Tematem następnego numeru będzie: MOJA MAŁA MENAŻERIA MUZYCZNA.
kapitalizm – system społeczno – gospodarczy oparty na prywatnej własności, konkurencji i rozwiniętej gospodarce rynkowej.
komunizm – 1. ideologia i doktryna społeczna, proklamowana przez K. Marksa i F. Engelsa, powstała na gruncie krytyki kapitalizmu, głosząca zniesienie własności prywatnej, postulująca zbudowanie społeczeństwa bezklasowego, opartego na społecznej własności środków produkcji i równym podziale dóbr; także bezklasowy ustrój społeczny, postulowany prze ideologię komunistyczną, charakteryzujący się osiągnięciem przez społeczeństwo socjalistyczne takiego stopnia rozwoju, który umożliwi przejście od zasady podziału dóbr wedlug pracy do podziału dóbr według potrzeb. 2. k. utopijny – opuszczam. 3. totalitarny ustrój społeczno – polityczno – ekonomiczny, realizowany w ZSRR, narzucony krajom Europy Środkowej i Wschodniej po II wojnie światowej, oparty na monopolu władzy skupionym w rekach jednaj partii, centralnym planowaniu i państwowej własności środków produkcji. (fr. communisme)
(Słownik Wyrazów Obcych PWN).
Pod słowami kapitalizm i komunizm rozumiem w tym artykule systemy panujące po obu stronach żelaznej kurtyny do końca lat osiemdziesiątych – to tak na razie, dla prostoty.
Kiedy pierwszy raz po wyjeździe z kraju przyjechałem do Polski na urlop, wielu moich znajomych chciało się ze mną spotkać i pogadać o tym „jak to jest po tamtej stronie”. Pytali więc, a ja odpowiadałem, jak umiałem najlepiej. Po części z towarzyskiej uprzejmości, a po części i dlatego, że starając się jak najtrafniej odpowiedzieć innym, musiałem i sobie samemu układać te sprawy w głowie. Siłą rzeczy musiałem więc mozolnie dochodzić do zrozumienia, co różni te dwa systemy; co jest cechą wyróżniającą kapitalizm i komunizm w obrębie możliwych systemów społecznych. Próbowałem między innymi przylepić jednemu i drugiemu systemowi jakieś „etykietki”, najtrafniej charakteryzujące jego wady. I myślę, że byłyby to: dla komunizmu – gnuśność, a dla kapitalizmu – kłamstwo. Mimo, iż wiele rzeczy uległo od tamtych czasów zmianie, skłonny byłbym, z pewnymi zastrzeżeniami, nadal bronić tej charakterystyki.
Ale, jak to często przychodzi powtarzać, sprawa nie jest taka prosta.
Gnuśność także mamy w kapitalizmie. Znacznie lepiej wprawdzie zamaskowaną i ograniczoną panicznym lękiem przed utratą pracy. Zapewniam jednak z doświadczenia, że kto tylko i kiedy tylko może sobie na nią pozwolić – ten sobie pozwala. Kłamstwo było i w komunizmie – tego chyba nie muszę przypominać, ale było jakby mniej groźne. Natrętne, oficjalne i dość idiotyczne, aby ludzie nie brali go poważnie. W kapitalizmie zakłamanie wnika w znacznie głębsze warstwy osobowości. Dzieje się tak chyba z dwóch powodów. Po pierwsze – kłamstwo kapitalistyczne to zniewalanie człowieka doznaniami przyjemnymi pomieszanymi z groźbami (inaczej niż w komunie, gdzie kij był wielki, a marchewka znikoma). Po drugie alternatywy dla komuny można było dość prosto upatrywać po drugiej stronie żelaznej kurtyny (mniejsza o to, na ile słusznie). W kapitalizmie trudniej o taką przeciwwagę. Za przykład tych „kłamstw” niech zaś posłuży obsesyjna kalkulacja ekonomiczna (ta osobista!) i nieznośnie słodki bełkot w stosunkach międzyludzkich („to ja ci życzę miłego popołudnia”).
Chroniczna niewydolność ekonomiczna komunizmu stała się wprawdzie przyczyną jego upadku, jednak przeciwstawiana jej ekonomiczna sprawność kapitalizmu jest także mocno problematyczna. Gigantyczne ilości pieniędzy wyrzucane na reklamę, zbrojenia, różne bezsensowne inwestycje rządowe niech posłużą tu za najprostsze przykłady. Wolność osobista jednostki – w komunizmie ograniczona była terytorialnie, w kapitalizmie ograniczona jest finansowo. Inwigilacja w komunizmie dotyczyła nieprawomyślnych poglądów politycznych, w kapitalizmie jest to wyszukiwanie kompromitujących faktów z przeszłości oraz brutalna kontrola finansowa.
Można jeszcze pewnie sporo tego rodzaju porównań przytoczyć. Im ich jednak więcej, tym wyraźniej rysuje się taki obraz, że każde z rozpatrywanych negatywnych zjawisk występowało w każdym z tych systemów, jednakże w różnej postaci i natężeniu. Można by to przyrównać do dwu ogródków u sąsiadów, którzy wprawdzie posiali te same rośliny, ale u każdego różne się różnie udały. Jeszcze za czasów komuny ukazała się w Polsce powieść Lema pod tytułem „Wizja lokalna”. Był to obraz planety podzielonej na dwa państwa – Kurdlandię i Luzanię – nic oczywiście innego jak obrazek naszego świata z tamtych czasów. W powieści tej jeden z tamtejszych (luzańskich) filozofów mówi do Ijona Tichego (bohatera powieści) coś mniej więcej takiego:
„Nie, proszę pana. Konflikt Luzanii i Kurdlandii nie był konfrontacją dobra ze złem. Tu zderzyły się po prostu dwie różne koncepcje ludzkiego szczęścia.”
Kiedy trafiłem wówczas na ten fragment pomyślałem sobie, że Lem zrobił jakiś unik względem cenzury, czy coś w tym rodzaju. Teraz jednak widzę, że moje myślenie było zdeformowane przez nienawiść do komuny. Obecnie sądzę, że Lem miał rację pisząc te słowa.
Jaki więc mamy bilans? Koncepcja marksistowska raczej się nie sprawdziła, demokracja kapitalistyczna też budzi coraz silniejsze opory. Do feudalizmu, monarchii absolutnej oraz niewolnictwa, też raczej nie chcemy wracać (choć są tacy, co nas, do tego ostatniego zwłaszcza, „wrócić” usiłują). Wygląda więc na to, że przyczyna kłopotów nie leży w ustroju, a gdzieś indziej – głębiej. Może w wychowaniu, może nawet w samej naturze człowieka. Jakby nie było – nie wróży to łatwych sukcesów.
[mc]
TO I OWO.
Dlaczego o tym piszę? Aby zachęcić Czytelnika do przećwiczenia tej metody na poniższych przykładach, a może także i innych, które po lekturze tego numeru przyjdą mu do głowy. Raz jeszcze przypominam – bez realistycznych ograniczeń! A zatem:
Herbatka się już zaparzyła – wracamy do rzeczywistości.
[mc]
CZYTANKI.
Analiz systemu kapitalistycznego jest w literaturze pod dostatkiem. Wymienione poniżej, to po prostu te, które czytałem – dość chyba typowe. Ani to pełny, ani najlepszy możliwy zestaw, ale też chyba i nie najgorszy na początek. A oto i on (kolejno według miejsca na mojej półce):
I to na razie wszystko. Sporo do przeczytania, ale i temat niezwykle obszerny. Wymienionym powyżej autorom serdecznie dziękuję za pomoc w redagowaniu „AdRem”. ;-)
[mc]
OBRABIARKA.
Widziałem kiedyś śliczny prospekt obrabiarki typu PWRD/24S64–18K (a może innej, podobnej). Piękny kredowany papier, nienaganna poligrafia, bajeczne kolory i last, but not least imponująco wielka maszyna służąca do wyrabiania różnych pożytecznych rzeczy, a po dodaniu specjalnej przystawki nawet do przerabiania z wklęsłego na wypukłe i odwrotnie. Dane techniczne, zdjęcia szczegółowe ciekawszych rozwiązań konstrukcyjnych, a na samym początku rozkładana strona z widokiem ogólnym. Na „widoku ogólnym” siedziała sobie piękna blondynka z rozwianym włosem, w pozie nie przewidzianej regulaminem piechoty i uwodzicielskim uśmiechem zachęcała do uiszczenia za tę obrabiarkę. Nie było jej tam pewnie nazbyt wygodnie, oj nie było! Nikt biedaczce nawet żadnej poduszeczki nie podłożył, a maszyna była twarda, stalowa i zimna, zaś dziewczyna odziana skąpo, aby potencjalny nabywca mógł (w granicach ustawy o pornografii) kontemplować szczegóły jej (nienagannej skądinąd) anatomii.
Odłożywszy żarty na bok – pomyślmy chwilę.
Tego, oczywiście, nie mogę wiedzieć na pewno, ale kobieta z prospektu robiła wrażenie zawodowej modelki, a więc ktoś musiał ją wynająć, ktoś inny sfotografować – i to musiało kosztować. Ile? Nie wiem. Ale ktoś musiał obliczyć, że w bilansie się to opłaci. Czyli, że ktoś doszedł do wniosku, iż umieszczenie zdjęcia tej pani zwiększy zysk ze sprzedaży obrabiarki o kwotę większą niż wydatki na ten cel.
Niby ma to jakieś pozory logiki. Maszynami tego rodzaju handlują przeważnie mężczyźni, więc zdjęcie atrakcyjnej kobiety mogłoby zwiększać zbyt. Ale czy naprawdę? Przecież jeśli nawet potencjalny klient nie jest tytanem intelektu, to nie jest też debilem; jest przynajmniej fachowcem mechanikiem, znającym się na tym typie maszyn. Potrafi (a przynajmniej powinien) przekalkulować zakup tej maszyny. Czemu więc służy to zdjęcie? Czy ma sugerować, że ta pani (pardon) pójdzie z nabywcą obrabiarki do łóżka (po uiszczeniu ostatniej raty)? Czy ma odwrócić jego uwagę od rzeczywistych parametrów technicznych? Zdekoncentrować? A jeśli nabywca gustuje w pulchnych brunetkach, bądź rubensowskich paniach o włosach rudych? Ale przecież nabywca takich maszyn, niezależnie od jego gustów erotycznych, nie jest imbecylem o umyśle dodatkowo przyćmionym testosteronem, tylko przeważnie inżynierem, nauczonym na studiach, czego trzeba! A może jest? O co tu, do diabła, chodzi?
Jest rzeczą znaną, że przy niektórych transakcjach handlowych używa się atrakcyjnych „sekretarek”, „hostess” etc. do umysłowego dezorganizowania potencjalnego klienta, ale tutaj, to nawet nie rzeczywista kobieta – to świstek zadrukowanego papieru! Kto więc i dlaczego ma nas za głupków? Mógłbym jeszcze zrozumieć taką reklamę sportowego samochodu, ale obrabiarka…
A może kalkulacja jest zupełnie inna. Może ta pani nie ma znaczenia. Może z rachunku kosztów, podatków etc. wyszło, że opłaci się dodatkowo stracić coś na reklamie?
A może trzeba było dać zarobić znajomemu z agencji reklamowej?
A może jeszcze coś innego?
Nie wiem. Ale jakby nie było – psychologia kapitalizmu zbliża się tu niebezpiecznie do psychiatrii klinicznej.
A kuku!!
[mc]
DOM WARIATÓW.
Bertrand Russell pochodził z zamożnej, arystokratycznej rodziny. Był więc z urodzenia po stronie posiadających i uprzywilejowanych. Ale był też mądrym i wrażliwym człowiekiem (taki przynajmniej portret wyłania się z jego książek), więc myślał nie tylko o sobie, ale, jak na filozofa przystało, zastanawiał się też i nad całym światem. I choć przywileje pozwalały mu czerpać z kapitalizmu profity – nie był tym systemem do końca zachwycony.
Osobiście też nie jestem zachwycony kapitalizmem. I nie byłbym (to już zapewnienie – można mi ufać, lub nie), nawet wówczas gdyby los postawił mnie po stronie posiadających (na przykład w wyniku wysokiej wygranej, czy czegoś w tym rodzaju). A dlaczego? Jest sporo powodów, ale zajmę się tu tylko jednym, a mianowicie deformacją psychiki ludzkiej, a konkretniej – obsesją.
Jest taki żarcik. Psychiatra mówi do pacjenta: „Zastosujemy metodę wolnych skojarzeń, to znaczy – ja będę panu coś rysował, a pan odpowie mi bez namysłu pierwszym słowem, jakie przyjdzie panu do głowy”.
Lekarz rysuje kreskę – pacjent mówi: „Kobieta”.
Lekarz rysuje kółko – pacjent mówi: „Kobieta”.
Lekarz rysuje kwadracik – pacjent mówi: „Kobieta”.
Lekarz rysuje jeszcze kilka innych figur geometrycznych – pacjent w kółko: „Kobieta”.
Wreszcie lekarz nie wytrzymuje i mówi: „Panie! Przecież pan ma po prostu obsesję seksualną!”
Na to pacjent: „To ja mam?! A kto mi te wszystkie świństwa narysował!!??
Zainteresowanych tą tematyką odsyłam do konkurencyjnego miesięcznika pod tytułem „Playboy”, zaś sam wracam do tematu miesiąca. Obsesja, to według definicji słownikowej nerwica natręctw. To myśli i czynności, od których człowiek nie może się uwolnić. Jak to często bywa, granica między zdrowiem, a chorobą nie jest ostra. Umyć ręce trzy, czy cztery razy dziennie – to normalna higiena; umyć je osiemdziesiąt razy w ciągu dnia – to już choroba psychiczna. Myśleć o wpływach i wydatkach, ucieszyć się z jakiegoś zysku, zmartwić jakąś stratą – to zdrowe i normalne. Sam tak robię. Ale traktować wszystko, co się ma (ze sobą i swoim życiem włącznie!!) to… kapitalizm.
Nie wiem, jak można temu zapobiegać; nie wiem nawet, czy w ogóle można. Moje myśli i nadzieje nie mają tu znaczenia. Nikt się na to nie będzie oglądał.
Wiem jednak z całą pewnością, że to jest źle. Że tak nie powinno być. I chyba nie ja jeden tak myślę. Wiele lat temu, krótko po przyjeździe do Niemiec, pewien stary Bawarczyk (pewnie już nie żyje) powiedział mi, że w jego rodzinnych stronach mawiają tak: „Kiedy kogoś nienawidzisz, to nie życz mu choroby, śmierci, ani niczego takiego. Życz mu skąpstwa, bo to najgorsze, co człowieka może spotkać”.
Wiem też i to, że kiedy patrzę wstecz na moje dość już długie życie widzę z całą ostrością, że moje subiektywne z życia zadowolenie nie stało w żadnej rozsądnej korelacji z aktualną zamożnością. Banał, aż w zębach zgrzyta, aż wstyd pisać – ale nie chce być inaczej.
I myślę, że ta obsesja, ten ciągle brzęczący z tyłu głowy kalkulatorek – to najgorsza rzecz, jaka nam się w tym systemie przytrafia.
Wszystko inne jest już tylko logiczna konsekwencją.
Dodam jeszcze i to, że słowo obsesja pochodzi od łacińskiego „obsessio” – osaczenie.
A na koniec cytat z eseju Russella „Jak nakłaniać do kupna?”:
W ostatnich latach mnóstwo pieniędzy, czasu i rozumu trawi się na to, by przezwyciężyć opór wobec sprzedaży, to znaczy skłonić spokojnych ludzi do trwonienia pieniędzy na zakup przedmiotów, których wcale nie chcą. [...] Wszystko staje na głowie, ponieważ na zagadnienia ekonomiczne patrzy się z punktu widzenia producenta, a nie konsumenta. Dawniej uważano, że chleb piecze się po to, aby ktoś go zjadł. Obecnie sądzi się, że jemy go po to, by ktoś go piekł. Nie oczekuje się od nas wydawania pieniędzy po to, by zakupiony przedmiot sprawiał nam przyjemność, lecz po to, by jego producent mógł się wzbogacić. Największą zaletą jest biegłość w prowadzeniu interesów. Ponieważ wyraża się ona w nakłanianiu ludzi do kupna tego, czego nie chcą, zamiast tego, czego chcą, największym szacunkiem cieszy się ten, kto przysparza kupującym największych cierpień. Tkwi w tym podstawowy błąd, mianowicie niezrozumienie, że wydając pieniądze na jedno, trzeba oszczędzać je na drugim. Nakłanianie do kupna nie zwiększy więc ogółu wydatków. Wynika to również z przekonania, że jedyną ważną częścią życia człowieka są godziny jego pracy, a to, co robi z pozostałym czasem jest zupełnie nieistotne, [...] Nie zarabiamy pieniędzy, by cieszyć się tym, co można za nie kupić, lecz po to, by nasze wydatki umożliwiły zarabianie pieniędzy komuś innemu, kto z kolei wyda je, by ktoś inny... Na końcu tego łańcuszka jest dom wariatów.
22 czerwca 1932.
Komentarz chyba zbędny – zwracam za to uwagę na datę napisania tego eseju.
[mc]
SWISS ARMY KNIFE.
Spodobał mi się pomysł z poprzedniego numeru, aby w ostatnim artykuliku zamieścić coś w rodzaju streszczenia tematu miesiąca. Jest zgodny z duchem czasopisma i po prostu praktyczny. Zostawiam zatem tytuł tej rubryczki i w miarę możliwości będę próbował zamieszczać ją w tej postaci i następnych numerach. A więc: