, aby jakiś kompozytor ilustrował śpiew ptaków przy pomocy kotłów, a burzę za pomocą oboju. I tak dalej.

Żartuję sobie wprawdzie trochę z tych schematów, ale ich nie krytykuję. Dobrze, że one istnieją. Kto wie, czym byłaby bez nich muzyka?.. Czy w ogóle mogłaby istnieć?.. Nie jest więc źle, że są. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że muzyka jest po prostu manipulacją tymi gotowymi „półfabrykatami” naszej świadomości, natomiast wybrany zestaw takich elementów można w zasadzie uznać za styl muzyczny.

W muzyce elektronicznej jest jednak z tymi schematami nienajlepiej. Z jednej strony czyhają tu wszystkie kłopoty właściwe muzyce współczesnej w ogólności. Rozpad tonalności, tradycyjnych form, zanik szacunku dla mistrzowskiego rzemiosła i co za tym idzie inwazja hochsztaplerów – wszystko to powoduje dezorientację nawet u wyrobionego odbiorcy. Z drugiej zaś strony specyfika brzmień elektronicznych oraz specyfika warunków prezentacji powoduje dodatkową dezorientację. Słuchacze często wyrażają to jakoś tak: „nie wiem, czy mi się to podoba”, „to jakieś takie dziwne, obce”.

Sytuacja nie przedstawia się jednak całkiem źle. Z jednej strony mamy jednak odziedziczony po muzyce tradycyjnej zasób konwencji i przynajmniej częściowo można z niego korzystać. Brzmienia muzyki elektronicznej w pewnym stopniu przypominają brzmienia tradycyjnej orkiestry – można więc i ten fakt wykorzystać. Ponadto, choć brzmi to może zabawnie, możemy jednak w jakimś tam stopniu liczyć na inteligencję odbiorcy, czyli na to, że da on sobie radę z czymś, z czym spotyka się po raz pierwszy. Nic to zresztą nowego. Wszyscy ludzie, którzy zajmują się czymś nowym (a w kompozycji jest to warunek w zasadzie konieczny) napotykają na mniejszy lub większy opór odbiorców i jest to właściwie normalne. Powołaniem ludzi uprawiających jakąkolwiek twórczość jest wymyślanie nowe konwencje i uczenie ich.

Jakie płyną z tego wszystkiego wnioski? Moim zadaniem jest ich kilka.

Gdyby ktoś z Państwa coś wiedział – proszę o wiadomość, bo sprawa ta leży mi na sercu.





[mc]



GŁUPIE PYTANIE.

Podczas jednego z ubiegłych konkursów chopinowskich, jeden z moich znajomych, bardzo dobry inżynier, ale muzyczny ignorant, zadał mi „jako ekspertowi” takie pytanie:

– Powiedz mi, na czym właściwie polega ten konkurs? Kto go wygrywa? Ten, kto najszybciej (sic!) to wszystko zagra, czy jak?

Proszę się nie spieszyć z ironicznymi uwagami na temat moich znajomych. Ja też się pospieszyłem z poczuciem przewagi, czego później żałowałem. Na razie zaś, przywdziawszy na oblicze wyższościowo – wyrozumiały uśmiech eksperta „odrzekłem mu w te słowa”:

– Ależ nie, skądże. Nie ten, kto najszybciej, lecz ten, kto najpiękniej. Konkurs ma bowiem popularyzować i kultywować muzykę Chopina. To jest jego główny cel.
– Aha. Rozumiem. A skąd wiadomo, kto gra najpiękniej i jak się klasyfikuje tych zawodników?
– O tym decyduje jury – odparłem, a uśmiech zmienił mi się z eksperckiego na życzliwy.
– No, dobrze – drążył dalej mój znajomy – ale jakimi kryteriami kieruje się jury?
– Estetycznymi – odpowiedziałem z pewnością siebie i bez wahania.
– To znaczy…
– Każdy juror daje pewną ilość punktów za wykonanie i wygrywa ten, kto dostanie ich najwięcej.
– To jasne, ale skąd juror wie, ile dać punktów za dane wykonanie?
– No, mój drogi – to są w końcu eksperci w tej dziedzinie.

Poczułem, że łatwo mi nie pójdzie, ale wiara w siebie na razie mnie nie opuszczała.

– To znaczy, że jako eksperci wiedzą, że za to trzeba dać tyle, a za tamto tyle i tak dalej.
– No, niby tak... zawahałem się. Ale tu liczy się ogólne wrażenie – “uściśliłem”.
– Czyli każdy daje proporcjonalnie do tego, jak mu się spodobało?
– Właściwie tak – odpowiedziałem już bez uśmiechu. A czy to źle?
– Nie wiem. Może i dobrze... A czy każdy ekspert ma tyle samo punktów do dyspozycji?
– Oczywiście.
– I punkty każdego są tak samo ważne?
– Jasne.
– Dla mnie – niezbyt. Przecież w ten sposób gorszy ekspert może namieszać bezkarnie tym lepszym.
– Mój drogi – tam nie ma gorszych! Zresztą nie można ich zróżnicować, bo by się śmiertelnie poobrażali!
– O co? Przecież w szachach są mistrzowie, arcymistrzowie i nikomu to jakoś nie przeszkadza.
– Ale to nie są szachy! Choć też gra się na czarnych i białych…
– Dobrze. Zostawmy to. Kto wybiera tych jurorów?
– Organizatorzy konkursu – tu poczułem, że znajduję się już poza przednią linią swych wiadomości.
– Według jakiego klucza?
– Tego nie wiem i nie wiem, kto mógłby wiedzieć, ale myślę, że chyba według ich renomy.
– Aha. A który juror jest renomowany?
– Noo… Ten, co sam dobrze gra... Lepiej od innych… Albo przynajmniej kiedyś dobrze grał i ma doświadczenie – dodałem. Albo taki, co był już jurorem na wielu innych konkursach… Oni zresztą jeżdżą po różnych…
– A skąd wiadomo, że dany juror gra dobrze?
– Stąd, że był popularny, że miał dużo udanych koncertów i nagrań.
– A skąd wiadomo, że były udane?
– Stąd, że się podobały publiczności…

Nic już nie miałem w sobie z tego wcześniejszego eksperta. Myślałem za to gorączkowo jak mu to wyjaśnić, a co gorsza zwątpiłem w to, czy ja sam coś z tego pojmuję. Ale nie było wyjścia; musiałem brnąć dalej.

– A skąd publiczność wiedziała, że ten jest lepszy niż inny?
– Stąd, że ci lepsi zdobywali sobie większą popularność.
– A dlaczego publiczność wolała jednych od drugich?
– Bo jedni grali lepiej, a inni gorzej.
– Więc powiadasz, że lepsi byli dlatego, że zdobywali sobie większą popularność, a popularność zdobywali, bo byli lepsi… Czy to aby nie błędne koło?
– Nie wiem, jak ci to inaczej wyjaśnić.
– Dobrze, zostawmy i to na razie… Zreasumujmy zatem… Skoro jurorów wybrała publiczność, a dalej jurorzy wybierają tych, którzy powinni się najbardziej podobać publiczności, to czy nie byłoby prościej, żeby ci zawodnicy po prostu przyjechali, zagrali przed publicznością, popopularyzowaliby i pokultywowali sobie tego Chopina, a publiczność oceniłaby ich? – w przeciwieństwie do wiedzy muzycznej znajomy mój, jak na inżyniera przystało, logikę miał w małym palcu.
– Owszem, byłoby może prościej. Ale wtedy nie byłoby konkursu! – zaprotestowałem.
– A musi być?
– Tak!
– Dlaczego?
– Bo wszyscy chcą, aby był!
– Jacy wszyscy?
– No, jurorzy, zawodnicy… i publiczność – dodałem nieco ciszej.
– A po co im to?
– Różnie. Zawodnicy, objeżdżając różne konkursy, chcą się wybić i zrobić karierę. Jurorzy mają z tego splendor, darmowe wycieczki, kontakty i niezły grosz…
– Ty coś kręcisz! – przerwał mi. Przecież sam mówiłeś, że chodzi o to, aby zagrać jak najpiękniej te utwory Chopina, żeby popularyzować, kultywować…
– Ależ tak. Oczywiście. O to też.
– Ale tylko przy okazji?
– Zlitujże się! Ja nie jestem Panem Bogiem! Nie mogę wiedzieć, co ludzie sobie myślą!
– Ale możesz obserwować, co robią. Jeżeli jeżdżą na konkursy, na jakie się tylko da, aby wygrać, albo „pojurorować sobie”, to chyba nie zależy im właśnie na muzyce Chopina, tylko na zwycięstwach, honorariach i czym tam jeszcze. Po co więc ta cała ideologia, że to niby o tego Chopina głównie chodzi?
– Słuchaj no! A jak ty idziesz do Szymańskich na imieniny, to mówisz im, że wczoraj byłeś u Kowalskich i tam było dużo przyjemniej, a jutro u Nowaków będzie pewnie jeszcze lepiej?!
– Uspokój się. Znamy się przecież od dawna. Powiedz mi, ale tak bez owijania w bawełnę, co ty sam, prywatnie o tym myślisz.
– Dobrze. Ale zachowaj to dla siebie. Widzisz… Muzykę Chopina, to ja tak prywatnie, dla siebie bardzo lubię; ona jest naprawdę niezwykle piękna. Ale uważam, że to głupie, a nawet wstrętne, żeby ze sztuki robić zawody. Znam wszystkie argumenty, które można przeciw temu stwierdzeniu przytoczyć. Ale żaden mnie nie przekonuje. Myślałem nad tym wiele lat i za nic nie chce być inaczej. To jest głupie, a nawet wstrętne. A że powszechne? Ba! Toż we wszechświecie najpowszechniejsze są wodór i głupota, więc już się temu nawet specjalnie nie dziwię.
– A co inni muzycy myślą na ten temat?
– Nie wiem. Pewnie każdy co innego.
– A jak myślisz, czy sam Chopin byłby z tego zadowolony, gdyby żył?
– Skąd miałbym wiedzieć… Nie znałem go osobiście... Ale na jego miejscu cieszyłbym się z tego jak Einstein z Hiroszimy – dodałem ponuro.
– Noo… Chyba cię swada ponosi. Od konkursu w końcu nikt nie umarł.
– Znacznie mnie pocieszyłeś...
– Masz pewnie w domu płyty z muzyką Chopina. Pożyczyłbyś? Chyba powinienem tego wreszcie posłuchać... Skoro mówisz, że to takie piękne…
– Oczywiście. Wpadnij i wybierz coś sobie…
– Wiesz, ja się na tym nie znam. Może ty wybrałbyś mi ze dwie najlepsze?
– Co?! Najlepsze?! I ciebie już wzięło?!



[mc]



NAUKI ŚCISŁE I JESZCZE ŚCIŚLEJSZE.

Tenże znajomy zapytał mnie kiedyś tak:

– Powiedz mi, jak się właściwie odróżnia lepszy utwór od gorszego?
– No, trzeba najpierw posłuchać…
– Nie ma, jak zawodowiec. Sam nigdy bym na to nie wpadł. A poważnie?…
– Chodzi ci o to, co ja prywatnie lubię, czy bardziej obiektywnie?
– Raczej obiektywnie. Słyszałem na przykład, że dzieło musi przetrwać tak zwaną próbę czasu i jeśli ją przetrwa – jest dobre? Co ty na to?
– Hm… To jest owszem jakiś probierz. Nienajgorszy nawet, już choćby dlatego, że pozwala wyeliminować uprzedzenia właściwe danej generacji. Ale z drugiej strony istnieją zarówno nieśmiertelne knoty, jak i świetne utwory całkiem zapomniane. Wygląda więc na to, że jest to kryterium dość często zawodne.
– A popularność?
– To na pewno nie. Gdyby to było dobre kryterium to, najlepszym utworem Beethovena byłoby pewnie „Dla Elizy”, a jeszcze lepszy od całego Beethovena byłby Elvis Presley. Poza tym popularność może obejmować różne kręgi. Nie. To w najlepszym razie tylko częściowo może służyć za kryterium.
– To może ilość wydań?
– Też chyba nie. Nie masz nawet pojęcia ile muzycznej tandety wydrukowano na świecie. A poza tym drukuje się to, na co jest popyt, a nie to, co najlepsze. Nie. To też nie jest pewne kryterium.
– A co powiedziałbyś na konsylium ekspertów?
– No, to jeszcze może najbardziej by mi się podobało, ale znajdź mi takich niezawodnie kompetentnych i do tego nieskłóconych ekspertów! A gdyby się nawet jakimś cudem znaleźli, to kto chciałby ślepo słuchać ich opinii, zamiast kierować się własnym gustem? Nie. To też nie.
– No to w takim razie jakie kryterium jest pewne?
– Nie wiem. Chyba nie ma takiego.
– Jak to? Nie nauczyli cię tego na studiach?
– Nie. Pokazali mi, co jest do dyspozycji, co uchodzi za sprawdzone i dobre. Miało to wyrobić mój dobry smak, czyli jakiś rodzaj intuicji, która, jak busola, prowadziłaby mnie przez nowo poznawane obszary. Mądrzy i życzliwi pedagodzy podsunęli mi nieco dobrych przykładów, a dalej musiałem sobie radzić sam.
– I nie nauczyli cię żadnej konkretnej, niezawodnej metody oceniania utworu?
– Nie. Jak mieli jej uczyć, skoro jej nie ma?
– Wy naprawdę nie macie na to żadnego „papierka lakmusowego”?
– Nie.
– To co to za studia?
– Takie jak twoja politechnika i nie masz co zadzierać nosa! Nauczyli cię jak zaprojektować most, albo samochód, prawda?
– Prawda.
– Ale mosty bywają piękne i szkaradne, tak samo i samochody…
– Też prawda.
– A umiesz niezawodnie odróżnić piękne od brzydkich.
– No… nie. Albo mi się któryś podoba albo nie.
– To skąd ja mam wiedzieć, który utwór jest lepszy?
– Stąd, że ja przynajmniej widzę, który most się trzyma i który samochód jeździ.
– Mnie też uczyli harmonii, kontrapunktu, instrumentacji. Wprawdzie to nie takie ścisłe jak twoja matematyka, ale też jakoś tam działa. Wiem, który utwór jest zupełnie do niczego, a który porządnie napisany. No, powiedzmy z rozsądnym prawdopodobieństwem.
– A jak sprawdza się w praktyce ten twój „kompas”?
– Nie wiem. To tylko przenośnia. A zresztą mało mnie to interesuje. Moje satysfakcje i animozje artystyczne mogę lokować tam, gdzie mi się podoba i nikomu nic do tego.
– I nie dolega ci ten brak ostrych kryteriów?
– Wcale. One zresztą nie są mi chyba w ogóle potrzebne.
– Jak to?
– Całkiem po prostu. Kiedy ktoś mnie pyta o to, co w muzyce należy do jej największych osiągnięć, to recytuję mu, co trzeba, bo to właśnie miałem obowiązek przyswoić sobie podczas studiów. A znowu, kiedy ktoś chce wiedzieć, co lubię prywatnie – to też mu mówię. Ale to już tylko na wyraźne życzenie, jak twoje na przykład. Bo widzisz… Przeżycie piękna to prywatna, intymna rzecz. Ale wiesz… My tu chyba popełniamy w kółko jeden błąd. Pytałeś mnie jak się odróżnia utwór lepszy od gorszego. Powinieneś raczej zapytać jak odróżnia się piękny od brzydkiego, bo w zasadzie w sztuce to jest istotne kryterium. Przynajmniej ja sądzę, że tak powinno być.
– Czy bywa tak, że coś jest „oficjalnie” ładne, a ty tego nie lubisz, albo odwrotnie?
– Naturalnie. Dla dowolnej kombinacji oficjalności, prywatności oraz lubienia i nielubienia miałbym jakiś przykład.
– No to daj jakiś…
– No… Na przykład… Albo wiesz co? Lepiej dam ci zamiast przykładu jakąś płytę.
– Z jakimś dobrym utworem?
– Nie. Z takim, który ja lubię.
– A jak mi się nie spodoba?
– To dam ci inną płytę, a tę zaproponuję ci znowu za parę lat. To jedyna metoda.
– Naprawdę? I myślisz, że to wyrobi mi dobry gust muzyczny?
– Znasz powiedzonko: „That’s all in your mind”?



[mc]



MENEDŻER.

Przysięgam, że opisane wydarzenie nie jest zmyślone.

Razu pewnego postanowiłem zaproponować coś, co napisałem pewnemu niewielkiemu wydawnictwu. Zadzwoniłem więc i zapytałem, czy są zainteresowani.

– W zasadzie tak – usłyszałem w odpowiedzi – ale przede wszystkim to niech pan przyśle swój życiorys.
– To oczywiście mogę zrobić, ale myślałem, że przede wszystkim – to interesują pana moje utwory.
– No, to też… Ale najważniejsze jest – co można o panu napisać.

Pobełkotaliśmy jeszcze chwilę, życząc sobie nawzajem miłego dnia.

Nie mam nawet pretensji do tego jegomościa; jest produktem warunków, w jakich żyje, a nie każdego stać na niezależne i odważne myślenie.

Życzę Państwu miłego dnia.



[mc]



ZWIERZYNIEC.

Węża wodnego rzadko kto widział na wolności. Mnie udało się go zobaczyć podczas jednej z górskich wędrówek, kiedy to przysiadłem dla odpoczynku nad brzegiem jeziora. Wąż wodny jest niezbyt duży i niejadowity; odżywia się owadami i innymi drobnymi żyjątkami wodnymi. Dla człowieka nie przedstawia żadnego zagrożenia – wręcz przeciwnie jest to stworzenie bardzo płochliwe. Wystarczyło kilka nie dość ostrożnych kroków wzdłuż brzegu, aby zniknął na dłuższy czas w głębinie. Jednakże, wiedząc o tym wszystkim, doznałem na jego widok – no, może nie strachu, lecz jednak jakiegoś słabego wprawdzie, lecz jednoznacznie negatywnego odczucia. Z drugiej zaś strony często spotykane kozice, lub sarny budzą uczucia jednoznacznie przyjemne. Tymczasem to właśnie one (choć z reguły także płochliwe) mogłyby być czasem realnie niebezpieczne kiedy na przykład obawiają się o swoje młode lub zarażone są wścieklizną.

Skąd te irracjonalne uprzedzenia – nie wiem. Nie miałem nigdy żadnej przykrej przygody z żadnym z tych zwierząt. Może kiedyś coś przeczytałem, może ktoś mi czegoś kiedyś naopowiadał, a może to jeszcze „Physiologus” – najczęściej podobno czytana w wiekach średnich księga, po której zostały nam pono takie uprzedzenia – bo i taką teorię słyszałem. Nie wiem. Faktem jest jednak, że każdy z nas ma wiele tego rodzaju uprzedzeń i jakoś tam wpływają one na nasze życie.

A jak z tym jest w sztuce? No, tutaj to jest tego bez liku, mrowie, co niemiara, mnóstwo, masę, multum do licha i trochę i jeszcze ciut-ciut. Mogę służyć jednym prostym przykładem z mojego życia. Jest pewien utwór, którego zdecydowanie nie lubię. Sam go nie gram, kiedy dają w radio – wyłączam. Utwór ani lepszy ani gorszy od innych. Nie lubię go po prostu dla tego, że po raz pierwszy usłyszałem go w wykonaniu osoby, której nie lubiłem i dodatkowo w niemiłych dla mnie okolicznościach. Przykłady takie możnaby mnożyć dowolnie – ale nie w tym rzecz.

Czy to dobrze, czy źle, że takie uprzedzenia istnieją? Nie wiem. Pewnie czasem dobrze, a czasem źle. Czy należy z nimi walczyć? Nie wiem. Chyba niekoniecznie. Ale zdawać sobie z nich sprawę – na pewno warto.



[mc]



ŚWARNETYKA.

W jednym z opowiadań Stanisława Lema jest do przeczytania taka historyjka. Przyszła błędnie napisana depesza z zaproszeniem na kongres naukowy (congress of svarnetics – w spolszczeniu kongres śwarnetyczny). Nikt nie wiedział, czym zajmuje się śwarnetyka, ale skoro były pieniądze na kongres – wymyślono odpowiednią naukę – śwarnetykę.

Po tej lekturze zadałem sobie po raz kolejny proste pytanie: Co to właściwie jest nauka?

Po raz kolejny, bo kłopoty zaczęły się już wcześniej. Filuterny nieco tytuł magistra sztuki jakoś jeszcze przełknąłem, gdyż magister, to w końcu nic innego, jak nauczyciel. Skoro więc sam się czegoś na studiach nauczyłem, mogłem tę wiedzę przekazywać innym. Dotąd – w porządku. Za to tytułem adiunkta poszło mi już znacznie gorzej. Zajrzałem po przewodzie do słownika i tam znalazłem, że adiunkt to pracownik naukowo – dydaktyczny w szkołach wyższych. Hm. Dydaktyka, owszem. Ale nauka? Jak można uprawiać naukę grając na fortepianie (choćby najlepiej) – ani sam wiedziałem, ani też ktoś potrafił mi wyjaśnić. Umiałem wprawdzie już rzeczywiście sporo, a moja nieodżałowana nauczycielka fortepianu – prof. Maria Wiłkomirska napisała w opinii o mnie, że odznaczam się twórczym i niekonwencjonalnym podejściem do interpretacji, ale uśmiałbym się do rozpuku, gdyby mnie ktoś naukowcem z tego powodu nazywał. Także późniejsze studia kompozytorskie (z założenia kreatywne), organizacja studia muzyki elektronicznej przy akademii, choć miały pewną „pionierskość” w założeniu, to też żadna nauka. Jedyne, co może zbliżało mnie do tego regionu to pisanie programów komputerowych do kompozycji. Tam trzeba było, owszem, szukać prawidłowości, wnioskować i sprawdzać stosując różne sposoby znane z metodologii, ale to też najwyżej jakieś „przedmieścia nauki”.

Szperałem zatem dalej po książkach.

Słownik Poprawnej Polszczyzny Witolda Doroszewskiego podaje, że nauka jest to: „Ogół usystematyzowanej wiedzy ludzkiej”. Definicja, owszem błyskotliwa, ale zdecydowanie zbyt szeroka. Zgodnie z nią należałoby rozkłady jazdy i książki kucharskie uznać za dzieła naukowe, którymi, mimo całej swej pożyteczności, raczej nie są (tak sobie przynajmniej prostodusznie sądzę). Z drugiej strony wiele przyczółków badawczych (powiedzmy fizyki), należy do nauki bez wątpienia, ale do systematyzacji częstokroć tam jeszcze dość daleko. Nie. To nie to.

Sięgnąłem więc do encyklopedii PWN. Tam znowu napisano wyraźnie, że „Nie można podać zadowalającej wszystkich definicji nauki”. Trochę mnie to zasmuciło. Na pocieszenie jednak wymieniono tam, co bywa pod tym słowem rozumiane. Zasadniczo można wyróżnić trzy zakresy obejmowane przez to pojęcie:

Wszystko to jednak nie wyjaśnia jednoznacznie, czym jest ta „nauka" i jak ją odróżnić od „nie – nauki”.

Skoro lektury nie przyniosły odpowiedzi, postanowiłem rozejrzeć się po otaczającym mnie świecie. Ale gdzie tu szukać tej nauki? Najprościej chyba na uczelniach. Aby zadanie przykroić do swych możliwości ograniczyłem się do wydziałów wykonawstwa uczelni muzycznych. A kto ma na nich tę naukę uprawiać? Profesorowie. A dlaczego? Dlatego, że profesor jest to (tu znowu słownik PWN): „samodzielny pracownik naukowy prowadzący wykłady i ćwiczenia na wyższej uczelni, lub zatrudniony w instytucie naukowym; tytuł nadawany za osiągnięcia naukowe i dydaktyczne takim pracownikom”.

Czytajmy uważnie: naukowe i dydaktyczne, a nie zaś naukowe lub dydaktyczne, czyli, że profesor, aby nim był, musi (przynajmniej obok dydaktyki) uprawiać naukę.

Przyjrzałem się więc profesorom gry na różnych instrumentach (opuszczając na razie wcale liczną rzeszę niższych pracowników naukowych, aby nie zaciemniać sobie obrazu sytuacji). Jak było do przewidzenia ujrzałem różne rzeczy. Byli tam ludzie (jak wspomniana już prof. Maria Wiłkomirska) nie tylko budzący szacunek swą niezaprzeczalną kompetencją, ale też mogący służyć za wzorce moralności, kultury osobistej, szerokości umysłowego horyzontu i jakby tego było mało – towarzyskiego uroku. Byli też… Mniejsza z tym… Margines zdarza się wszędzie. Nikt jednak z nich nie uprawiał nauki (czymkolwiek by ona nie była). Nawet ci najwspanialsi. Znali po prostu wybornie swój fach i użyczali nam swego doświadczenia.

Może więc inaczej. Może tylko ci, którzy opublikowali coś na temat gry na instrumentach. Hm... Jest owszem na przykład świetna „Sztuka pianistyczna” Neuhausa. Są i inne dzieła, równie mądre i pożyteczne. Ale dobry podręcznik, choć to rzecz na wagę złota cenna, to przecież jeszcze nie nauka – to kompilacja.

Może więc trochę inaczej. Może w takim razie ci, którzy wymyślili nowe sposoby grania lub ćwiczenia? Hm… Też nie. Przecież nikt szwedzkiej gimnastyki do nauki nie zaliczy. Mistrzowie kung – fu, to też przecież raczej nie naukowcy. Nie. To nie to. Może więc jeszcze inaczej. Może wobec tego ci, którzy napisali dzieła w rodzaju: „Analiza wybranych aspektów kinetyczno – motorycznych dyslokacji kciuka lewej ręki podczas wykonywania muzyki islandzkiej pierwszej ćwierci XIV wieku na lirze korbowej”. Hm… Skoro oni sami uważają to za naukę, to ja już chyba nie muszę.

Może więc całkiem inaczej. Może zatem tytani danego instrumentu: Richter, Pollini, Ricci, Casals, Fischer - Diskau (bo głos, to też instrument). Hm... Nie wiem nawet, czy mieli jakieś tytuły naukowe i ani myślę tracić czas na dowiadywanie się; wystarczą mi ich koncerty i nagrania. O ile jednak wiem, żaden z tych mistrzów nie opublikował żadnej pracy naukowej i za naukowca się nie uważał. Dlaczegóżby więc pan X, profesor akademii Y, grający przyzwoicie instrumencie na Z miałby być z tego powodu traktowany jako naukowiec – nie wiem. Jeśli ktoś wie – proszę o wyjaśnienie.

Ale przecież profesorów gry na instrumencie (naukowców z definicji – przypominam) jest na każdej uczelni przynajmniej kilku lub nawet kilkunastu; w całej Polsce ich liczba idzie już pewnie w setki. A jeśli dodamy do tego sporą armię pracowników naukowych niższych szczebli…

Więc tak: albo oni wszyscy jednak uprawiają naukę, albo słownik PWN podaje nieścisłe informacje.

Albo pora zweryfikować podstawy logiki. Taaaak. To chyba najlepsze wyjście.

No, dobrze, ale żarty na bok, bo narzucające się tu pytanie wcale nie jest zabawne, a mianowicie: skąd się wzięło tylu naukowców gry na instrumentach? Tu powtarzam znów uporczywie: profesor, według definicji słownikowej, musi uprawiać naukę, jeśli chce nim być.

Najprostsze wyjaśnienie – to chęć zysku. Tytuły akademickie to poza wszystkim także profity finansowe. Ale to z całą pewnością zbyt uproszczone spostrzeżenie. Gdyby szło tylko o pieniądze, to większość tych, o których powyżej mowa poszukałaby sobie już dawno innego, jeszcze bardziej intratnego zajęcia. Muszą więc być jeszcze inne przyczyny.

Bardziej przekonywającym wyjaśnieniem byłby prestiż stanowisk akademickich. Bardzo przyjemnie jest mieć autorytet podparty tytułem i rzadko kto jest całkiem wolny od próżności. Niestety jednak prestiż jest bardzo ściśle powiązany z elitarnością. Nie ma go po prostu bez elitarności i zależność ta jest nieubłagana. Przykład: pierwsze tranzystory były drogie (te lepsze, nawet bardzo). Dziś mikroprocesor zawierający ich tysiące potrafi kosztować mniej niż słoik ogórków kiszonych (to znów nie żart, lecz fakt). Proces upadku prestiżu środowisk naukowych daje się chyba już zaobserwować, a przyszłość (jeśli obecna tendencja wzrostowa się utrzyma) nie wygląda nazbyt różowo.

Wchodzi tu w grę, jak sądzę, jeszcze jeden czynnik mianowicie fetyszyzacja pojęcia równości. Znakomicie opisał to Sławomir Mrożek w jednym ze swoich „Małych listów”, więc po prostu zacytuję: „Bogactwo, władzę można nabyć. Można je odebrać albo podzielić. Trudniej jest z wartościami, których nabyć ani odebrać, ani podzielić się nie da. Co zrobić z rozumem na przykład? Więc uchwalono, że wykształcenie może się obejść bez inteligencji, a nawet ją zastąpić. Dlaczego tak uchwalono? To proste: ponieważ wykształcenie może być powszechne, a inteligencja nie. Zachodzi jednak obawa, że kiedy już każdy obywatel otrzyma dyplom naukowy i stopień profesora, prestiż nauki znacznie się obniży. Wprawdzie nie będzie już mowy o elicie, ale z wiedzą będzie także krucho. Prawdopodobnie pojawią się wtedy profesorowie na czarnym rynku, nielegalni, który będą w znacznie wyższej cenie niż państwowi”.

Gdzie się ten cały proces zatrzyma i czy w ogóle zatrzyma – nie wiem i myślę, że wcale niekoniecznie zatrzymać się musi. Można już bowiem na przykład być sobie profesorem (naukowcem z definicji – przypominam niezmordowanie) aktorstwa lub malarstwa sztalugowego. A dalej może i nawet ping-ponga, kulturystyki lub boksu przy Akademii Wychowania Fizycznego – w końcu to też akademia. Przykład wcale nie taki absurdalny, bo profesora od turystyki widziałem już na własne oczy.

Możesz tu, szanowny Czytelniku, powiedzieć: „Nie twoja rzecz definiować naukę!” Ależ oczywiście, że nie moja – odpowiem. Ja wcale nie chcę definiować nauki! Chcę tylko skromnie, dla własnych potrzeb wiedzieć, jak rozróżnić naukę od nie – nauki, naukowca, od nie – naukowca. Chcę wiedzieć, czy mam prawo przyjąć tytuł adiunkta (jak podaje słownik PWN – tytuł naukowy – powtarzam do znudzenia) za granie na fortepianie. I wreszcie mam chyba prawo jasno wiedzieć, co oznacza takie czy inne słowo w moim ojczystym języku, bo wiem z historii, że tam, gdzie znaczenie słów deformowano, lub ukrywano, tam zawsze działy się rzeczy albo podejrzane, albo jawnie złe.

Niestety, jak dotąd ani sam się nie domyśliłem, ani też nikt mi nie wyjaśnił, co różni „naukę" od „nie – nauki”, „naukowca" od „nie – naukowca”, ani też jak można pracować naukowo, grając na cytrze lub mandolinie. Moje wysiłki określenia, czym jest nauka nie dały niestety jednoznacznych rezultatów. Wygląda więc na to, że do tej niewiedzy będę się musiał przyzwyczaić i znosić ją „z godnością”, jak osiołek Kłapouchy – przyjaciel Puchatka. Kupiłem więc sobie muszkę, parasol, lampę z zielonym abażurem na biurko, zaś Słownik Wyrazów Obcych PWN postawiłem na półce pomiędzy „Kubusiem Puchatkiem” a „Wstępem do śwarnetyki teoretycznej”, aby mieć je zawsze pod ręką.

* * * * *

Post scriptum: Aby uniknąć nieporozumień – nie idzie mi w tym eseju o obrażanie kogokolwiek ani jakkolwiek, a jedynie o pewną nieodpowiedniość nazwy i rzeczy. Pomyślmy tylko – czy nie byłoby na przykład lepiej ludzi osiągających wysoki stopień kompetencji w grze na instrumencie nazywać mistrzami, arcymistrzami, a tych, którzy wspinają się na ten poziom, powiedzmy kandydatami, czy jak tam jeszcze kto zechce. Możnaby w ten sposób zachować wszystkie akademickie przywileje w dotychczasowej formie, uniknąwszy przykrej dwuznaczności opisanej powyżej. Myślę, że dla wszystkich byłoby to zdrowsze.



[mc]



GABINET OSOBLIWOŚCI.

Narzekam na okrągło, że w muzyce jest muzealnictwo, że brak jest nowych, twórczych idei. Nie podoba mi się włoska opera werystyczna. Nie znoszę symfoniki Brucknera. Nie lubię, kiedy ktoś gra nierytmicznie. Nudzą mnie śmiertelnie roztrząsania, czy mazurki Chopina lepiej interpretuje Tyng–Tu–Peng z Tajwanu, czy Siergiej Siergiejewicz Radziecki z Rosji. No i doigrałem się w końcu. Pewna znajoma osoba, (w której życzliwość skądinąd nie wątpię) powiedziała mi kiedyś z nieukrywaną irytacją: "Ty to byś najchętniej całą muzykę zlikwidował i tylko te swoje komputery zostawił!". Otóż to jest kłamstwo i to tak zwane – wierutne! Wcale nie mam nic przeciwko temu, że istnieje tradycja muzyczna. Wręcz przeciwnie – lubię ją i cieszę się, że istnieje. Rzecz w tym, że dotychczasowa historia muzyki była jakby budowaniem następnych pięter opartych o niższe, już zbudowane. System ten jak dotychczas dobrze się sprawdzał i dlatego też uważam go za sensowny. Jednakże budowa tego piętra, które przypadło w udziale mojemu pokoleniu, wydaje mi się nieszczególnie udana. Wielu zastanawia się czy w ogóle da się to piętro zbudować i czy w ogóle jest sens dalej ciągnąć tę budowlę. Nie ma zgody ani co do stylu architektonicznego, ani rodzaju materiałów budowlanych. O tych, co chałturzą na innych budowach, rozkradają cement, a nawet dewastują niższe, wykończone już piętra – nawet nie wspominam.

Dawna architektura wydaje się jednak, nie wiedzieć czemu, jakoś piękniejsza. Jeśli ktoś pojedzie na przykład do Krakowa, to raczej pójdzie zwiedzać Wawel, Rynek i Planty niż blokowiska Nowej Huty. Budowle współczesne, jeśli nawet imponują rozmachem lub ogromem wiedzy inżynierskiej, to rzadko sprawiają, że czujemy się w nich dobrze. Są przeważnie jakoś dziwnie nieprzyjazne. Trudno mi uwierzyć, aby współcześni architekci byli głupsi od swoich poprzedników, jednak czegoś im często brakuje. Czego? Nie wiem.

Jedną z budowli przeszłości, która mnie urzekła było Teylers Museum w Haarlemie, w Holandii. Architektura miast holenderskich, takich jak Delfy, Amsterdam, czy Haarlem ma zasłużoną opinię jednej z najpiękniejszych w Europie, częściowo chyba dzięki konsekwentnemu stosowaniu zasady "małe jest piękne". Sytuacja ta, wymuszona przez niewielką powierzchnię kraju, sprawiła, że człowiek czuje się wśród tych budowli dobrze, naturalnie i jakby bezpiecznie (mimo, że Amsterdam, na przykład, słynie z wysokiej przestępczości). Wracając do tego muzeum – jest to nieduży (wielkości sporej willi) filigranowy budynek. Sławny stał się nie tyle może ze względu na imponujące zbiory, ile na to, że jest to pierwszy na świecie gmach wybudowany z przeznaczeniem na muzeum. Piękny architektonicznie (jak prawie wszystko w Holandii), także i wewnątrz, posiada kilka sal wystawowych, które spokojnie można obejść w ciągu godziny, czy dwóch. Tym jednak, co mnie chyba najbardziej zachwyciło, jest fakt, że nie jest to ani muzeum sztuki, ani techniki, ani przyrodnicze. Jest tam wszystkiego po trochu. Są kości mamuta, cudowne kryształy wydobyte z wnętrza ziemi, pierwsza żarówka Edisona, organy mikrotonowe z trzydziestoma sześcioma dźwiękami w obrębie oktawy, maszyna parowa, zwierciadła akustyczne, nieco obrazów, rzeźb, miniatur, kilka wypchanych egzotycznych zwierząt i ptaków, motyle, a wszystko to spowija delikatna mgiełka zachwytu nad cudownością i różnorodnością materialnego świata. Bardzo, bardzo to inne od wielkich galerii malarstwa, po których obwieszeni aparatami fotograficznymi turyści gonią jak opętani, ślizgając się wzrokiem po obrazach z jednaką obojętnością "zaliczając" obłęd Van Gogha, "tłuste dania miłosne" Rubensa, co flamandzkie pejzaże i gotyckie obrazy religijne. Dlatego może właśnie tam, w tym małym muzeum, narodził mi się pomysł stworzenia własnej galerii. Nie materialnej – na to nie mam pieniędzy, lecz na przykład muzycznej, lub całkiem oderwanej od materii – galerii myśli na różne tematy. I do takiej galerii chcę Państwa zaprosić.

Różni się, niestety, moja galeria od opisanej powyżej. Nie ma w niej poczucia spokoju, dostatniej stabilizacji, ustalonej hierarchii, wiary w jakiś ostateczny porządek świata. Eksponaty moje nie zadziwiają przyjemnie, lecz swoją treścią ocierają się o obłęd. Niektóre budzą wstręt, inne przerażenie, jeszcze inne (te stosunkowo najprzyjemniejsze) drwiący śmiech. Są takie, jakie udaje mi się wyłowić z otaczającej mnie rzeczywistości. Nie wyglądają jak kolekcja barwnych motyli, lecz raczej jakichś monstrów wydobytych z wiecznie mrocznych otchłani Rowu Mariańskiego.

Nie jest to przewrotny sposób zniechęcania Państwa do galerii, muzeów i wystaw jako takich. Oświadczam niniejszym oficjalnie i na piśmie, że lubię tradycyjne muzea, wszelkiego rodzaju galerie, wystawy, pinakoteki i gliptoteki (proszę zajrzeć do słownika wyrazów obcych), biennale, triennale, ekspozycje, wernisaże etc. Sam nawet napisałem ostatnio utwór pod tytułem „Galeria miniatur dźwiękowych”, w którym wystąpiłem jako kustosz – przewodnik i muszę powiedzieć, że czułem się w tej roli wcale nieźle. Ośmielony tym zapraszam więc P.T. Czytelników do mojego gabinetu osobliwości muzycznych. Proszę tylko założyć te komiczne łapcie, poprawić frak i ruszamy zwiedzać moje panoptikum.

Jeszcze tylko jedna ciekawostka, już z ręką na klamce: Czy wiecie państwo skąd wyraz panoptikum pochodzi? Otóż słowo to zostało utworzone przez angielskiego filozofa i teoretyka prawa w jednej osobie Jeremy'ego Benthama na określenie projektowanego przezeń więzienia, w którym każdy więzień jest zawsze widoczny dla strażników. Podręczniki filozofii fakt ten taktownie przemilczają – może i słusznie – nie wiem. Ale oto już i eksponaty:

EKSPONAT 1: KOŃ, JAKI JEST – KAŻDY WIDZI.

Spotyka się dwóch muzyków hardrockowych:

– Bach, ty słyszałeś o takim?
– Tak. Muzyka do kitu, za to fryzura – pierwsza klasa!

Jak wiadomo muzyka rozrywkowa wchłania natychmiast wszystkie nowości, więc dawno już stosuje w praktyce zasadę, że wygląd jest wszystkim – muzyka niczym, bo grać i śpiewać potrafi każdy, a jak nie potrafi – to „się zmiksuje". Muzyka poważna, bardziej konserwatywna, zdaje się nie nadążać za duchem czasu, niemniej jednak pewne tendencje są już dostatecznie wyraźne, aby zasługiwały na uważniejszy ogląd. Proszę, więc rzucić łaskawym okiem na pierwszy eksponat. W eksponacie tym wcale nie jest ważne, kto gra, co gra, ani jak interpretuje. W ogóle nie chodzi tu o dźwięk; ten można śmiało wyłączyć. Eksponat niniejszy, to czysty behawior muzyka i to wyłącznie jego część wizualna. Przyjrzyjmy się tedy uważniej.

Aspekt statyczny. Obejmuje on wygląd wykonawcy. Muszę przyznać, że w zakresie muzyki poważnej jest to jedna z tych rzeczy, która prezentuje się ciągle jeszcze nienajgorzej. Porządna orkiestra symfoniczna to zespół panów we frakach i pań w kreacjach wieczorowych. Filharmonie na ogół dbają raczej o to, aby nie wpuszczać na estradę, żadnych odzianych w psychodeliczne ubranka, pijanych i/lub znarkotyzowanych oberwańców – i chwała im za to. Niestety już nawet do tych bastionów kultury wkradają się typy w rodzaju Nigela Kennedy’ego, z kółkiem (nie pamiętam już gdzie) i zachowaniem ze stacji metra, lub jadłodajni MacDonald. Jeżeli udało się zakazać wpuszczania fenolu do rzek, to może i z tym da się coś zrobić. Bardzo bym prosił.

Trochę gorzej jest w jazzie. Tutaj panuje moda na codzienne, znoszone łachy. Im bardziej złachane – tym szykowniejsze. Kraciaste koszule, T–shirts, kurtki, swetry. Wykonawcy egzotyczni sięgają do mody regionalnej. Kółka w nosie też już się, niestety, zdarzają. Jazzmani wyżej klasy jakoś trzymają jednak fason i ogólnie jest to wszystko jeszcze do strawienia, zwłaszcza, że wielu warto posłuchać.

Na rozrywkę opuszczam zasłonę miłosiernego milczenia.

Osobną sprawą są fotografie (na płytach, w czasopismach, folderach etc.). Panowie ze sfer muzyki poważnej przeważnie fotografowani są w sposób neutralny (przy instrumencie, podczas pracy, w zamyśleniu „nad istotą bytu"). Aliści damy muzyki poważnej można już zobaczyć wdzięcznie upozowane na rekamierkach, w glorietkach, na łonie pięknej (przeważnie wiosennej) natury – na ogół jednak też nie przekraczają one granic dobrego smaku, a ze szczyptą zalotnej próżności bywa im nawet do twarzy.

Jazzmani fotografowani są przeważnie „w akcji”, w ostrym świetle reflektorów i kłębach papierosowego dymu.

Na rozrywkę opuszczam zasłonę miłosiernego milczenia.

Aspekt dynamiczny. Obejmuje on zachowanie wykonawcy. Interesuje mnie tu jednak jedynie zachowanie podczas grania. Reszta należy do życia prywatnego wykonawcy i nie podlega poniższej analizie. Wyróżniamy następujące zachowania na estradzie. Zachowanie normalne. Tak zachowuje się wykonawca zdrowy fizycznie i psychicznie, wyposażony w kulturę osobistą i rzetelne umiejętności. Zachowanie to ma kilka akceptowalnych wariantów. Może więc być napięte, z całkowitą koncentracją na wykonaniu i połączone z pewna izolacją od świata. Przykładem (o zabarwieniu posępnym) mógłby być Światosław Richter. Może to być wytworna elegancja, czasem z sympatycznym, nieco staroświeckim odcieniem (Włodzimierz Horowitz). Bywa, że z wykonawcy emanuje energia sportowca (Władysław Kędra), przyjazna radość życia (Fritz Kreisler), naturalne ciepło (Oscar Peterson), bądź odwrotnie – jakiś wewnętrzny konflikt czy cierpienie (Maurizio Pollini, Armando „Chick” Corea). Ogólnie rzecz biorąc manifestuje się tu duża, lecz piękna i wartościowa rozmaitość ludzkich charakterów.

Zachowanie patologiczne pierwszego typu (ekshibicjonizm intencjonalny). Osobiście mnie to brzydzi, ale jako naturalista – muszę. Do zachowań tego typu należą: wykrzywianie gęby "ilustrujące" zawartość emocjonalną utworu, ruchy rąk "podkreślające" sprawność techniczną oraz ruchy całego tułowia, a nawet całego ciała – cel nieodgadniony (chyba luz albo dynamiczność…).
Zacznijmy od gęby. Do tej grupy zaliczamy:

  1. Wywracanie oczyma w celach lirycznych.
  2. Patrzenie w niebo lub w dal w poszukiwaniu natchnienia.
  3. Marszczenie brwi dla podkreślenia powagi, energii etc.
  4. Potrząsanie czupryną w celach tryumfalnych.
  5. Miny tragiczne (do elegii i utworów wstrząsających).
  6. Miny błogie (do sielanek i nokturnów).
  7. Szybkozmienna mimika dostosowana do każdej frazy, a nawet i drobniejszych elementów. W szybkich utworach o różnorodnej artykulacji jest to zadanie niebanalne i muszę przyznać, że widywałem prawdziwych wirtuozów tej sztuki.
  8. Wypowiadanie bezgłośne jakichś tajemniczych zaklęć (wyjątkowo obrzydłe).
  9. Abstrakcyjne miny o zabarwieniu emocjonalnym. Poznawczo jakby najciekawsze, ale na dłuższą metę okazuje się bez sensu, poza tym charakteryzuje się względnie małą skutecznością oddziaływania na publiczność.

Ruchy rąk.Grupa ta obejmuje:

  1. Ruchy typu gimnastycznego, wykonywane przed utworem lub w pauzach. Mają przekonać o nadzwyczajnej sprawności technicznej i tężyźnie, zwłaszcza w momencie koncertu. Sugerują także dbałość artysty tegoż o tę – że tężyznę.
  2. Dziwne, niefunkcjonalne ustawienie ręki lub nawet całego ciała podczas grania. Występuje okresowo lub stale. Sugeruje nadzwyczajne, znane tylko delikwentowi, sposoby wydobycia dźwięku.
  3. "Umierający łabędź". Podkreśla lirykę. U pań bywa to przynajmniej zabawne, u panów – zawsze jednoznacznie obrzydliwe. Częste u homoseksualistów.
  4. Wymachy poakordowe i popasażowe. Oznaczać mają brawurę i łatwość techniczną.
  5. Wymachy finałowe.

Dygresja: Piękny przykład "wymachu finałowego" udało mi się zaobserwować u pewnego skrzypka. Otóż wykonywana była "Polka pizzicato" J. Straussa i jeden ze skrzypków zapomniał odłożyć smyczek. Jako jedyny w całej orkiestrze machał przez cały utwór tym patykiem, co już samo w sobie było dostatecznie zabawne. Najbardziej mi się jednak podobało, kiedy po ostatnim akordzie nie wytrzymał i wyrzucił tryumfalnym gestem rękę ze smyczkiem do góry. Musze przyznać, że był to jak dotychczas najlepszy "wymach finałowy", jaki zdarzyło mi się widzieć w życiu. Koniec dygresji.

Ruchy całego ciała. Grupa ta obejmuje:

  1. Ruchy tułowia. Lewo – prawo. Przód – tył. Dookoła (zgodnie ze wskazówkami zegara i przeciwnie). Występują także techniki mieszane. Wszystkie te techniki dzielą się na rytmiczne (zgodne z metrum) i nierytmiczne.
  2. Przyjmowanie dziwacznych, niefunkcjonalnych pozycji ciała.
  3. Kroki taneczne.
  4. Akrobacje z instrumentem.
  5. Łażenie z instrumentem po estradzie. Technika ma wielkie perspektywy rozwojowe, a jej nieosiągalną (na razie!) asymptotą jest łażenie z organami katedralnymi po kościele podczas koncertów oratoryjnych.
  6. U niektórych nieco roztargnionych dam zdarzają się niejakie kłopoty z odróżnieniem estrady od alkowy.
  7. Do grupy tej zaliczamy też robienie bałaganu – odrzucanie chusteczki, nut, jeżdżenie stołkiem, pulpitem etc.

Zachowania patologiczne pierwszego typu można także zróżnicować względem płci wykonawców. U panów przeważają zachowania mające sugerować panowanie nad materią i duchem; u pań idzie to raczej w kierunku podkreślania własnego powabu.

Zachowanie patologiczne drugiego typu. Do tej grupy należą zachowania z trudem poddające się klasyfikacji. Nie podlegają one bowiem żadnej sensownej logice. Wymienić tu jednak można kilka różnych odmian.

  1. Grymasy bezsensowne nieregularne. Ta grupa właściwie należy już chyba do obszaru zainteresowań psychiatrii i kwalifikuje się raczej do interwencji lekarza niż pedagoga.
  2. Tiki repetytywne. Obejmuje różnego rodzaju cmokania, przygryzanie warg, zaskakujące nagłe ruchy kończyn lub głowy etc. Grupa zachowań wyjątkowo trudna do leczenia.
  3. Zachowania anankastyczne. Sam widziałem młodego (ok. 15 lat) pianistę, który przed rozpoczęciem wykonania jednego z preludiów S. Rachmaninowa, 17 (słownie: siedemnaście) razy poprawił sobie klapy smokingu. Liczyłem, bo widziałem go już wcześniej i wiedziałem, że będzie to robił. Podczas grania zresztą stosował obficie techniki z grupy "gęba", zwłaszcza typu 2,7 i 9. Wykonanie – jak wykonanie. Przyzwoite, ale nic szczególnego.
  4. Podśpiewywanie (a raczej podwywanie). Celują w tym jazzmani. Częściowo, usprawiedliwia to u nich fakt improwizacji, a także częsty u autodydaktów brak rzetelnego wykształcenia muzycznego.

Ten typ zachowań jest dość osobliwy. Zachowania patologiczne typu pierwszego, jakkolwiek nie byłyby wstrętnymi, są przynajmniej (jako forma prostytucji) zrozumiałe i dają się racjonalnie objaśnić spodziewaną korzyścią. Zachowania zaś typu drugiego, są przeważnie odrażające dla publiczności i nie przynoszą korzyści z punktu widzenia sukcesu wykonawczego. Jest to zatem właściwie działanie samobójcze. Wygląda więc na to, że zachowania takie są jedynie rodzajem chwastu, który nie został w porę opanowany i wypleniony przez pedagoga.

Teraz kilka uwag ogólnych:

Na zakończenie chcę jeszcze opowiedzieć o eksperymencie, jaki sobie prywatnie wykonałem. Otóż wziąłem nagranie video pewnego wybitnego „wykrzywiacza gęby”. Obrobiłem je komputerowo tak, że usunąłem dźwięk, usunąłem tło, instrument i zostawiłem tylko gębę. Film ten pokazałem znajomemu lekarzowi – neurologowi. Odbyła się przy tym następująca rozmowa:

– Czy to mogą być objawy porażenia nerwu twarzowego? – zagadnąłem podstępnie.
– No, cóż. Bez uczciwego badania neurologicznego nie mogę, oczywiście, postawić diagnozy, ale nerw twarzowy to nie jest na pewno – oświadczył pan neurolog. To bym rozpoznał. Moim zdaniem, wygląda to raczej na jakieś uszkodzenie mózgu.
– Moim też.

Przechodzimy do następnego eksponatu. Proszę łaskawie uważać, posadzka jest świeżo pastowana. Łatwo można upaść na głowę.

EKSPONAT 2: NIEŁADNE – I TYLE.

Zamieszczony został w III numerze AdRem! – więc tu już nie powtarzam.

EKSPONAT 3: APLAUZ FRENETYCZNY (EKSPONAT AKUSTYCZNY, OMÓWIONY NAUKOWO).

UWAGA! Wszystkie opisane poniżej zdarzenia są czystą fikcją. Imiona wybrałem na chybił – trafił z kalendarza eskimoskiego. Wszelkie podobieństwa osób i sytuacji są całkowicie przypadkowe.

Oklaski to swego rodzaju konwencja. Moglibyśmy się przecież umówić, że jeżeli coś nam się podoba, to na przykład drapiemy się za uchem, podnosimy lewą nogę, robimy zeza lub zgrzytamy zębami. My jednak mamy oklaski. Nie jest to chyba najgorszy pomysł, bo sięga, jak sądzę, do głębokich pokładów naszej świadomości. Dzieci klaszczą przecież instynktownie w rączki, kiedy jest im wesoło. Niestety jednak, jak to często bywa, co było dobre w powiciu – wyrodnieje z czasem. Dość wspomnieć o prawnikach, pedagogach, czy lekarzach. Sam byłem kiedyś u dentysty, który stwierdził, że mam 5 (słownie: pięć) zębów do pilnego plombowania. Trochę mnie to zdziwiło, bo byłem na badaniu kontrolnym jakieś 3..4 miesiące wcześniej i wszystko było w porządku. Wymówiłem się więc brakiem czasu i uciekłem z fotela, aby udać się do mojego zaufanego doktora Przygońskiego (nie podaje adresu, aby uniknąć oskarżenia o kryptoreklamę). On zaś, zbadawszy mnie, orzekł, że jeden ząb jest istotnie do leczenia, drugi, z lekka podejrzany – ewentualnie też, zaś pozostałe trzy – gryzą zdrowe do dziś dnia. Później już dowiedziałem się od znajomych, że ów dziarski stomatolog (ten drugi, oczywiście, a nie pan Przygoński) właśnie pobudował sobie domek i bardzo mu zależy, aby mieć „duży przerób”. Gdybym wiedział, że jest w takiej potrzebie, biedaczek, to nie tylko dałbym mu te zęby, ale i inne kości, aby sobie zrobił z nich klamkę, albo kawałek płotku.

Podobnie z tymi oklaskami. Jako młody człowiek myślałem prostodusznie, że lekarz – leczy, nauczyciel – uczy, prawnik – dba o sprawiedliwość, zaś oklaski są formą uznania dla właśnie co usłyszanej (lub obejrzanej) rzeczy. Wydawało mi się także, że ich intensywność jest jakoś tam proporcjonalna do natężenia zachwytu. Niestety. Nie zostało mi dane wytrwać zbyt długo w tej błogiej naiwności. Podejrzenia zrodziły się dość wcześnie (bo z natury jestem podejrzliwy), ale zasadniczego przełomu dokonały dopiero kontakty z elektroniką. Okazało się bowiem, że każdy dźwięk można wyjąć z utworu obrócić do góry nogami, wydłużyć, skrócić i wstawić na powrót w to samo lub inne miejsce, zaś oklaski można przykroić całkiem dowolnie według uznania reżysera dźwięku. Istnieją zresztą całe biblioteki (fonoteki) różnych oklasków.

Tu jednak jeszcze najmniej miałbym do zarzucenia. W nagraniu niekoniecznie musi nam iść o wierność rzeczywistości, ale na przykład o możliwie dobry efekt muzyczny. Słuchacz siedzi sobie wygodnie w fotelu i może chcieć wierzyć, że „koncert” był rzeczywiście świetny; dajmy mu więc maksimum zadowolenia. Jest to w zasadzie dość uczciwe, jako że nawet podpreparowane nieco, ale w efekcie dobre wykonanie zasługuje na należny aplauz. Stąd też w tej sytuacji równowaga pomiędzy, by tak rzec, wartością towaru i zapłatą za niego, nie zostaje (a przynajmniej nie musi zostać) zachwiana.

Inaczej jest jednak w przypadku koncertu na żywo. Oklaski są w muzyce jedną z niewielu obiektywnie mierzalnych rzeczy. Na temat interpretacji adagietta przez pana Wxbnrjskiego można dywagować bez końca – jest to bowiem zjawisko psychologiczne. Oklaski jednak – to zjawisko fizyczne, akustyczne, przekładalne na układ centymetr – gram – sekunda (CGS – jak mówią fizycy). Można je zmierzyć w decybelach, mikropaskalach, poddać filtracji cyfrowej, kwantyzacji, analizie fourierowskiej, oraz dowolnym innym matematyczno – fizycznym torturom. Rzetelny pomiar może się okazać dość trudny. Może wymagać uwzględnienia średniego wieku i stanu zdrowia klaszczących, współczynników tłumienia ścian, temperatury, wilgotności i innych zakłóceń. Jednakże zasadniczo jest on możliwy, toteż (wyposażywszy się w należytą wiedzę inżynierską) można cierpliwie dążyć do ideału. Jak dotychczas wstydziłem się udawać na salę koncertową z miernikiem poziomu dźwięku, ale próbowałem oszacować zjawisko organoleptycznie (nie ma rady – znowu słownik wyrazów obcych; proszę nie odkładać – przyda się jeszcze). Wyniki przedstawię na nieco wyidealizowanym, teoretycznym przykładzie.

Załóżmy, że na koncercie odbywają się cztery wykonania. Poziom muzyki jest porównywalny (lub nawet jednakowy). Produkują się: Pan Rektor, Pan Docent, Pan Adiunkt i Pan Asystent. Wyniki pomiarów wynoszą odpowiednio: PR=80dB/40sek, PD=60dB/30sek, PAd=40dB/20sek oraz PAs=20dB/10sek. Wyniki te są sprzeczne z intuicją, która podpowiada, że wartość oklasków proporcjonalna jest do wartości dzieła. Według intuicji, jeśli dzieła są równe, to i oklaski powinny być równe. Jednak oparta na wielowymiarowej analizie czynnikowej interpretacja otrzymanych danych pomiarowych mówi nam całkiem coś innego. Zarówno natężenie oklasków (dB) jak i czas trwania (sek.), są wprost proporcjonalne do statusu osoby oklaskiwanej – tu właśnie tkwi istota rzeczy.

Rozpatrzmy zatem przykład nieco bardziej złożony. Wszystko jest w nim tak jak poprzednio, z tym, że utwór Pana Rektora jest wyjątkowo nędzny, a utwór Pana Adiunkta świetny. Pozostałe – jak powyżej. Wyniki pomiarów są teraz następujące: PR=80dB/40sek, PD=60dB/30sek, PAd=48dB/25sek oraz PAs=20dB/10sek. Interpretacja danych pomiarowych (oparta na analizie komputerowej wykonanej na moje zamówienie w Instytucie Hudrauliki Kwantowej Uniwersytetu im. Zdenka Fibicha w Pradze) wskazuje, że mimo zmian danych, zasadnicze prawo pozostaje w mocy. W dalszym ciągu zarówno natężenie oklasków, jak i czas trwania są zależne od statusu oklaskiwanego. Dodatkowa komplikacja bierze się stąd, że Pan Adiunkt spowodował zamieszanie, które skończy się dla niego awansem (ale przeważnie w innym ośrodku akademickim) lub zmianą zawodu na bardziej lukratywny. Proszę także zwrócić uwagę, że zmiana poziomu utworu Pana Rektora nie wywołuje żadnych zakłóceń. Jego wartość oklaskometryczna ustalona jest a priori i nie podlega fluktuacjom zarówno na poziomie kwantowym jak i makroskopowym.

Niestety, wyniki powyższe są jeszcze bardziej sprzeczne z intuicją, podobnie jak zasady ogólnej teorii względności, lub mechaniki kwantowej. Kiedy bowiem idziemy na koncert, słuchamy jakiegoś muzycznego koszmaru, w przerwie wysłuchujemy jadowitych, kąśliwych uwag na temat kompozytora, wykonania i dzieła, a równocześnie w pamięci mamy jeszcze owację, jak po dobrym i dobrze wykonanym utworze, to w naszym umyśle, umyśle normalnego dotąd człowieka, zaczyna się dziać coś niedobrego. Czujemy się tak, jak wówczas, kiedy dowiadujemy się, że nic nie może się poruszać szybciej niż światło, że nie da się dokładnie ustalić pędu i położenia elektronu naraz, że poniżej pewnych wymiarów pojęcie ciągłej, gładkiej przestrzeni traci sens, że ten sam foton może się znajdować w dwu odległych miejscach równocześnie. Mózg się lasuje, czaszka trzeszczy, a kolana drżą i uginają się nieprzyjemnie. Ale teoria względności pozwoliła nam wprowadzić poprawki do obliczeń orbity Merkurego, obdarowała ultradokładnymi systemami nawigacyjnymi, teoria kwantów dała nam lasery, diody tunelowe, nadprzewodniki, a oklaski....

Zapamiętaj więc sobie Szanowny Gościu mojego gabinetu, że kiedy klaszczesz z jakichkolwiek innych powodów niż rzeczywisty zachwyt dla tego, co przed chwilą usłyszałeś, to czynisz tak, jakbyś tłukł po główce własne dziecko, bo takimi oklaskami pracujesz mu na świat postawiony na głowie, świat zakłamany, świat z zakłóconą hierarchią wartości, chaotyczny, pozbawiony sensu, punktów orientacyjnych. Świat, w którym może się i da, ale nie będzie warto żyć.

Zapraszam do następnego eksponatu...

EKSPONAT 4: FOLKLOR KULUAROWY, CZYLI WIEDZA LUDU W KORYTARZU.

UWAGA! Tutaj także wszystkie opisane poniżej zdarzenia są czystą fikcją. Imiona też wybrałem na chybił – trafił z kalendarza tym razem papuaskiego, a wszelkie podobieństwa osób i sytuacji są całkowicie przypadkowe.

W ramach mojej desperackiej,.eńczej, a z góry przegranej walki ze snobizmem tłumaczę tytuł na język ojczysty i wyjaśniam niezwłocznie, że słowo folklor pochodzi od słów folk lore (ang.: wiedza ludu), a zaś kuluar to po francusku tyle, co korytarz (le couloir) – stąd podtytuł.

Dygresja. Muszę jednak i sam sobie też wymierzyć sprawiedliwość. W Deutsches Museum w Monachium stoi wycofany z użycia komputer CRAY. Był to w swoim czasie najszybszy komputer świata. Zrobiłem sobie przy nim zdjęcie i odczuwam z tego powodu jakiś rodzaj snobistycznej satysfakcji. Jest to w końcu uzurpacja, bo ja zbudowałem sobie jedynie PC4–MC, (o którym będzie poniżej), a najszybsze na świecie maszyny budował pan Seymour Cray (o którym było powyżej). Niemniej jednak ze zdjęcia się cieszę; nikt nie jest wolny od słabości. Wyznaję to jak na spowiedzi i proszę o odpuszczenie. Koniec dygresji.

W tak zwanych kuluarach jest właściwie całkiem przyjemnie. Panie błyszczą biżuterią i czarują wieczorowymi toaletami, panowie błyskają łysinami i czarują dowcipem. W powietrzu unosi się woń perfum. Wszyscy popijają kawę, a w dni upalne – lemoniadę. I byłoby wręcz cudownie, gdyby przy tym milczeli. Niestety – rozmawiają. To znaczy: przeciwko samym rozmowom nic nie mam, ale ich treść potrafi przyprawić o obłęd. Znacie? To posłuchajcie:

- I jak ci się podobała „Sonata diaboliczna” Demonescu w wykonaniu Wdfrqxtniaka?
- To rzeźnik, a nie skrzypek. Sam grałem to w podstawowej szkole. Duuuużo lepiej.
- No, gorzej byłoby już trudno. Czy on zawsze tak fałszuje?
- Podobno nie. Słyszałem, że tydzień temu podstroił nawet skrzypce.
- Do rury w łazience?
- Nie. Do jednego znajomego altowiolisty. Ha–ha.... (śmiechy).

Nadchodzi Wdfrqxtniak z żoną.

- Ach, witamy! Witamy Mistrza! Prosimy do nas! Było wspaniale. Prawdziwa uczta dla ducha. Te flażolety, te niebiańskie piana... Porywające! To poczucie formy... Ekspresja... Ta czystość i precyzja! Presto po prostu zapierało dech w piersiach, ale Allegretto affetuoso absolutnie zaabsorbowało audytorium. A ta furia w Furioso... Fascynujące!
- Och, naprawdę tak się państwu podobało? Bardzo się cieszę. Miałem chyba rzeczywiście swój życiowy koncert.
- Podobno dostał pan zaproszenie do Xsiang–Zsao–Wung–Hall w Ping–Tsy–Fong.
- Właśnie impresario mi o tym powiedział. No cóż, koncert Brahmsa, to dla mnie żaden problem, ale czy dam radę nauczyć się w sześć tygodni chińskiego?
- Ha! Ha! Mistrz ma nie tylko poczucie formy sonatowej, ale i humoru!

Dzwoni (symfonia g–moll Mozarta) telefon komórkowy (ang.: handy) Wdfrqxtniaka.

- Wdfrqxtniak... Tak... Oczywiście... Zaraz będziemy.
- Bardzo państwa przepraszam. Mój impresario...
- Ależ oczywiście. Ciągle w pogoni za sukcesem. Cóż... życie artysty. Powodzenia!
- Miłego wieczoru! Esmeraldo, kochanie, pozwól...

Wdfrqxtniak z żoną odchodzą.

- Drugiego takiego zadowolonego z siebie osła, to ze świecą szukać.
- Ta jego żoneczka wystroiła się jak Barbie.
- Jaka żoneczka? Ta Esmeralda to jego nowa flama! Poprzednio była z Qrtwhgfczakiem, drugim wiolonczelistą, tym łysym, a jeszcze wcześniej Gjklmsbczyńskim, tym kontrabasistą, co wyleciał z Narodowej za wódę.
- A teraz skrzypek. No, nie ma co! Pnie się panienka ostro do góry... Co rok to kwintdecyma. Ha, ha! Strach pomyśleć, co będzie jak dojdzie do fletu piccolo?
- Nie ma obawy. Nasz flecista preferuje panów...

E t c a e t e r a.... A p i a c e r e....

Choć kłamców zdecydowanie nie lubię, to nie jestem też jednak jakimś oszalałym fanatykiem prawdy za wszelką cenę. Wcale więc nie uważam, że w kuluarach należy od razu mówić:

- Panie Hrdjqswncewicz, pan jest dureń, a pańska MDCLXVII–ta symfonia to chała, jakiej dotąd nie słyszałem i mam nadzieję więcej nie usłyszeć.
- A pan, panie Sdfgxrbpzowski, lepiej umyłby sobie uszy, zamiast wygłaszać te żałosne pseudorecenzje ćwierćinteligenta.

Można przecież powiedzieć:

- Panie Hrdjqswncewicz, jestem zdania, że forma adagia pańskiej MDCLXVII–tej symfonii wydaje mi się nieodpowiednia do...

Aaaaa tam... Szkoda gadać! Pointa, jak przy poprzednim eksponacie. Proszę dalej...

EKSPONAT 5: ZAiKS, CZYLI ZA ILE?

Aby od razu było jasne: nie mam absolutnie nic ani przeciw wymienionej w tytule, ani innym podobnym instytucjom. Muzycy to mimo wszystko też ludzie i muszą z czegoś żyć. Chodzi mi o coś zupełnie innego. Czy praca muzyka, lub szerzej, czy jakakolwiek praca w ogóle jest wymierna w pieniądzach? Zdaje sobie sprawę, że są to rozważania nieco abstrakcyjne i utopijne w rodzaju: "Jak to świetnie by było, gdyby wszyscy ludzie byli dobrzy". Ale proszę wybaczyć – to w końcu gabinet osobliwości.

Komunizm nam się raczej nie udał i jest wątpliwe, aby ktoś go w najbliższym czasie znowu próbował. Pozostał zatem kapitalizm. Nie dlatego, że taki znowu dobry, lecz dlatego tylko, że jak dotychczas nikt nie ma lepszego pomysłu. Wygląda więc na to, że jakiś czas przyjdzie nam jeszcze w tym kapitaliźmie żyć. Polacy, jako neofici tego ustroju, są tak zaprzątnięci "byznysem" lub co najmniej ciułaniem, że prawie nikomu nie przychodzi do głowy, że kapitalizm to także pewna forma umowy społecznej – bynajmniej niekoniecznie jedyna, ostateczna i najlepsza.

Muszę przyznać, że wątpliwości, co do kapitalizmu ogarnęły mnie już wcześnie, kiedy to jeszcze wisiała żelazna kurtyna, a rzeczywistość kapitalistyczną podglądaliśmy, jak starcy Zuzannę w kąpieli, przez szpary w tejże kurtynie (dzięki Bogu spartaczonej, jak większość komunistycznych produktów).

Zaraz po dyplomie z fortepianu (w czasie wakacji) ktoś (nie pamiętam dziś już, kto) zaproponował mi zrobienie nagrania do radia. Było to tak zwane nagranie archiwalne. Jako młody entuzjasta gry na fortepianie zabrałem się do tego z zapałem, poćwiczyłem solidnie i przygotowałem mniej więcej godzinny recital złożony z utworów, Brahmsa, Debussy'ego i Skriabina. Nagranie wlokło się kilka dni, bo studio było w czasie wakacji przeważnie puste, a nagrywał mnie kolega po reżyserii dźwięku, też młody zapaleniec. W końcu jakoś to nagraliśmy. Nagranie wyszło bardzo dobrze, zostało wyemitowane w eter, a następnie złożone w archiwach Polskiego Radia (może gdzieś tam jeszcze i do dzisiaj leży pod warstwą kurzu). Za pracę tę otrzymaliśmy po 400 zł (słownie: czterysta). Średnia płaca miesięczna wynosiła podówczas około dwóch do trzech tysięcy. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że jakiś miesiąc później trafiło mi się nagranie muzyki do filmu (lub teatru – nie pamiętam) w tym samym studio i na tym samym fortepianie. Nie potrzebowałem, oczywiście żadnego ćwiczenia; wszystko szło a vista i trwało jedno popołudnie. Honorarium – 3000 zł (słownie: trzy tysiące). W zasadzie powinienem się cieszyć, bo w końcu trochę grosza zawsze się młodemu człowiekowi przyda. I rzeczywiście byłem raczej zadowolony, choć już wtedy ogarnął mnie jakiś nieokreślony niepokój. Uczucie to nasilało się z biegiem lat i przyrostem doświadczenia. Musiałem w końcu tak, lub inaczej dojść z tym do ładu. Zacząłem tedy przeprowadzać różne eksperymenty – przeważnie myślowe, które miały mi to jakoś uporządkować to w głowie. Poniżej kilka wyimków z mojego dziennika laboratoryjnego:

36 marcetnia, między dniem a nocą (wiem, że plagiat).
Zarabiam miesięcznie 2000 tixów (jednostka płatnicza na Marsie). Praca jest ciekawa i przyjemna, koledzy (a nawet szef) sympatyczni, zaś wynagrodzenie wydaje mi się całkiem niezłe. Przez kilka lat dorabiam się tego i owego. Drobne podwyżki kompensują inflację, a realna wartość dochodów nawet powoli wzrasta. Nagle, przypadkiem, dowiaduję się, że wszyscy moi koledzy dostają za tę samą pracę po 4200 tixów. Szef umówił się z nimi, że z należnych mi 4000, dorzuci im po 200 za milczenie, sobie weźmie 400 i w ten sposób wykiwają mnie jako cudzoziemca (ziemianina). Oczywiście jestem rozżalony. A przecież jeszcze pół godziny temu mi wystarczało...

4 termidora, zaraz po rewolucji.
Ze zbioru zadań dla szkół menażerskich (kurs średni). Jeżeli członek ekipy ratowniczej narażający w każdej akcji swoje zdrowie, a nawet życie, zarabia 10.000 DM miesięcznie, to co robi facet, który za 28,000,000 DM.– kupuje w Dolnej Bawarii stary zamek i dookolny teren, aby urządzić tam kilka knajp i sklepów? Dla ułatwienia dodam, że pełną sprawiedliwość mamy zagwarantowaną dopiero po śmierci.

13, piątek, tuż po przebiegnięciu drogi przez czarnego kota.
Przez jakiś czas w moim życiu zajmowałem się sporo aranżacją i instrumentacją. Kiedy dostawałem kilka, lub kilkanaście utworów do zaaranżowania, wybierałem sobie jeden albo dwa i robiłem je lepiej od innych, wkładając w nie wszystkie umiejętności i zapał. Po części traktowałem to jako ćwiczenie rozwojowe, po części jako rodzaj autoterapii (aby nie popaść w marazm). I rzecz ciekawa – choć nigdy o tym nikomu nie mówiłem (pierwszy raz ujawniam to publicznie), to prawie zawsze muzycy biorący udział w nagraniu reagowali jakoś na te utwory. Przeważnie było to coś w rodzaju: "O, to ci dobrze wyszło!". Pytanie: Czy powinienem był zażądać podwyżki za te "kawałki"?

14, wtorek, ze znalezioną właśnie czterolistną koniczyną w klapie.
Ze zbioru zadań dla impresariów (kurs wyższy). Tego samego dnia dają koncert: absolwent uczelni (dyplom z wyróżnieniem przed dwoma tygodniami) i gwiazdor. Absolwent otrzymuje 500$, zaś gwiazdor 50.000$. Należy udowodnić, że koncert gwiazdora był dokładnie 100 razy lepszy. Wolno używać suwaka logarytmicznego i tablic funkcji Bessela. Czas! Start!

1 czerwca – Dzień Dziecka.
Dziecinnie proste pytanie: Ile dni powinien móc przeżyć muzyk za honorarium z recitalu?

Myśli noworoczne.
- 1 stycznia. Spróbuj określić sobie sumę, powyżej której nie będziesz już więcej potrzebował(a)?
- 2 stycznia. Czy potrafisz sobie wyobrazić minimum swoich potrzeb?
- 3 stycznia. Gdyby to od ciebie zależało – na ile ustalił(a)byś swoją miesięczną pensję?
- 4 stycznia. Czy wiesz jak się ma średnie stypendium do średniego rachunku za telefon komórkowy?
- 5 stycznia. Jak mało musiał(a)byś zarabiać, aby zmienić zawód muzyka na inny?

1 maja – Święto Pracy.
Miał chyba trochę racji stary "Kisiel", kiedy mawiał, że "w obozie socjalistycznym nasz barak był najweselszy". Od siebie mogę dorzucić jeszcze jeden przykład. Dla kompozytów i aranżerów była specjalna tablica stawek, która pozwalała obliczać wynagrodzenia. Ilość minut (z uwzględnieniem obsady) razy stawka za minutę plus ilość taktów (także z uwzględnieniem obsady) razy stawka za takt dawała honorarium. Obsady były podzielone na grupy: 1..5 instrumentów 5..9, 9 do małej symfonicznej i tak dalej. Wystarczyło więc dopisać jedno uderzenie w triangel do zespołu 5 osobowego, aby utwór znacznie drożał; podobny efekt dawała zmiana metrum z 4/4 na 2/4 (podwojenie liczby taktów). Oczywiście w praktyce umawiał się człowiek z producentem na ogólną sumę, a nuty... Ogólna suma była to kwota w granicach przyzwoitości, czyli nie za dużo odbiegająca od honorariów kolegów po piórze. Kapitalizm wprawdzie operuje nieco innymi regułami, ale stężenie absurdu jest porównywalne…

Na tym mój dziennik laboratoryjny się urywa.

Gdzieś tam, na samym dnie mózgu kołacze mi się mimo wszystko jakaś wątła nadzieja, że to, co najwartościowsze w muzyce (i nie tylko!) powstało poza obrotem zarówno gotówkowym jak i bezgotówkowym. Nieważne, co sami muzycy na ten temat myśleli i mówili. Ufam, że w ich twórczości to, co przetrwało próbę czasu, powstało w tych krótkich, boleśnie – radosnych chwilach, kiedy nie można myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, nad czym się właśnie pracuje.

Ale będę uczciwy – to raczej wiara, niż wiedza.

EKSPONAT 6: PC4–MC.

Eksponat ten jest szczególnie przydatny dla entuzjastów, którzy wierzą, że kupując komputer będą produkować seryjnie arcydzieła. Otóż – nie. Jak nie wymyślisz bracie, sam – to ci żadna maszyna nie pomoże. A było tak:

Kilka lat temu zmajstrowałem sobie komputer. Nazwałem go PC4–MC. PC – bo "pecet", 4 – bo to był mój czwarty komputer, a MC – któż zgadnie dlaczego... Poczciwa ta maszyna do dziś pomaga mi pisać zarówno muzykę jak i teksty (te eseje na przykład). Komputer mi coś obliczy, albo wygeneruje jakiś dźwięk, nagra dysk, coś tam wydrukuje. Ja mu za to czasem dokupię trochę RAMu, albo pamięci masowej, zainstaluję jakiś software i tak sobie nawzajem pomagamy. Ale nie o moim komputerze chcę dalej pisać, lecz o komputerach w ogóle (w tym i w muzyce). Nie chcę tu powtarzać wiadomości z podręczników. Będzie to raczej wiedza metakomputerowa. Rzecz o sprawach ważnych, choć przeważnie pomijanych taktownym milczeniem.

1. Przyrost mocy obliczeniowej komputerów.
Ktoś obliczył, że gdyby motoryzacja rozwijała się w ciągu ostatniego ćwierćwiecza w takim tempie jak elektronika, to przeciętny samochód miałby jakość Rolls–Royce'a, zużywał 100 gramów benzyny na 1000 km, miałby trwałość 100 lat i kosztował 80 centów. Nie pamiętam, kto to policzył (zdaje mi się, że ktoś ważny z branży komputerowej), ani też dokładnych liczb. Ani jedno, zresztą ani drugie nie jest tu istotne. Ważne natomiast jest, że moc mojego PC4–MC jest kilka tysięcy razy (sic!) większa od mocy mojego pierwszego komputera (Sinclair „Spectrum” – zwanego pieszczotliwie – „Speccy”). Zapewniam jednak Państwa, że moja produktywność nie wzrosła ani tysiąc razy, ani nawet dziesięć. Może... ewentualnie... powiedzmy... o 11%...

2. Czy mam sobie kupić komputer?
Jako tzw. „ekspert lokalny”, średnio 28 razy do roku muszę odpowiadać na pytanie postawione w tytule. Odpowiadam więc ryczałtem, na piśmie, aby mieć to raz wreszcie z głowy, szczególnie, że za każdym razem słyszę to samo i mówię to samo. A więc:

  1. Kup sobie, jeżeli jest Ci rzeczywiście potrzebny.
  2. Rzeczywiście jest Ci potrzebny wtedy, kiedy wiesz, do czego.
  3. Jeżeli pytasz „czy kupić komputer?”, to na 99% wcale go nie potrzebujesz.
  4. Prawidłowe pytanie brzmi: „Czy dany komputer nadaje się do...” (tu wstawić przewidywane zastosowanie).
  5. Nie musisz mieć najnowszego, najdroższego ani najszybszego komputera, chyba, że jesteś snobem, ale wtedy nie zaczynaj rozmowy ze mną, bo usłyszysz coś przykrego.
  6. Pamiętaj, że prócz dużych liczb, i kolorowych folderów, którymi ogłupiają Cię handlarze, istnieją jeszcze: niezawodność, komfort pracy, kompatybilność, możliwości rozbudowy, dobre oprogramowanie (bardzo ważne!), dobry serwis, dobra dokumentacja, dobre podręczniki i parę innych rzeczy, o których dowiesz się później.
  7. Nie czytaj tego, co jest dużymi, kolorowymi literami, dużą, czytelną czcionką, przejrzyście sformułowane, na kredowym papierze. Najważniejsze dla Ciebie informacje są na ostatniej stronie, petitem, jasnoszarym drukiem, sformułowane zawile.
  8. Pamiętaj, że kupno komputera to tylko część wydatków. Do tego kupisz drukarkę, skaner, modem i tak dalej. Będziesz płacił za eksploatację i modernizację aż do granic wytrzymałości finansowej. Już handlarze się o to postarają, by Cię najpierw zanęcić, a potem wyczyścić Ci portfel.
  9. Raczej nie kupuj u znajomych – trudno potem dochodzić swoich praw.
  10. Jeżeli czegoś nie potrzebujesz (w tym komputera) – możesz to sprzedać lub wyrzucić. Po co zagracać sobie mieszkanie?
  11. Nie ma oficjalnego obowiązku posiadania czegokolwiek (w tym komputera).
  12. Nie mam telewizora, telefonu komórkowego, grilla, garnituru od Armaniego (za to frak), nie jadłem w życiu homarów (za to domowy bigos – palce lizać!), nie byłem na Teneryfie, ani Majorce (za to w innych ciekawych i pięknych miejscach), nie znam osobiście żadnego dostojnika państwowego (za to kilku mądrych ludzi) – i żyję. Więc bez komputera przeżyjesz i Ty.
  13. Czego sam nie wymyślisz – nie wymyśli za Ciebie komputer (o tym jeszcze będzie).

3. Czy to–to myśli?

Nie.

Przynajmniej na razie.

Kiedy w połowie zeszłego (tak, tak – dawne to już czasy) wieku rozgorzała dyskusja na temat: „Czy maszyny mogą myśleć?”, matematyk i logik angielski Alan Turing zaproponował takie rozwiązanie: Nie zastanawiajmy się, czy maszyna myśli, bo to zawsze prowadzi do subiektywnych i mętnych dyskusji. Ustalmy, że jeżeli w rozmowie nie możemy odróżnić maszyny od człowieka – to uznajemy, że maszyna myśli”. Aby nie można było widzieć rozmówcy, rozmowa może być prowadzona na przykład listownie. Test taki miał być próbą wypędzenia z rozważań na temat maszyn liczących elementów emocjonalnych oraz irracjonalnych. Niestety, było to trochę wypędzanie diabła szatanem. Irracjonalizm może i trochę udało się wygnać, ale pojawiły się na jego miejsce inne upiory. Wartość tego testu (znanego w literaturze przedmiotu pod nazwą testu Turinga) jest dziś silnie kwestionowana, szczególnie, że programiści wysilają się, aby napisać coraz to nowe programy „do konwersacji”. Są to zarówno programy ogólne (te są najtrudniejsze), jak i programy na zadany temat. Te pierwsze właściwie nie wyszły poza stadium eksperymentu (mimo hałaśliwych entuzjastycznych publikacji). Te drugie mają niejakie sukcesy, jako tzw. „systemy eksperckie”. Można z nimi „pogadać” na określony temat i w wąskich granicach otrzymywać rozsądne odpowiedzi. Te wąskie granice to inteligentne bazy danych na tematy przeważnie techniczne (program może wcale „rozsądnie” poinformować o połączeniach kolejowych, możliwościach zakupu sprzętu, rezerwacji miejsc, sposobu wyposażenia stanowiska roboczego etc.). W praktyce korzystamy z nich na co dzień i właściwie przyzwyczailiśmy się do ich sprawności na tyle, że reagujemy dopiero wtedy, kiedy coś nie działa.

Co będzie w przyszłości – nie wiem. Do dzisiaj jednak nie ma komputera, o którym moglibyśmy, powiedzieć, że bez wątpienia myśli, jest inteligentny etc. Niemniej jednak rozwój oprogramowania postępuje w takim kierunku, aby stworzyć wrażenie inteligencji maszyny. W jakimś sensie można powiedzieć, że stykając się z programem – stykamy się z inteligencją programisty – drugiego człowieka. Ale to nie więcej niż inteligencja zawarta w konstrukcji sprzęgła w samochodzie, mostu, leku, magnetofonu i temu podobnych rzeczy. Wprawdzie nawet dobrzy fachowcy mówią o komputerach w sposób antropomorfizujący: „Zawiesił się”, „Czego on chce?”, „Nad czym on tak długo myśli?”, ale to tylko żarty. Mogą (choć nie muszą) pozwalać sobie na nie ludzie znający się naprawdę na rzeczy. Kiedy jednak ktoś bierze to bardziej serio (nawet nie całkiem świadomie!), to mogą być kłopoty.

Lwia część naszego życia to kontakty z ludźmi. Jesteśmy wytrenowani w „modelowaniu” myślenia innych ludzi w naszej świadomości. Wyobrażamy sobie, co myślą, co czują, czasem, aby im pomagać, lub (częściej, niestety), aby z nimi skutecznie walczyć. Większość naszych nawyków myślowych bierze się właśnie stąd. Nawet zwierzętom domowym przypisujemy ludzkie cechy. Wykształcenie „humanistyczne” dostajemy już za sam fakt życia – kultury technicznej musimy się nauczyć. Obserwowałem wielokrotnie ludzi stykających się pierwszy raz z komputerem. Charakterystyczne są dla nich uporczywe próby antropomorfizacji działania maszyny. Cieszą się, kiedy coś się uda, martwią lub „obrażają” się, kiedy wynik różni się od oczekiwanego, swoje „sukcesy i porażki” traktują ambicjonalnie. I choć sensu w tym tyle, co w chłostaniu morza, to trudno się z takich nawyków wyzwolić. Dla ludzi pozbawionych kultury technicznej jest to w istocie bardzo trudne, bo poza umiejętnością „rozgrywek” z ludźmi niewiele mają. Stąd też irracjonalne zachowania w zetknięciu z czymś, co wymaga przełamania myślowej bezwładności – rezygnacja, agresja, obraza, pogarda, dziecinna fascynacja. Trochę mi to przypomina zachowanie Buszmena, który dostał radio i usiłuje z niego wydobyć „ducha radiowego”, lub złapać dźwięk do skorupki orzecha. Trochę też anegdotę, o tym jak to inżynier tłumaczył gaździe działanie silnika spalinowego, a kiedy wydawało się, że ten już pochwycił zasadę działania powiedział: „Syćko to piknie panocku, ale gdziez tu jest tyn kuń?”.

A wszystko to niepotrzebne i trochę żałosne. Nie ma się co cieszyć, martwić, obrażać, tylko trzeba wziąć książkę, przysiąść fałdów i solidnie poukładać (nie poupychać możliwie dużo, tylko właśnie poukładać) sobie w głowie odpowiednią dawkę wiedzy.

Lepszej metody nie znam.

4. Czy my myślimy?
Jakoś tam pewnie i tak, choć nie brak przykładów na to, że jednak nie. Jeśli zaś chodzi o pracę z komputerem – bywają kłopoty. Po prostu „myślenie” komputerowe jest tak różne od ludzkiego, że tylko z trudem daje się to jako–tako zharmonizować. Istota tej różnicy leży w tym, że człowiek nie myśli całkiem logicznie; może więc wykazywać inwencję i zachowywać się twórczo, za co płaci jednak ryzykiem błędów. Komputer (oraz program) działa doskonale logicznie (jeśli komputer jest sprawny, a program nie zawiera błędów), za to nie można od niego wymagać więcej niż przewidział programista. Co prawda współcześni fachowcy starają się poprawić ten stan rzeczy (stosując tak zwane „logiki rozmyte”, ang.: fuzzy logic) i różne inne tricki, ale do pełnego sukcesu jeszcze chyba dość daleko. Na razie komputery i programy coraz bardziej się komplikują, a ludzie mają coraz więcej kłopotów z poruszaniem się w tym gąszczu (nie wolnym zresztą od licznych błędów).

Mam kolegę, który jest z zawodu inżynierem informatykiem. Za swoją pracę dyplomową otrzymał nagrodę „za najlepszą pracę magisterską”. Obecnie przebywa w Kanadzie na uniwersytecie w Toronto, gdzie pisze pracę doktorską (też z zakresu informatyki). Jest więc dla mnie nie tylko niekwestionowanym, oficjalnym autorytetem w tej dziedzinie, ale mam także prywatnie wrażenie, że jest to rzeczywiście bystry jegomość. Kiedyś odbyliśmy taką rozmowę:

- Jacek (bo tak ma na imię), czy ty wiesz dokładnie co się dzieje w twoim komputerze?
- Ależ skąd. Tego jest za dużo. Zresztą nikt chyba nie wie.
- To jak sobie radzisz?
- Kiedy komputer mi nie działa, jak chcę, to próbuje coś wymyślić.
- A jak ci się dłuższy czas nie udaje?
- To kasuje całą pamięć i instaluję wszystko od nowa.

Ten podrozdzialik jest pewną przeciwwagą dla poprzedniego. Wielu ludzi wierzy bowiem w nadzwyczajne możliwości, w nieomylność i doskonałość konstrukcji komputerów, ufa im nadmiernie. Bierze się to po części stąd, że nie są w stanie opanować dużej ilości informacji zawartej w maszynie. Jest to trochę postawa typu: „całuj dłoń, której nie możesz ugryźć” – psychologicznie szkodliwa, jako akceptacja własnej bezsilności.

Jedynym co może nas uchronić przed takim błędem jest także rzetelna wiedza.

Lepszej metody nie znam.

P.S. Przeczytajcie sobie też Państwo opowiadanie S. Lema pt. "Ananke" – także jest o tym.

5. Co my (muzycy) z tego mamy?
Ten (krótki) podrozdział jest apelem o równowagę. Pominąwszy wszelkie emocjonalne nastawienia – komputery mają zarówno swoje słabe jak i mocne strony. W pewnych zadaniach mogą nam oddać nieocenione usługi, wobec innych są właściwie bezradne. Nie ma więc sensu zarówno lekceważyć, jak i przeceniać faktu ich istnienia. Można nawet powiedzieć, że istotą sensownego wykorzystania komputera jest możliwie dobre poznanie jego zarówno jego możliwości jak i ograniczeń.

Konkluzja – niestety taka sama jak i w obydwu poprzednich podrozdziałach.

6. Deser.

Ponieważ zwiedzamy gabinet osobliwości, na zakończenie tego eksponatu przygarść dziwolągów z branży komputerowej – ku pokrzepieniu serc:

  1. Za jedyne 60$ można kupić program, który usuwa zbędne opcje systemu operacyjnego Windows. A więc najpierw płacimy za największy zestaw klocków, a potem dopłacamy za możliwość wyrzucenia zbędnych. Złoty interes.
  2. Czy wiecie państwo, że kiedy piszecie na komputerze tekst (taki, na przykład, jak ten, który teraz czytacie) to większość czasu zajmuje komputerowi nieróbstwo, czyli oczekiwanie na naciśnięcie kolejnego klawisza?
  3. Tak zwany koprocesor arytmetyczny (dość dawne czasy) kupiłem za 45 marek. Dwa tygodnie wcześniej kosztował jeszcze 700 marek. Staniał w momencie wejścia nowszego modelu. 655 marek za cierpliwość. Opłaciło się.
  4. Nie mogę zrozumieć, dlaczego ci producenci komputerów, półprzewodników i oprogramowania tak się niepotrzebnie męczą badaniami podstawowymi w zakresie fizyki ciała stałego, analizami i prognozami rynku, wymyślaniem nowych układów i rozwiązań technicznych. Przecież to czysta strata czasu i energii. Czy nie prościej byłoby się udać do wróżki? Tyle ich ogłasza się przecież w Internecie.
  5. Z całego serca polecam lekturę starej prasy komputerowej. Dużo tam można przeczytać o "ultymatywnych" rozwiązaniach różnych komputerowych problemów.
  6. Kompilator jest to narzędzie, który pozwala utworzyć z programu napisanego w języku zbliżonym do naturalnego, kawałek zrozumiałego dla maszyny kodu, który wykonuje jakieś zadanie (fachowców przepraszam za nieścisłość – chodzi o anegdotę). Dla eksperymentu wraz z kilkoma kolegami napisaliśmy kiedyś malutki (kilkanaście linijek) program do wykonywania jakiejś elementarnej operacji typu zapisania na dysk rezultatu mnożenia 5x8. Kod wygenerowany przez kompilator liczył około 1MB (miliona liczb). Jakby żart, ale bardzo pouczający.
  7. Dla tych, co wierzą w nieomylność i inteligencję komputera kilka przykładów „poprawek”, jakie zaproponował mi automatycznie procesor tekstu podczas pisania tych esejów. „Orkiestrowe” na „orki estrowe”, „syntezatorów” na „synteza torów”, „MIDI” na „MSZ”, „Toronto” na „to rondo”, zaś Stanisława Lema usiłował mi „poprawić” na „klemę, Bema, gem, Limę i lamę”. I żebym to choć wiedział, czy z tą lamą to szło mu o wielbłąda, buddyjskiego duchownego, czy rodzaj tkaniny…

EKSPONAT 7: DOCENT.
Przepraszam państwa bardzo, ale eksponat ten na skutek zmian personalnych na stanowisku rektora musieliśmy oddać do pracowni renowacyjnej w celu wymiany poglądów. Gotów będzie we środę.

Na razie proszę dalej...

EKSPONAT 8: JĘZYK (NAZBYT) GIĘTKI.

Zdaniem Juliusza Słowackiego (który „wieszczem – był”) powinien wyrażać wszystko, co pomyśli głowa…

Ani chybi. Dezyderat wieszcza wydaje się być ze wszech miar słusznym, toteż osobiście byłbym za jak najszerszym jego upowszechnieniem. Można się jednak obawiać, że nie będzie to takie całkiem łatwe. Na rynku myśli znajdują się bowiem niestety także i inne postulaty, również bardzo (a nawet bardziej jeszcze) atrakcyjne, jak na przykład ten, pochodzący ponoć od Talleyranda: Mowa służy do ukrycia myśli”. Albo taki: „Chcesz wprowadzić ludzi w błąd – mów im prawdę” (to ludowe). Lub jeszcze inny: „Wszystko zależy od sformułowania” (to Poloniusz u Shakespeare’a).

Zastosowanie tych postulatów w praktyce powoduje, że ludzie wypowiadają zdania, które w specyficzny sposób mijają się z rzeczywistością, deformując ją pokracznie w głowie słuchającego. Treścią tego eseju są takie właśnie wypowiedzi. Nazwijmy je sobie zabawnie dla chwilowej potrzeby „zdaniami mieszającymi” (w głowach). Sama struktura języków etnicznych, mechanizmy formułowania wypowiedzi, sposób porozumiewania się ludzi sprzyjają takiej działalności, a czasem wręcz zachęcają do niej. Szklanka, o której mówimy, że jest do połowy pusta, lub do połowy pełna niech posłuży tu za klasyczny wręcz przykład.

Kiedy zacząłem siwieć, jedna z moich znajomych powiedziała mi, że z siwizną wyglądam „interesująco”. Życzliwość ludzka – rzecz miła i krzepiąca; zmilczałem więc i też odpłaciłem z wdzięczności jakimś komplementem. Ale siwizna to zaburzenie pracy organizmu – niedobór barwnika (melaniny). Uroku w niej tyle, co w spróchniałym zębie, czy zardzewiałym zawiasie. Niewielka to wprawdzie wada – ale jednak wada, a nie zaleta. Moja miła znajoma wygłosiła zatem zdanie mieszające. Wybaczyłem jej szybko i chętnie, bo intencje miała zacne, a sama rzecz – błaha. Takimi zdaniami mieszającymi nie będę się tu zajmował.

Pominę również zdania bełkotliwe. Z nimi rozprawiłem się już w eseju „Akceleracja peregrynacji”, a poza tym wypowiedzi bełkotliwe mogą jednak zawierać treść prawdziwą i szlachetną. Za przykład niech posłużą niektóre dzieła filozoficzne. Bełkot, to przykra wprawdzie, ale jednak powierzchowna wada – coś, jak brak higieny osobistej. Nie dyskwalifikuje człowieka, choć utrudnia porozumienie z nim.

Nie będzie to także ścisła analiza logiczna zdań, jaką można spotkać w podręcznikach logiki czy filozofii. Kto zechce może zresztą spojrzeć na poniższy materiał także i pod tym kątem, co osobiście polecam, bo to również interesujące (sprawdziłem). I choć praktyce zakamuflowane błędy logiczne są zresztą chętnie używane jako narzędzie dezorientowania bliźnich, mnie jednak bardziej interesowałaby tutaj sposoby manipulacji zawarte w takich wypowiedziach.

Czym więc będzie ten eksponat? Otóż będą to wypowiedzi, które przy pomocy różnych chwytów językowych, logicznych oraz psychologicznych mają za zadanie wprowadzenie rozmówcy w błąd, lub wywarcie na nim określonej presji w celu odniesienia jakiejś korzyści.

Wkraczamy oto do szarej strefy rozpościerającej się pomiędzy prawdą a kłamstwem. Ponieważ jednak ludzie wykazują w tej materii często zaskakująco silną drażliwość (czyżby mieli coś na sumieniu?), za przykład do analizy wezmę zdanie dotyczące świata zwierząt. Przykład o tyle dobry, że mimo zwięzłości i prostoty zawiera większość elementów, jakie chciałbym przedstawić. Weźmy więc takie zdanie:

Krowa daje mleko.

Zrazu wydaje się ono prawdziwe aż do oczywistości. Trudno przecież zaprzeczyć, że mleko (krowie) pochodzi od krowy. Ten element pewnej zgodności z rzeczywistością jest niezbędny do wygłaszania zdań mieszających. Proste kłamstwo w rodzaju: „Jest noc” wypowiedziane w dzień, zostanie od razu podane w wątpliwość i nie spełni swego zadania wprowadzenia rozmówcy w błąd. Więcej nawet – element prawdy daje od razu do ręki broń przeciw sceptykom. Wystarczy tylko powiedzieć coś w rodzaju: „No a co? Nie krowa?! Może żyrafa?! Ha, ha!!” I już mamy całe towarzystwo (w tym wypadku raczej niedoborowe) po swojej stronie. A tymczasem – krowa daje nie tylko mleko. Mamy dzięki niej również ser, masło, śmietanę, mięso oraz wyroby ze skóry, kości i rogu. A także – żyrafa, jako ssak, karmi swoje małe mlekiem (podobnie jak krowa). Jeżeli więc nawet była nawet w tym zdaniu prawda, to nie cała i nie tylko.

Zdanie to jest jeszcze bardziej interesujące w wersji dla dzieci:

Pij to pyszne mleczko, które ci krówka dała, abyś rósł duży.

Toż to istna „kopalnia fałszu”! Jeżeli dziecko trzeba zachęcać do picia, to znaczy, że mleczko nie jest dlań „pyszne” (nigdy nie słyszałem zdania w rodzaju: „Jedz tę pyszną czekoladkę przed obiadem”). Idąc dalej - czy „mleczko” inaczej smakuje niż „mleko”? Czy krówka nie ma nic innego do roboty, jak dawać temu dziecku mleczko? Czy ją w ogóle obchodzi, kto pije jej mleko? Natrafiamy tu także na piękny, klasyczny wręcz przykład mechanizmu nagrody i kary (kija i marchewki). Dziecko przeważnie chce szybko rosnąć i zostać dorosłym, mówimy więc: „pij, to będziesz duży” (marchewka – jawna!), a w domyśle „jak nie wypijesz, to nie urośniesz” (kij – ukryty!!). Co więcej – jedno i drugie to nie tyle prawda, ile czysta propaganda! Dziecko może bowiem kiepsko rosnąć pijąc mleko, lub wyrosnąć duże wcale go nie pijąc. Występuje tu także mechanizm sięgnięcia do ukrytych emocji adresata – poruszenia „czułej struny”, w tym wypadku dążenia do dorosłości. Nota bene podobny mechanizm zastosowała subtelnie moja znajoma z powyższego przykładu: „interesujący” miało tam znaczyć jakby „atrakcyjny dla kobiet”. No a któżby nie chciał… i tak dalej. Jeżeli zestawić jeszcze słodycz zdrobnień i ogólnej aury omawianego zdania z ponurą sytuacją zmuszania dziecka do konsumpcji, to jakbym słyszał znajome rozmówki w środowisku… krówek.

Wróćmy raz jeszcze do wersji dla dorosłych i przyjrzyjmy się teraz samym słowom.

Krowa. Przecież nie każda krowa daje mleko. Mleko daje dopiero po urodzeniu pierwszego cielęcia. Ponadto mleko, które zwykle pijemy rzadko pochodzi od jednej krowy – przeważnie jest to mieszanina mleka od wielu krów. Od kogo więc jest to mleko?

Daje. Słowo „dawać” kojarzy nam się przeważnie z jakąś dobroczynnością, szczodrobliwością i innymi podobnymi przymiotami. Można też wprawdzie „dać komuś szkołę”, a nawet i po prostu „dać wycisk”, ale to już jakby dalsze skojarzenia, a samo słowo użyte jest już w sensie przenośnym. Co do krowy, to nie daje ona mleka z własnej woli; to my zabieramy jej mleko przemocą.

Mleko. Jest to substancja, umożliwiająca noworodkowi przeżycie pierwszych tygodni życia. Powinno więc zawierać wszystko to, co sprzyja jego zdrowiu (włączywszy sposób karmienia!). O ile mi wiadomo, żadna troskliwa matka nie karmi swego nowonarodzonego dziecka mlekiem ze sklepu. Musi wobec tego istnieć jakaś istotna różnica pomiędzy mlekiem, a mlekopodobną substancją, jaką kupujemy w litrowych kartonach.

I tak właśnie działa ten mikser do mieszania w głowach.

Nasz język potoczny nie jest oczywiście doskonale precyzyjny; obfituje w wyrażenia o nieostrych znaczeniach, skróty myślowe etc. Ja również nie jestem obłąkańcem żądającym, abyśmy na co dzień posługiwali się językiem logiki matematycznej, lub zbliżonym. Przeciwnie – uważam, że ta „miękkość” języków etnicznych to w zasadzie ich zaleta przyspieszająca i ułatwiająca porozumienie. Jednakże niewłaściwie użyta może się obrócić przeciwko nam. Trochę tak, jak szybki samochód, który wprawdzie pozwoli skrócić czas podróży, ale też łatwiej w nim o wypadek.

Podsumujmy rzecz zwięźle. Wypowiedzi, o których mowa posiadają co najmniej część (podzbiór, rzekłby matematyk) niżej wymienionych cech:

  1. Zawierają intencję wprowadzenia rozmówcy w błąd (przynajmniej w pewnym stopniu).
  2. Znajdują się w nich przynajmniej pewne elementy prawdy.
  3. Elementy prawdziwe wymieszane są z nieprawdziwymi.
  4. Prawdziwość wypowiedzi jest niecałkowita.
  5. Używają słów i zwrotów sugestywnych, odwołują się do emocji (także i podświadomych).
  6. Zawierają sformułowania nieprecyzyjne, ogólnikowe.
  7. Zawierają element szantażu (często też mechanizm nagrody i kary).
  8. Zakładają i wykorzystują niesprawdzalność (lub przynajmniej trudności z weryfikacją).
  9. Wykorzystują sytuację, w jakiej są wygłaszane (strach, delikatność wobec innych osób, wstyd).
  10. Zawierają komunały odwołujące się do bezwładności myślowej rozmówcy.
  11. Wykorzystują słabe miejsca rozmówcy.

Materiał przerobiony – pora na ćwiczenia. Poniżej parę zdań do samodzielnej analizy. Aby nie było niedomówień – skonstruowałem je tak, a nie inaczej dla potrzeb poniższego zbioru zadań. A więc:

  1. Dyrygent wykonał oratorium stylowo i rzetelnie.
  2. Cóż za głęboka (interesująca, inteligentna, natchniona, olśniewająca) interpretacja!
  3. To interesująca kompozycja.
  4. Liczba studentów szkół artystycznych wzrosła aż o 10%.
  5. Któż mógłby pozostać niewrażliwym na piękno tego poematu!
  6. Intelektualny ładunek dzieła mógł się okazać progiem zbyt wysokim dla niektórych odbiorców.
  7. To było epokowe wykonanie.
  8. Tak, ale to bardzo pilny uczeń.
  9. Tak, ale (tu opis dowolnego nieszczęścia).
  10. Tak, ale (tu dowolne nieistotne okoliczności).
  11. Dzieło otrzymało nagrodę krytyki (publiczności, dla najlepszego Polaka w finale etc.).
  12. Wszyscy tu obecni sądzimy, że pański syn, rektorze, świetnie zdawał ten egzamin.
  13. Jest autorem ponad czterystu kompozycji.
  14. Ma na koncie olbrzymią ilość publikacji.
  15. Występował w... Występował z... Wygrał x konkursów… Uzyskał tytuł…
  16. Gra na skrzypcach Stradivariego, harfie wykonanej na specjalne zamówienie etc.
  17. Obroty przemysłu nagraniowego wyniosły...

I... Tak... Dalej...

- Proszę do następnego eksponatu… Aha.. Czy są jakieś pytania?
- Owszem. O ile wiem takie „mieszające” wypowiedzi można spotkać praktycznie wszędzie. Przecież bełkot polityków, reklama, rozprawy sądowe, życie rodzinne, język brukowców to tylko niektóre zaledwie przykłady. Może to wszystko i prawda, co pan tu przedstawia, ale chyba nie jest to wyłącznie specyfika świata muzycznego. Zgadza się pan z tym?
- Ależ oczywiście. Nie tylko muzyka ma z tym kłopot. Nawet w matematyce, gdzie kryterium prawdy jest bodaj najbardziej rygorystycznie przestrzegane, też różnie bywało. Tragiczne losy wielu matematyków dobitnie o tym świadczą. Rzecz w tym, że muzyka, jako sztuka, a szerzej jako jedna z tych form działalności ludzkiej, w których kryteria wartościowania nie są dobrze określone, jest szczególnie narażona na tego rodzaju wypaczenia. Czy ktoś chce jeszcze o coś spytać?
- Tak. Chciałbym zapytać czy to jest rzeczywiście takie szkodliwe?
- Niestety tak. Jest to bowiem degradacja środowiska myśli. To coś podobnego, jak wlewanie fenolu do rzeki, lub zatruwanie roślin przy pomocy DDT. Można, oczywiście z tym żyć, o ile nie występuje w zbyt dużym stężeniu. Więcej nawet, niektórzy zdaje się, że i polubili fenol w wodzie i DDT w produktach spożywczych. Ale zdrowiej przecież pić czystą wodę i żywność jeść nie zatrutą. Analogię tę można pociągnąć nawet dalej. Niektóry trucizny mają znany toksykologom wstrętny zwyczaj kumulowania się w organizmie. Przez wiele lat wydaje nam się, że wszystko jest w porządku, aż nagle okazuje się, że jesteśmy chorzy, a konieczne leczenie będzie długie i uciążliwe. Czy nie lepiej więc zająć się tym w porę? Kto ma jeszcze pytania?
- Ja. Czy wierzy pan, że zaprezentowanie tego eksponatu cokolwiek, komukolwiek pomoże?
- Nie wiem. Przypuszczalnie rzadko komu i niewiele. Ale dla mnie to już dostateczny powód, aby go jednak wystawić. Ktoś jeszcze?
- Owszem – ja. Nie sądzi pan, że takie eksponaty czynią nasze życie ciekawszym? - Nie. Skądże. Mnie one jedynie przeszkadzają. Uważam, że świat jest dostatecznie ciekawy i bez nich. Takie schizofreniczne rozmówki to jedynie strata czasu, nerwów i nadwerężanie ułatwiającego życie zaufania do ludzi. Typów, którzy to uprawiają po prostu nie mogę ścierpieć! Mało tego – taki „styl aluzji do aluzji” i nienazywania niczego po imieniu bywa narzucany nawet ludziom, którzy sami z siebie nie mają na to ochoty! To zupełnie jak alarmy i inne zabezpieczenia w samochodach. Technicznie całkowicie zbędne, za to kosztowne i utrudniające życie. A co najgorsze wymuszone na wszystkich praktycznie posiadaczach samochodów przez małą grupę szumowin – złodziei aut! Przepraszam, ale trudno mi o tym spokojnie mówić. Kto jeszcze chciałby o coś spytać?
- Czy uważa pan, że kiedykolwiek da się wyrugować takie eksponaty z naszego życia? - Nie wiem. Żadne prawo fizyczne jednoznacznie tego wprawdzie nie zabrania, ale realne szanse wydają mi się jednak raczej nikłe. Myślę, że trzeba po prostu zrobić, co się da. Tak, jak w ekologii. Jeśli nawet nie da się uczynić środowiska doskonale czystym, to każdy krok w tym kierunku jest godzien poparcia. Nie od rzeczy będzie może też wyjaśnić, dlaczego zadanie wydaje mi się bardzo trudne, prawie niewykonalne. Otóż wymagałoby to bardzo gruntownej przebudowy mentalności. Uwolnienia ludzi od strachu, zachłanności, bezmyślności i wielu innych dewiacji. Krótko mówiąc wiele oleju trzeba jeszcze dolać do głów, a to nie idzie ani łatwo, ani prędko.
- Czy jeszcze ktoś? Nikt?
- W takim razie zapraszam do następnego eksponatu…

EKSPONAT 9: OPAKOWANIE, CZYLI NA PRZEŁĘCZACH NONSENSU.

Zdarzało mi się widzieć w podręcznikach historii sztuki puszkę zupy pomidorowej, lub Coca–Coli pięknie odmalowane i wystawione jako dzieło sztuki. Prawdę mówiąc wolałbym popijać zupę pomidorową Coca–Colą niż zachwycać się tymi obrazami, ale od dziecka niewrażliwy byłem na wielką sztukę i tak mi pozostało. Fascynowała mnie natomiast zawsze inna sztuka – sztuka ogłupiania bliźnich. Nie mnie jednego zresztą, jak się wydaje. Kto czytał „Krótką historię bzdury” zawartą w „Szkicach niepopularnych” Bertranda Russella – ten wie już o czym mowa. Kto zaś nie zna tego uroczego dziełka, niech natychmiast biegnie po nie do księgarni lub biblioteki. Ze swej zaś strony proponuję garść przykładów praktycznych:

Zacznijmy od małego. Proszę zrobić sobie wycieczkę do sklepu spożywczego. Tam proszę sobie pooglądać pudełka od dżemu, twarogu, słoiczki i buteleczki od soków i jogurtów. Większość z nich skonstruowana jest tak, aby na pierwszy rzut oka robiły wrażenie większych niż są w rzeczywistości. Smacznego!

Koszulka (tzw. T–shirt) kosztuje sklepie z odzieżą (powiedzmy) 10zł. Ta sama koszulka w sklepie tzw. "eleganckim”, niedbale położona na drewnianej skrzynce z amerykańskimi (koniecznie!) napisami, oświetlona halogenowym reflektorkiem kosztuje 100zł. Cena głupoty.

Proszę sobie wyobrazić, że utwór „Dla Elizy” nazywa się na przykład „Bagatela a–moll”, „Tren pamięci ofiarom Hiroszimy” – „Muzyka abstrakcyjna na orkiestrę”, lub „ IV Studium orkiestrowe”, „Uczeń czarnoksiężnika” – „Scherzo symfoniczne f–moll”, a „Marzenie” (Schumanna) – „Adagietto F–dur”. Byłby niezły zamęt – nieprawdaż?

Nie przytaczam tych przykładów ani po to, aby narzekać na rozpanoszoną, głupią reklamę, ani po to, by użalać się, że świat zmierza nieuchronnie ku gorszemu. Ani mi też w głowie prowadzenie jakiejkolwiek akcji przeciwko, montownie koalicji w obronie, podjudzanie do czegokolwiek, ani też ratowanie przed czymkolwiek. Jeśli nawet rozweseliły Państwa powyższe przykłady, był to jedynie (jak zresztą we wszystkich tych esejach) skutek uboczny. Przytaczam je przede wszystkim po to, aby uwrażliwić Czytelników na pewne poważne i groźne zjawisko. Zjawisko to występuje praktycznie wszędzie (także i w muzyce) i często obawiam się, że już nie ma przed nim ucieczki.

Jest to zjawisko fetyszyzacji opakowania. Wcale nie zabawne. Groźne, jak każdy przejaw masowej głupoty. Wróćmy jednak na nasze muzyczne podwórko po jeden (z wielu) przykład.

Andrea Bocelli zapytany w wywiadzie, czy brak wzroku przeszkadza mu w karierze odpowiedział bardzo otwarcie: „Wręcz przeciwnie. Karierę zrobiłem właśnie dlatego, że jestem niewidomy. Jestem wprawdzie dobrym wokalistą, ale równie dobrych jest jeszcze we Włoszech kilkunastu. Moje kalectwo mnie spośród nich wyróżniało”.

Nie świadczy to dobrze ani o publiczności, ani w ogóle o współczesności, która spycha nas do roli towaru. Zapominamy powoli, że kiedyś na tym kontynencie było Odrodzenie. Wysiłek rozumienia świata zostawiamy beztroskiemu – „zostawmy to fachowcom”, a fachowcy, to też ludzie. Tacy, jak my, a czasem i gorsi. Małpią sprawność, zastępującą celowe i mądre działanie nazywamy profesjonalizmem, i czcimy, jak głupiego bożka. I wiele, niestety, wskazuje na to, że nie zmienimy zdania, dopóki nie staniemy twarzą w twarz z płatnym mordercą – fachowcem, profesjonalistą, rzecz jasna.

Przykład, oczywiście przejaskrawiony, bo oklaskiwanie kiepskiego, a modnego utworu, noszenie modnego, a niewygodnego ubrania, kupowanie, bo drogie, bywanie, bo wypada, to jednak coś innego niż mordowanie ludzi. W porządku – wiem o tym. Ale jak się głębiej zastanowić – różnica tkwi tylko w ilości.

Abyśmy się dobrze rozumieli – możesz mieć luksusowe przedmioty, możesz się zachwycać tym, co modne, możesz to, tamto, inne, ale pod dwoma warunkami. Pierwszy, że nie czynisz nikomu krzywdy – ten zostawiam do analizy filozofom (jeśli dadzą radę). Drugi zaś taki, że naprawdę podoba Ci się ten mebel, ten samochód, garnitur, utwór muzyczny, obraz. Że jest to potrzebne Tobie, a nie Twojej niepewności siebie (choćbyś ją dowolnie inaczej nazywał). Jest na to prosty test. Wyobraź sobie, że o tym, co masz (materialnie, czy duchowo) nikt, ale to zupełnie nikt nie będzie wiedział. Jeśli wtedy nadal tego pragniesz – masz do tego prawo – nie będziesz z tym śmieszny.

W muzyce sytuacja przedstawia się, niestety bardzo źle. W sprawach materialnych ludzie Cię być może skorygują. Wykpią Twój snobizm, przywołają do porządku. W sztuce zaś wszystko jest tylko w Twoim środku i tam na zawsze pozostanie. Aż strach o tym pisać, lecz jeśli się dobrze przyłożysz możesz w tych sprawach oszukać zawsze, wszystkich i wszędzie. Nikt, nigdy nie dowie się, czy Ci się naprawdę podobało. Ale też zostanie Ci zawsze Twoje pięć minut przed zaśnięciem, a przed samym sobą są tylko dwie drogi ucieczki – raj głupców i śmierć.

To nie żaden demonizm, fatalizm, dekadentyzm, czy co tam jeszcze. To tylko nasza mądrość lub głupota, umiejętność widzenia zagrożeń w zarodku i eliminowania ich, póki słabe, lub ospałe lenistwo umysłowe. To nie spisek świata przeciw nam, lecz tylko nasza nieumiejętność odróżnienia wartości od tandety.

To nie moralizowanie, ani oskarżanie. Kamieniem też nie rzucam, bom i sam nie bez winy. Dobrze wiem, że czasem nie jest łatwo. Masowość, specjalizacja, komplikacja i inne rzeczy utrudniają rozeznanie, nakłaniają do chodzenia na skróty, powierzchowności, obojętności. Sam często nie potrafię się zorientować, o co chodzi. Nie wiem, który twarożek, samochód, syntezator, utwór lepszy, a który gorszy. Radzę więc sobie jak mogę. To coś przeczytam, to z kimś porozmawiam, dowiem się tego, czy owego gdzie się da.... A co najważniejsze – zadaję sobie sam od czasu do czasu bezprzykładnie głupie pytania. Co ja właściwie naprawdę robię? Czy robię to, co chcę, czy to, czego chcą inni? Jakie będą konsekwencje tego, co robię? Czy ktoś mi aby nie namieszał w rozumie?

To także nie straszenie – ani mi to w głowie. To tylko esej o muzyce. O tym, że będzie ona taka, jaką my stworzymy – ja, ty, on, ona, tamta pani, ten pan... Esej o tym, że to nie żadna mojra, tylko nasze ułomne charaktery. Esej o tym, że jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. O tym, że jesz twarożek, a nie pudełko. O tym, że traktowany będziesz tak, jak pozwolisz się traktować. I w muzyce i w życiu. Jeśli zaś zdecydujesz się na bierność, tandetę, snobizm, głupotę – to nie stanie się nic, ponadto, że dostaniesz to, czego chcesz. Ale uważaj, bo nie ma gorszej kary dla głupca, jak dać mu, czego pragnie. Oczywiście wiem już, co usłyszę: „A co ja się tam będę wysilał, życie jest krótkie. Sam nie dam rady przeciw wszystkiemu.” W porządku: Sam nie dasz rady – to prawda. Ale zrób tylko to, co możliwe – a już zauważysz różnicę. Życie jest krótkie – to też prawda. Ale jak będziesz głupi – może być jeszcze krótsze.

Z ostatniej chwili: Rozmawiałem kiedyś z jednym z moich znajomych na temat publikacji utworów muzycznych. W dwa tygodnie po katastrofie w Nowym Jorku tenże kolega poinformował mnie, że przeczytał w jakimś czasopiśmie muzycznym, że jest już (po dwóch tygodniach!!) utwór poświęcony pamięci ofiar tych wydarzeń. Powiedział mi nawet jak to się nazywa, ale na szczęście zapomniałem. To jest w zasadzie jakiś pomysł. Należy przygotować, kilka banalnych kiczowatych kawałków na różne składy, niezbyt trudnych, aby łatwo i szybko można było wykonać (niech żyje ostinato!) i cierpliwie czekać. Kiedy nadarzy się okazja – szybko zatytułować i wystrzelić.

Można w tym miejscu postawić dwa pytania.

Na pierwsze pytanie: „Dlaczego ja tak nie postępuję”? – odpowiadam, że jako naturalista, badacz przyrody i folkloru muszę badać także i rzeczy, które mnie osobiście brzydzą i to wcale nie oznacza, że musze je sam praktykować, podobnie jak kryminolog nie musi być przestępcą.

Na drugie zaś pytanie: „Kto tu zgłupiał”? – każdy z Państwa będzie sobie musiał, niestety, odpowiedzieć we własnym zakresie. Proszę do następnego eksponatu.

EKSPONAT 10. WALKA NA PUNKTY.

System punktacji konkursowej i egzaminacyjnej w muzyce był zawsze przedmiotem mojego niebotycznego zdumienia i nieodmiennie przyprawiał mnie o lekkie zawroty głowy połączone z napadami drgawek. Różni się on od normalnych stopni w szkole tym, że obejmuje oceny od 0 do 25. Nie znam jednak wypadku, w mojej dość już długiej praktyce, aby ktokolwiek dostał na egzaminie mniej niż 10 punktów. Wynika z tego, że w praktycznym użyciu są jedynie oceny od 10 do 25. Wystarczy prosta arytmetyka, aby zauważyć, że taką samą „amplitudę punktacji” da się osiągnąć stosując oceny od zera do piętnastu. Po co więc ten zbędny „cokół” (piedestał, fundament, offset, bias, stała całkowania i co tam jeszcze kto zechce) dziesięciu punktów? Nie wiem. Naprawdę nie wiem.

A to jeszcze nie wszystko. W praktyce oceny oscylują przeważnie pomiędzy 15 a 25 punktami, co jest równoważne punktacji od zera do dziesięciu. To zresztą jest objawem zdrowym, jako redukcja zbędnych stopni klasyfikacji. I słusznie, bo chyba tylko nienormalny człowiek może twierdzić, że niezawodnie rozróżnia wykonanie sonaty Beethovena warte czternaście punktów od innego – wartego piętnaście, lub szesnaście. Hm… Zaraz… Znałem takich… Czy ja, aby nie popełniam nietaktu? O co więc tu chodzi? Komu to potrzebne i po co? Czyja to krecia robota? Kto maczał w tym brudne paluchy? Kto i co się za tym kryje? Kto za tym stoi? Jak długo będziemy jeszcze bezmyślnie marnować tak cenne liczby naturalne (czyli całkowite, dodatnie) narażając matematykę na bezpowrotne straty?

Świta nadzieja, że już nie tak długo, ponieważ każdy system nosi w sobie, jak wiadomo, zarodek własnej zagłady. Pojawiają się bowiem już ludzie myślący zdrowiej i mający zdrowsze idee. Ja sam zetknąłem się z nimi (i stałem się zaraz ich orędownikiem) uczęszczając w ramach Studium Doktoranckiego na wykłady z psychologii. Nie był wprawdzie nasz psycholog wynalazcą poniższego sytemu, lecz jedynie jego gorącym rzecznikiem, o ile wiem – jednym z wielu zresztą. Lansował on tam głównie dwie tezy:

Tezy te wymagają dodatkowych wyjaśnień. To, że ocena ma funkcję wyłącznie informacyjną, oznacza, że nie jest ani nagrodą, ani karą, ani zachętą do pracy, ani w ogóle niczym innym, jak tylko informacją o postępach w nauce. Druga teza postuluje ustalenie dla każdego etapu nauki pewnych progów wymagań i informowania ucznia (studenta, kursanta etc.) o tym, czy przeszedł dany próg. Istnieją więc tylko oceny "pozytywna" i "negatywna" (nazywać się mogą, jak chcą). Ocena pozytywna (i tylko ona) oznacza możliwość przejścia do następnego etapu nauki.

Na pierwszy rzut oka wygląda to nieco dziwacznie, jak na przykład propozycja chodzenia na rękach. Kiedy się jednak głębiej zastanowić, to widać, że jest dokładnie odwrotnie. To właśnie dotychczasowy system (zwłaszcza ten kuriozalny, 25 punktowy) jest dziwactwem, zaś ten zaproponowany powyżej jest dopiero postawieniem sprawy na nogi.

Istotą wszelkiego szkolenia, wszelkiej nauki jest wypuszczenie człowieka o określonych kwalifikacjach – człowieka skutecznego w danej dziedzinie aktywności. Pianista musi więc umieć zagrać, co trzeba, lekarz – wyleczyć, pilot – pilotować, kucharz – ugotować, szuler – oszukać, złodziej – ukraść. To żart, owszem, ale były rzeczywiście egzaminy w cechu złodziei i to właśnie według postulowanego systemu! Co jak co, ale biurokracja światu przestępczemu nigdy nie dolegała! Proszę tego nie zbywać uśmiechem – to ważna wskazówka. Nie przypadkiem też chyba według opisanego systemu odbywa się nauka walk wschodnich (karate, kung–fu). Tam przecież także skuteczność jest sprawą najwyższej wagi. Jeśli nie umiesz dostatecznie sprawnie walczyć – to oberwiesz i koniec!

Naturalną konsekwencją tego systemu jest także indywidualny tryb nauki. Warto zauważyć, że ten indywidualny tok szkolenia mimochodem udziela jednak informacji o uzdolnieniach uczniów. Zdolniejsi szybciej pokonują kolejne progi. System taki może też poważnie skrócić czas nauki, a tym samym zoptymalizować jej koszt. Powiem otwarcie – nie liczę na wprowadzenie tego systemu w najbliższym czasie. Zbyt duże i silne lobby żyje z precyzyjnej manipulacji arytmetyką punktów. Gdyby wprowadzono postulowany przeze mnie system, zawaliłyby się wszystkie konkursy muzyczne – niezłomny fundament artyzmu. Upadłby Konkurs Chopinowski, a wówczas biada naszej kulturze! Zresztą nawet nie to jest najważniejsze. Istotą każdego konkursu nie jest bowiem precyzyjna ocena umiejętności, lecz właściwy rozdział dotacji, a postulowany system praktycznie unicestwiałby tę możliwość. Owszem, coś tam by się jednak dało zrobić. Można by przepuścić lub nie przepuścić delikwenta przez próg, odwołać egzamin, nie poinformować o terminie egzaminu, zeskamotować zgłoszenie, nie dopuścić do egzaminu z powodu braku zaświadczenia o numerze butów prapradziadka (z jego własnoręcznym podpisem, uwierzytelnionym przez cara Mikołaja), potrącać jurorom z honorariów za nieprawomyślne decyzje – ale to już wszystko nie to samo.

Absurd? Niemożliwe? Ha! Jeśli możliwy jest udział młodej osoby w konkursie, w którego jury zasiada jedno z jego rodziców (znam osobiście taki przypadek!), to możliwe jest już wszystko. Kropka.

Głos z sali: Pan jesteś obsesyjny sceptyk, neurastenik, frustrat i kwerulant (znowu słowniczek), mąciwoda, złośliwy degenerat, kostyczny abulik (wertujemy dalej), cierpki złośliwiec, malkontent i grymaśnik, gorzki pesymista, urągliwie – sarkastyczny cynik – szyderca, parafreniczny (mówiłem, że słowniczek się jeszcze przyda) podejrzliwiec, bezduszny paszkwilant, bezsensowny pamflecista, niekonstruktywny prześmiewca, alogiczny agnostyk, maniakalny parenetyk (to już koniec, można odłożyć na półkę), zazdrośnik, pies ogrodnika, niehumanitarny nihilista bez serca i sumienia, gnoseologiczny warchoł, ontologiczny dekadent i abnegat!

Dobrze. Niech będzie. Jestem. Ale napisałem, co myślę. Kropla drąży skałę.

EKSPONAT 11. MSMW.

Ostatnim eksponatem jest dzieło leksykograficzne. Niestety w chwili obecnej jest ono jeszcze nieukończone, jednak decyduje się na prezentację go Państwu nawet w tej niepełnej postaci, ponieważ jest to dzieło, którego wartość dla kultury muzycznej Polski i świata wprost trudno przecenić. Jest to bowiem "Monumentalny Słownik Muzyki Współczesnej" nad którym pracuje od wielu lat. A oto jego próbka:

alaetoryzm – technika zrzucania odpowiedzialności na wykonawcę (dość skuteczna).
bruityzm – czego byś nie skomponował – zawsze dobrze brzmi.
dodekafonia – jeżeli tylko umiesz liczyć do dwunastu – jesteś automatycznie intelektualistą.
ekspresja – bylebyś tylko nie grał rytmicznie – a już jest.
iskra Boża – uzdolnienia niedostępne dla agnostyków (termin z żargonu kuluarowego).
klaster – u dobrego kompozytora jest w tym miejscu akord.
komputer – urządzenie elektroniczne bardzo przydatne do obliczania honorariów za kompozycje.
konkretna muzyka – wszystkie dźwięki, z wyjątkiem muzyki.
kucie materii dźwiękowej – gramy w kółko to samo, ewentualnie z małymi zmianami.
live electronic music – bardzo praktyczny sposób wykrywania usterek sprzętu elektronicznego.
MIDI – akronim słów: Marna I Denerwująca Inwestycja.
minimal music – technika pozwalająca z jednego taktu zrobić cały utwór (podobnie jak z jednego białka – salaterkę piany – przeważnie jednak lżej strawnej).
multimedia – gry komputerowe i temu podobne. Zważywszy, że chodzi tu obraz i dźwiek, to powinny się one raczej nazywać „bimedia”, „dwumedia”, albo najlepiej „dwuśrodki”.
nowy stosunek do czasu – filozoficzno – ezoteryczne, otchłannie głębokie pojęcie z zakresu doniosłego wpływu muzyki hinduskiej na europejską i amerykańską. Oznacza palenie kadzidełek i granie w kółko tego samego, najlepiej na flecie i bębenkach bongo (turban niekonieczny). Odmiana luksusowa (w kręgach intelektualistów muzycznych) występuje pod cudną nazwą: "przeorientowanie dymensji temporalnej".
ostinato – ostatnia deska ratunku podczas zapaści inwencji. Bywa też sposobem na życie.
polistylistyka – byle zarobić.
program – algorytm, który będzie prawidłowo działał w następnej, poprawionej wersji. Wersję tę można otrzymać korzystnie dopłacając jedynie 42% ceny.
punktualizm – po każdej nucie – obowiązkowa pauza (przynajmniej jedna).
sekwencer – pozytywka pozbawiona uroku antykwarycznego.
serializm – naiwność, polegająca na potraktowaniu dodekafonii serio.
syntezator – urządzenie elektroniczne do wytwarzania złożonych dźwięków muzycznych – innych niż te, których właśnie potrzebujesz.
swobodna forma – eufemizm braku formy (kompozytor pisał, co mu akurat przyszło do głowy).

I to był już ostatni eksponat w moim gabinecie. Dziękuję Państwu za przybycie i uwagę.

Do zobaczenia.

Na pamiątkę pobytu w moim gabinecie osobliwości, otrzymują Państwo (gratis!) praktyczną broszurkę pod tytułem: "ABC zakupu CD"

Płytę CD można spokojnie odstawić na półkę jeżeli występują trzy z poniższych elementów. Dlaczego trzy? Doświadczenie uczy, że jeden może się zdarzyć, dwa powinny już wzbudzić naszą najwyższą czujność, zaś trzy – właściwie przesądzają sprawę. A więc rezygnujemy z zakupu jeżeli:

  1. Okładka zawiera agresywne elementy mające ją wyróżniać z otoczenia – jaskrawe kolory, błyskająca dioda świecąca, opakowanie w postaci blaszanej puszki, pudełko z dziwacznego materiału, w dziwacznym kształcie etc. Sam widziałem płytę sprzedawaną w sztucznym futrze.
  2. Okładka zawiera elementy wulgarne, obsceniczne lub szokujące.
  3. Okładka zawiera fotografie wykonawców niekompletnie ubranych i/lub w sytuacjach lub pozycjach wyrażających gotowość erotyczną.
  4. Okładka przedstawia sprofanowane dzieło sztuki (Mona Liza z wąsami etc.).
  5. Tytuł zawiera wymuszone gry słów, celowe błędy ortograficzne, wyrażenia żargonowe lub gwarowe (tRAP(j)erzy, TresT Muzguff, Golec UOrkiestra itp.).
  6. Do płyty dodawany jest jakiś przedmiot (maskotka, lizak, plakat etc.).
  7. Cena wynosi 22zł 22gr, 44zł 44gr, 1001groszy etc.
  8. Zakup płyty uprawnia do udziału w losowaniu nagród.
  9. Płyta zawiera informację typu "Limited edition", "Exclusive", "Ostatnie 4999 egz.", "Super Okazja" lub podobną.
  10. Płyta zawiera muzykę, którą po przesłuchaniu uznajemy za wstrętną (choćby się wszyscy naokoło zachwycali).





[mc]