MURTI BING - samo słowo wymaga wyjaśnienia. Pochodzi ono z powieści Stanisława Ignacego Witkiewicza - "Nienasycenie". Była to nazwa straszliwego, rozprowadzanego po świecie przez Chińczyków narkotyku powodującego nieodwracalną zmianę osobowości. Człowiek poddany jego działaniu stawał się bezwolnym narzędziem, zachowując jednak normalną sprawność życiową. W dziale tym znajdą się więc informacje o różnych znanych sposobach ogłupiania ludzi. Myślę, że propaganda, telewizja, reklama, marketing, prawo oraz pseudonauka znajdą tu godne i poczesne miejsce.





W tym numerze zajmiemy się „Paprykarzem szczecińskim”, lecz nie tyle ze względu na jego niebiański (wart każdej ceny) smak, ale ze względu na niezwykle ciekawą puszkę w jakiej jest sprzedawany (proszę łaskawie rzucić okiem na zdjęcie).


Otóż napis na puszce obwieszcza, że obecnie dostajemy w ramach promocji 10% więcej tego specjału. Gratis! Puszka zawiera więc obecnie 330 gramów tego rybnego rarytasu, z czego wnioskuję, że przed promocją było w niej ok. 300 gramów. Nie wątpię, że odważono te wielkości rzetelnie, natomiast pomalowanie puszki kwalifikuje ją do działu „Murti Bing”. Wysokość puszki (bez krawędzi, zaznaczona na zielono) wynosi 62 mm. Wysokość (szerokość?) żółtego paska (oznaczona na niebiesko) wynosi 16 mm. Łatwo policzyć, że żółty pasek stanowi więc ok. 25,8% całej wysokości i 34.8% czerwonego paska. Nie jest to wprawdzie nigdzie napisane i waga się zgadza, ale widząc tę puszkę odruchowo mamy wrażenie, że dostaliśmy o tyle więcej, ile jest pod tym żółtym paskiem! A więc jakieś co najmniej 25%, a może nawet i więcej! Mamy zatem wodę z mózgu – chyba, że jesteśmy Szanownymi Czytelnikami AdRem!

Ale to nie wszystko. Są tu jeszcze bardzo interesujące napisy. Otóż paprykarz ten wyprodukowała spółka „Syrena Royal”, dla spółki akcyjnej „GRAAL”. Szczerze mówiąc nazwa „Graal”, dla spółki produkującej konserwy rybne nie wydaje mi się w dobrym guście, podobnie jak położony obok kościoła szynk „Pod Świętym Duchem” w miejscowości, w której mieszkam, ale nie będę się czepiał, bo może to jakiś skrót zaakceptowany przez nieuwagę, lub coś takiego. Nazwa zaś „Syrena Royal” (a więc pewnie Królewska Syrena) jest za to równie smakowita, jak szczeciński paprykarz. Wyjaśniam, że syrena to po angielsku – siren.

Ale i to nie koniec. Z boku puszki czytamy: „Na rynek krajowy”. Ha! Oznacza to, że nie mogę na przykład kupić tysiąca paprykarzy szczecińskich w Polsce i sprzedać ich w Paryżu (na przykład). I dobrze! Niech się cudzoziemcy zazdrośnie oblizują! My mamy paprykarz szczeciński w każdym większym domu towarowym!

Smacznego!



[mc]