DYSKUSJA - zamieszcza głosy Czytelników (jeśli zechca je nadesłać). Reguły udziału w dyskusji znajdują się w stopce redakcyjnej.










DYSKUSJA



Wątek: "Paragraf siódmy.exe - kopiowanie programów."

Nawiązuję tu do wypowiedzi Andrzeja Bączyńskiego zamieszczonej w poprzednim numerze. Są w niej punkty, które wydają mi się niesłuszne, a przynajmniej – niejasne.

Po pierwsze – czytamy tam: „Licencja jest niezbywalna, więc nie powinniśmy mieć prawa do odsprzedaży programu, nawet po jego odinstalowaniu”. Nie mogę się z tym zgodzić. Licencja jest udzieleniem prawa do użytkowania programu. Jeżeli, dla przykładu, wypożyczę jakąś maszynę (wiertarkę, samochód etc.), to zapłaciwszy – nabywam praw do jej użytkowania przez czas określony umową. Jeśli po czasie krótszym nie będę jej potrzebował to, na zdrowy rozsądek, powinienem móc odstąpić moje prawa innemu użytkownikowi. Z punktu widzenia firmy – maszyna została wypożyczona na jakiś czas dla jednego użytkownika, a kto to jest osobiście – to już nie powinno nikogo obchodzić. To samo rozumowanie obowiązuje także, jeśli czas licencji nie jest ograniczony. Nie widzę więc żadnych podstaw do zakazywania odsprzedaży licencji (poza chciwością firm). Licencja jest jakimś dobrem (choć niematerialnym). Nie może być tak, abym kupując coś przywiązywał się do tego na całe życie imieniem i nazwiskiem. Zakrawa mi to na nonsens taki, jakbym na przykład nie mógł raz kupionego samochodu już nigdy sprzedać. Zakładam tu oczywiście uczciwość – to znaczy, że odkupujący program używa go zgodnie z warunkami licencji, a ja odinstalowałem program u siebie.

Po drugie – siedmioletni (czy w ogóle stały) okres „przedawnienia” praw do programu wydaje mi się nieco sztuczny. Programy maja różną „żywotność”; gry są modne przez krótki okres, AutoCAD (dla przykładu) ewoluuje powoli. Sensowniej byłoby, moim zdaniem, aby program stawał się własnością publiczną po określonej ilości wersji (powiedzmy – po pięciu). Producent, żądając dopłaty za nową wersję, zobowiązany byłby podnieść jej numer.

Po trzecie – czytamy tam znowu: Zakaz dekompilacji i modyfikacji kodu jest uzasadniony, bowiem wykupienie praw licencyjnych uprawnia nabywcę wyłącznie do korzystania z programu, jakim jest. Nikt oczywiście nie sprawdzi, czy na własne potrzeby czegoś nie pozmieniałem w programie, ale jeśli swoją zmianę chciałbym udostępnić, czy choćby opublikować, powinienem otrzymać (wykupić?) na to zgodę właściciela praw licencyjnych. W przeciwnym wypadku otwieramy drogę do omijania praw licencyjnych. Z tym mógłbym się zgodzić, ale tylko częściowo. Przede wszystkim – zakaz „zaglądania” co jest w programie (a szczególnie powiązany z całkowitym brakiem odpowiedzialności za jego działanie!) pachnie mi usankcjonowaną prawnie nieuczciwością producenta. Gdyby firmy miały czyste ręce – nie potrzebowałyby takiego zakazu. Mało tego – udostępniając kod źródłowy zyskiwałyby sobie armię skrzętnych „kontrolerów jakości”. Sam zetknąłem się z czymś takim. Znalazłem mianowicie kilka błędów w zakupionym edytorze dźwięku. Napisałem o tym do firmy, podając przykłady. Przedtem opublikowałem to na forum użytkowników tego edytora i uzyskałem wielokrotne potwierdzenie poprawności proponowanych korekt. Co więcej – niektóre z opisanych przeze mnie błędów zostały w następnych wersjach rzeczywiście poprawione! Jednakże jedyną reakcja firmy na moje listy było milczenie lub aroganckie odpowiedzi. Inni użytkownicy skarżyli się na to samo (niektórzy byli nawet tak rozwścieczeni, że używali w swoich wypowiedziach wykropkowanych słów).

Osobiście proponowałbym coś takiego (choć nie wiem, czy to realistyczne). Użytkownik komputera może (jeśli chce) wpłacić jakąś niewielką sumę rocznie i uzyskuje za to prawo („list żelazny”) do posiadania na swojej maszynie dowolnych programów z dowolnych źródeł. Nie może jednak ciągnąć z tego zysku – wtedy bowiem musiałby dodatkowo płacić autorom. Usankcjonowałoby to istniejącą sytuację, a uzyskane pieniądze możnaby jakoś podzielić między firmy software’owe, (lub zużytkować inaczej). Tak bowiem jak jest – i tak praktycznie wszyscy mają nielegalny (bądź szary) software – a firmy nie mają nic, poza możliwością pohukiwania na „złodziei”.

Powtarzam – prawo, którego nikt nie przestrzega – jest złym prawem.

[mc]

Spodziewałem się, że moje stanowisko w sprawie realizacji praw własności do softwaru spotka się z krytyką. Odpowiadam, szczerze mówiąc – dość niechętnie. Chciałbym bronić swoich racji z większym przekonaniem. Niestety, jak już wspomniałem, moja wiedza w dziedzinie prawa jest na to zbyt uboga. Podobno w języku niemieckim jest określenie „piwiarniany polityk”. Dotoczy ono ludzi niewykształconych, prymitywnych za to zarozumiałych, którzy spędzają czas w piwiarni debatując o wielkiej polityce i wygłaszając znad kufla z piwem złote myśli godne – w najlepszym razie – Kubusia Puchatka. Otóż bardzo bym nie chciał w swoich wywodach osiągnąć rangi "piwiarnianej kancelarii prawniczej". Mimo to czuję się zobowiązany bronić własnego zdania, bo mówiąc językiem peerelowskiego kabaretu "jest to moja opinia i całkowicie się z nią zgadzam".

Co do odprzedaży softwaru przez (byłego) użytkownika: Kluczem jest tu rola, w jakiej program został sprzedany. Jeśli jest traktowany jako nieodłączne wyposażenie (licencja OEM), to występuje zawsze razem z materialnym przedmiotem (komputerem, jakimś istotnym elementem hardwaru) i razem z nim może być odprzedawany, darowany, skradziony (wtedy jest objęty odszkodowem i żaden ubezpieczyciel tego nie kwestionuje). W tym przypadku chyba nie ma pomiędzy nami różnicy poglądów.

Jeśli software został sprzedany na zasadzie usługi (wykonany na zamówienie), to pierwotny nabywca jest właścicielem pakietu instalacyjnego, może być także właścicielem kodów źródłowych, o ile umowa z wykonawcą była zawarta uczciwie. Ten pierwotny nabywca ma pełne prawo do rozporządzania zakupionym softwarem, łącznie z jego udostępnieniem (odpłatnie lub nie) następnym użytkownikom. Może się jednak zdarzyć, że takie udostępnienie wymaga ponowienia pewnych prac instalacyjnych i wtedy pojawia się konieczność udziału wykonawcy lub kogoś zaangażowanego na jego miejsce.

Całkowicie odmiennie przedstawia się sytuacja w przypadku licencji na oprogramowanie. Odsprzedanie licencji osobie trzeciej, o ile w ogóle dopuszczalne z przyczyn formalnych, prowadzi do niejasnych sytuacji, bo jak mam zapewnić, że już nie korzystam z licencji, którą komuś odsprzedałem? Jest to praktycznie niesprawdzalne. Z drugiej strony, dlaczego ktoś miałby kupować taką licencję nie od dystrybutora, tylko od „byłego” użytkownika? Jak rozwiązać sprawę przeniesienia uprawnień do supportu i aktualizacji? Porównanie z wypożyczoną wiertarką jest niewłaściwe, bo wiertarka ma postać materialną, więc ustalenie kto nią wierci dziury nie nastręcza trudności. Prędzej widziałbym jako analogię sprzedanie biletu na spektakl, który jeszcze się odbywa. Ja już sobie trochę popatrzyłem, więc może jeszcze ktoś by wszedł za pół ceny. Tyle że takie zachowanie chyba nie jest do końca w porządku. Oczywiście, dla zachowania dobrych zwyczajów handlowych powinna istnieć możliwość odstąpienia od licencji połączona ze zwrotem (części) należności. Wprowadzenie zasady ograniczonego czasu ważności licencji na software pomagałoby w takim przypadku wycenić, jaką część pierwotnej ceny powinien zwrócić sprzedawca.

Również będę bronił swojego stanowiska w sprawie tzw „reverse engineering” w stosunku do softwaru nabytego na prawie licencji (także OEM). Uważam, że o ile nabywca praw licencyjnych może na własny użytek robić z softwarem co zapragnie, to jakiekolwiek usługi (nawet nieodpłatne!), nie mówiąc już o wtórnych produktach – będące wynikiem użycia metod „reverse engineering” wymagają kategorycznie zgody właściciela praw licencyjnych. Sensownym wyjściem wydaje się wymiana doświadczeń za pośrednictwem forum dyskusyjnego, o ile są to działania jawne, najlepiej przy udziale właściciela licencji, który ma możliwość interwencji, jeśli uznałby że jego prawa zostały uszczuplone. Zdaję sobie sprawę z tego, że producent może nie chcieć upowszechniania poprawek do wersji 1.3.9, bo mu się nie sprzeda wersja 2.1, ale...

Podkreślę z całą mocą: Musimy przestrzegać zastrzeżeń polityki licencyjnej uprawianej przez dystrybutorów komercyjnego softwaru. Musimy to robić w interesie społeczności użytkowników technologii IT, bo w ten sposób wykazujemy różnicę pomiędzy softwarem komercyjnym a Open Source.

Propozycja swoistego „abonamentu" na niehandlowe wykorzystywanie softwaru komercyjnego pachnie mi trochę kołchozem. Po pierwsze – jak miałyby być rozdzielane środki uzyskane z takiego abonamentu? Instytucja, któraby się tym zajmowała, zapewne sama zeżarłaby cały uzyskany kapitał. Po drugie – wielu producentów oferuje wersje próbne albo edukacyjne, więc jeśli potrzebuję spróbować, to powinienem mieć za darmo, a jak chcę się czegoś nauczyć, to po prostu kupię wersję szkoleniową (ostatnio takie wersje bywają nieodpłatne). Po trzecie – propagowanie własnych produktów jest w interesie producentów, więc dlaczego miałbym im do tego dopłacać i to jeszcze na zasadzie abonamentu? A na koniec – czy nie lepiej w takim przypadku skorzystać z Open Source?

Pomysłu wprowadzenia granicznego okresu obowiązywania licencji na oprogramowanie nie będę bronił za wszelką cenę. Widzę pewne jego plusy: firmy softwarowe byłyby przez to zobligowane do wprowadzania istotnych zmian, a nie tylko gadżetów i estetycznych wariacji. Uprządkowana byłaby sprawa softwaru wycofanego z eksploatacji (Obecnie jest tak, że nieużywanego softwaru nie mogę po prostu spisać z majątku firmy, bo jak przyjdzie kontrola to się do niego przyczepią. Z drugiej strony, jeśli się go pozbędę, a przyjdzie inna kontrola, to się przyczepią, że nie mogę im pokazać danych sprzed X lat). Spodziewam się jednak, że pomysł budzi tyle samo zastrzeżeń, ile jest potencjalnych korzyści.

Jeszcze raz powtórzę – nie czuję się znawcą problemów, o których powyżej odważyłem się napisać. Oczywiście, mam swoje zdanie, będę go bronił, ale nie do tego stopnia, by formułować ostateczne sądy i podpierać je autorytetem swoim lub cytowanym.

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za możność wypowiedzi.

Andrzej Bączyński.

No, to jeszcze dorzucę moje trzy grosze. Bardzo mnie cieszy, że dyskusja się tak bujnie rozwinęła; wygląda na to że temat jest interesujący i jakoś tam, ktoś, kiedyś o tych sprawach myśli.

Co do „piwiarnianych polityków” to:

  1. Nie przepadam za piwem, więc nie traktuje tego jako zniewagi.
  2. Wątpie, aby tzw. „wielka polityka” była to elita umysłowa narodu (nawet pominąwszy pełność (czy nie) wyższego wykształcenia, lub przynależność do tej sfery pana Adolfa H.).
  3. Celem dyskusji nie jest ustalenie praw, lecz wypracowanie prywatnych, możliwie najlepszych poglądów (o tym jeszcze będzie).
  4. Dobre prywatne poglądy mogą być bazą dobrych praw.

Co zaś tyczy głównej treści to:

  1. Co do oprogramowania OEM i wykonanego na zamówienie – sprawa jest chyba jasna.
  2. Jak mam zapewnić, że już nie korzystam z licencji – Na przykład pisemnym oświadczeniem. Napisałem zresztą, że zakładam uczciwość transakcji, a to jest chyba zgodne z fundamentalną regułą prawną konieczności udowodnienia winy (a nie zaś niewinności).
  3. Dlaczego ktoś miałby kupować taką licencję nie od dystrybutora, tylko od „byłego” użytkownika? Potrafię podać dwa powody: likwidacja firmy sprzedającej, lub wyłączna oferta nowszego produktu po zawyżonej cenie.
  4. Porównanie z wypożyczoną wiertarką jest niewłaściwe […] Tyle że takie zachowanie chyba nie jest do końca w porządku. Co do wiertarki, to w samej rzeczy może i mogłem wymyślić coś trafniejszego, co zaś do wejścia na spektakl – to czemu nie (jeśli w przerwie i bez przeszkadzania innym)?
  5. Powinna istnieć możliwość odstąpienia od licencji połączona ze zwrotem (części) należności. Można i tak. Albo też kupować na krótki okres czasu i przedłużać (jak, powiedzmy, abonament telefoniczny, czy jakąś usługę internetową).
  6. Może na własny użytek robić z softwarem co zapragnie. W praktyce – pewnie tak. Teoretycznie jest to zakazane.
  7. Sensownym wyjściem wydaje się wymiana doświadczeń za pośrednictwem forum dyskusyjnego. Święte słowa! Jestem całym sercem – ZA! Tyle, że chamstwo firm software’owych oduczyło mnie skutecznie tej metody tracenia czasu.
  8. Może nie chcieć upowszechniania poprawek. – Zależy jakich. Niewprowadzanie ulepszeń mogę zrozumieć i zaakceptować, ale celowe zostawianie błędów – to świństwo.
  9. Reverse engineering jest tym punktem, który przemyślałem sobie podczas tej dyskusji i choćby ten fakt budzi nadzieję jej sensowności. Obecnie mam taki (jeśli nie słuszny – to chyba lepszy niż przed dyskusją) pogląd na tę sprawę: Uważam, że ten punkt licencji powinien być formułowany nieco inaczej (łagodniej), a więc nie na zasadzie „nie będziesz zaglądał do środka”, tylko „jeśli zajrzysz – to my cofamy wszelkie zobowiązania”. Takie podejście ma kilka zalet. Po pierwsze: firma musiałaby wziąć jakąś odpowiedzialnośc za produkt (żeby grozić jej cofnięciem – trzeba ją najpierw dać). Po drugie: firma zyskiwałaby darmową armię kontrolerów jakości (zakładając optymistycznie, że jej na jakości zależy). Po trzecie: praktycznie uniemożliwiałoby to wprowadzanie do programu niechcianych procedur (szpiegujących etc.). Po czwarte: są rzeczywiście sytuacje, kiedy modyfikacje dokonane przez użytkowników programu byłyby sensowne (na przykład zmiana poleceń menu na jakiś rzadko używany egzotyczny język). Na zarzut, że można w ten sposób wypreparować z programu jakieś jego elementy (powiedzmy procedury obliczeniowe) i użyć ich gdzie indziej odpowiadam: po pierwsze – można to zrobić także mimo zakazu, po drugie – procedury takie można opatentować, a po trzecie – jeśli ktoś tak zrobi i użyje tego „łupu” w innym (swoim) produkcie (dodatkowo na przykład z pewnymi modyfikacjami), to naprawdę nie ma chyba sposobu, aby mu udowodnić, że on sam tego przy biurku nie wymyślił. Krótko – nieuczciwi i tak zrobią swoje, zaś uczciwi są paraliżowani zbędnym zakazem.
  10. Propozycja swoistego „abonamentu" […] pachnie mi trochę kołchozem. Nie wiem jak pachną kołchozy – nie byłem (ale pewnie – nieszczególnie). Nie upieram się też przy tym rozwiazaniu; szło mi o jakąś sensowną propozycję zalegalizowania istniejącej sytuacji. Chętnie poznam lepsze pomysły.
  11. […] granicznego okresu obowiązywania licencji […] – to chyba rzeczywiście rzecz dla fachowców. Problem jak zwykle, aby rzecz odbiurokratyzować, grę interesów uzgodnić ze zdrowym rozsądkiem i poczuciem sprawiedliwości. A więc – niewykonalne ;-).
  12. [mc]