ESEJ - zawiera esej (lub eseje) dotyczące tematu miesiąca.









Temat numeru IV (luty 2006): NIEZBĘDNIK AGNOSTYKA.

Tematem następnego numeru będzie: KAPITALIZM - STARA MIŁOŚĆ RDZEWIEJE.












SPOTKAĆ SIĘ Z CZYSTYM PRZYPADKIEM.

Esej poniższy pochodzi z książki Rogera Pol-Droit „101 zabaw filozoficznych” ISBN 83-89574-47-0

Czas trwania: 2 sekundy.
Materiały: kasyno lub coś w tym rodzaju.
Efekt: przygodowy.

Właśnie postawiłeś pieniądze. To gra losowa. Niepotrzebna wprawa, niemożliwa jakakolwiek interwencja. Rezultat nie powinien ci być obojętny. Musisz grać o dużą stawkę, a ewentualna wygrana istotnie wpłynie na twoje życie. Możesz stwierdzić z całkiem akceptowalnym prawdopodobieństwem, że stawką w grze jest twoje życie. To, kim będziesz jutro, zależy od czynników, na które nie masz żadnego wpływu: od drogi, jaką potoczy się kula w ruletce, pojawienia się określonej karty na zielonym stole, ustawienia się obok siebie kilku obrazków na ekranie automatu do gier.

Tym, czego należy wówczas doświadczyć, jest świadomość, że sytuacja tego rodzaju w ogóle nie ma sensu. Niezaprzeczalnie – przegrasz lub wygrasz. Najprawdopodobniej przegrasz. Szanse wygranej są znacznie mniejsze. Prawdopodobieństwo wygranej i przegranej można wyliczyć. Ale obie są w takim samym stopniu pozbawione sensu. To najtrudniej zrozumieć.

Twoja sytuacja finansowa nie zmieni się lub staniesz się bogaty. Te odmienne przyszłości zależą wyłącznie od przypadku, bez znaczenia i zamiaru. To, co się stanie, nie ma nic wspólnego z twoimi zasługami, czy ich brakiem. Zdany jesteś na niepewność. Wystawiony na anonimowy sąd i pozbawiony celowości. W sposób doskonale zaprzeczający wszelkiej formie sprawiedliwości za sekundę przegrasz lub wygrasz.

Niewątpliwie będziesz usiłował wypełnić tę pustkę wszelkimi rodzajami wyjaśnień, próśb, nadziei, przypuszczeń i magicznych myśli. Aby choć przez chwilę móc akceptować fakt, brutalnie, bezwzględnie, że nasze życie jest zawieszone w bezsensie, potrzeba wielkiej siły ducha. Gdybyśmy byli naprawdę wielcy, musielibyśmy cały czas być do tego zdolni.



[Roger Pol-Droit]





CZY BÓG JEST TAOISTĄ?

Esej poniższy pochodzi z książki Douglasa R. Hofstadtera „Mind’s I” ISBN 0-553-34584-3

- Śmiertelnik: I dlatego, o Boże, błagam Cię, jeśli masz choć cień litości dla tego Twojego cierpiącego stworzenia, uwolnij mnie od konieczności posiadania wolnej woli!
- Bóg: Odrzucasz największy dar, jaki ci dałem?
- Śmiertelnik: Jak możesz nazywać to, do czego zostałem zmuszony, największym darem? Mam wolną wolę, lecz nie z własnego wyboru. Nigdy nie wybierałem, że chcę mieć wolną wolę. Muszę mieć wolną wolę, czy chcę, czy nie!
- Bóg: Dlaczegóż to nie życzysz sobie mieć wolnej woli?
- Śmiertelnik: Ponieważ wolna wola oznacza odpowiedzialność moralną, a odpowiedzialność moralna, to więcej niż mogę udźwignąć!
- Bóg: Dlaczego uważasz odpowiedzialność moralną za zbyt ciężką?
- Śmiertelnik: Dlaczego? Prawdę mówiąc nie potrafię tego zanalizować; wszystko, co wiem – to tyle, że nie daję rady.
- Bóg: Dobrze. W takim razie przypuśćmy, że zwolnię cię ze wszelkiej odpowiedzialności moralnej, lecz pozostawię ci nadal wolną wolę. Czy będziesz zadowolony?
- Śmiertelnik (po namyśle): Nie, obawiam się, że nie.
- Bóg: Ha! Tak, jakem myślał. Odpowiedzialność moralna nie jest jedynym przejawem wolnej woli, który cię gnębi. Cóż innego w tej wolnej woli jeszcze ci doskwiera?
- Śmiertelnik: Mając wolną wolę mogę grzeszyć, a ja nie chcę grzeszyć!
- Bóg: Jeśli nie chcesz, to dlaczego to czynisz?
- Śmiertelnik: Dobry Boże! Nie wiem dlaczego, lecz jednak grzeszę! Złe pokusy nachodzą mnie zewsząd i próbują mną zawładnąć, a ja nie mogę się im oprzeć.
- Bóg: Jeśli to rzeczywiście prawda, że nie możesz im się oprzeć, to nie grzeszysz z własnej woli, czyli (przynajmniej według mnie) nie grzeszysz w ogóle.
- Śmiertelnik: Nie, nie! Czuje, że gdybym tylko spróbował jeszcze mocniej, mógłbym uniknąć grzechu. Jeśli się z całego serca nie chcę grzeszyć, to się i nie grzeszy.
- Bóg: Zatem… to powinieneś wiedzieć. Czy starasz się unikać grzechu tak silnie jak tylko możesz, czy nie?
- Śmiertelnik: Naprawdę nie wiem. Na bieżąco, myślę, że staram się z całych sił, lecz później, we wspomnieniu, obawiam się, że nie.
- Bóg: Tak więc innymi słowy, rzeczywiście nie wiesz, kiedy grzeszyłeś, a kiedy – nie. Więc otwiera się tu możliwość, że nie grzeszyłeś w ogóle!
- Śmiertelnik: Oczywiście, taka możliwość istnieje, lecz być może jednak grzeszyłem i ta możliwość mnie przeraża.
- Bóg: Dlaczego myśl o tym, że grzeszyłeś przeraża cię?
- Śmiertelnik: Nie wiem, dlaczego! Ale już choćby dlatego, że słyniesz ze stosowania raczej straszliwych kar w życiu pozagrobowym.
- Bóg: A, więc to cię dręczy! Dlaczego od razu nie przeszedłeś do rzeczy, zamiast tych marginalnych uwag o dobrej woli i odpowiedzialności moralnej? Dlaczego nie poprosiłeś mnie po prostu, abym cię nie karał za wszystkie twoje grzechy?
- Śmiertelnik: Myślę, że jestem na tyle realistą, aby wiedzieć, że trudno byłoby Ci zadośćuczynić takiemu wymaganiu.
- Bóg: Cóż powiadasz! Ty masz realistyczną wiedzę o tym, jakie to wymagania ja mogę spełnić? Ejże… No, dobrze.
Powiem ci, co zamierzam uczynić. Udzielę ci nadzwyczajnej, specjalnej dyspensy, abyś mógł grzeszyć ile zechcesz i daję ci moje boskie słowo honoru, że nigdy cię za to nie ukarzę. Zgadzasz się?
- Śmiertelnik (w wielkim strachu): Nie, nie! Nie czyń tego!
- Bóg: Dlaczego nie? Nie ufasz mojemu boskiemu słowu?
- Śmiertelnik: Ufam, oczywiście! Ale czy nie widzisz, że ja nie chcę grzeszyć? Mam najwyższe obrzydzenie do grzechu, niezależnie od kar, jakie może on pociągać za sobą!
- Bóg: W takim razie, postąpię krok dalej. Usunę twoją awersję do grzechu. Oto magiczna pigułka! Połknij ją, a stracisz wszelką odrazę do występku. Będziesz mógł radośnie grzeszyć dalej, nie będziesz czuł żalu, ani obrzydzenia, a ja nadal obiecuję, że nie będziesz ukarany ani przeze mnie, ani przez siebie samego, ani w żaden inny sposób. Będziesz błogosławiony przez wieczność całą. Oto pigułka!
- Śmiertelnik: Nie, nie!
- Bóg: Czyż ty nie jesteś irracjonalny? Usunąłem nawet odrazę, która była twoją ostatnią przeszkodą.
- Śmiertelnik: Nadal nie chcę jej wziąć.
- Bóg: Dlaczego?
- Śmiertelnik: Wierzę, że pigułka rzeczywiście usunie mój przyszły wstręt do grzechu, ale moja teraźniejsza niechęć wystarczy, abym nie chciał jej wziąć.
- Bóg: Polecam ci wziąć!
- Śmiertelnik: Odmawiam!
- Bóg: Co, odmawiasz z własnej woli?
- Śmiertelnik: Tak!
- Bóg: Wygląda więc na to, że wolna wola jest jednak dość przydatna, nieprawdaż?
- Śmiertelnik: Nie rozumiem!
- Bóg: Czyż nie jesteś teraz rad, że masz wolną wolę, aby odrzucić taką ohydną propozycję? A jakby ci się podobało gdybym zmusił cię do wzięcia tej pigułki, niezależnie od tego, czy chcesz, czy nie?
- Śmiertelnik: Nie, nie! Proszę nie czyń tego!
- Bóg: Oczywiście, wcale nie zamierzałem tego uczynić; ja tylko próbuję ci zilustrować mój punkt widzenia. W porządku, spróbujmy więc innej drogi. Zamiast zmuszać cię do wzięcia pigułki, przypuśćmy, że nauczę cię nowej modlitwy, która pozbawi cię wolnej woli – lecz ze świadomością, w momencie, kiedy to się stanie; wtedy weźmiesz pigułkę.
- Śmiertelnik: Kiedy moja wolna wola zniknie, jak będę mógł wybrać wzięcie pigułki?
- Bóg: Ja nie powiedziałem, że wybrałbyś ją; powiedziałem jedynie, że wziąłbyś ją. Działałbyś, powiedzmy, zgodnie z czysto deterministycznymi prawami, które byłyby takie, że z natury rzeczy wziąłbyś ją.
- Śmiertelnik: Nadal odmawiam.
- Bóg: A więc odrzucasz moją propozycję pozbawienia cię wolnej woli. To się dosyć mocno różni od twojej pierwotnej prośby, nieprawdaż?
- Śmiertelnik: Teraz widzę do czego zmierzasz, Boże. Twoje argumenty są pomysłowe, ale nie jestem pewien, czy rzeczywiście prawidłowe. Jest parę punktów, które musimy rozważyć od nowa.
- Bóg: W rzeczy samej.
- Śmiertelnik: W tym, co powiedziałeś, są dwa punkty, które wyglądają mi na sprzeczne. Po pierwsze powiedziałeś, że nikt nie może grzeszyć dopóki nie czyni tego z własnej woli. Później zaś powiedziałeś, że dasz mi pigułkę, która pozbawi mnie mojej wolnej woli, bym mógł grzeszyć ile zechcę. Lecz jeśli już nie będę miał wolnej woli, to, zgodnie z Twoją pierwszą tezą, jak mogę mieć możliwość grzeszenia?
- Bóg: Mylisz dwie różne części naszej rozmowy. Ja nigdy nie powiedziałem, że pigułka pozbawiłaby cię wolnej woli, lecz tylko, że usunęłaby twoją odrazę do grzechu.
- Śmiertelnik: Obawiam się, że trochę mi się to poplątało.
- Bóg: Dobrze, zacznijmy więc od nowa. Przypuśćmy, że zgodzę się zabrać ci wolną wolę, lecz ze świadomością, że popełnisz wielką liczbą czynów, które obecnie uważasz za grzeszne. Mówiąc bardziej technicznie: nie będziesz grzeszył, ponieważ nie popełnisz tych czynów z własnej woli. Nadto, czyny te nie obciążą cię żadną odpowiedzialnością moralną, żadna winą, ani jakąkolwiek karą. Niemniej jednak będą one tego rodzaju, jaki uważasz obecnie za grzeszny, będą miały tę własność, którą obecnie odczuwasz jako odrażającą, lecz twoja odraza zniknie; więc nie będziesz czuł wstrętu do tych czynów.
- Śmiertelnik: Nie, to nie tak, bo ja teraz mam odrazę do takich czynów i ta obecna odraza zabezpiecza mnie dostatecznie przed przyjęciem Twojej propozycji.
- Bóg: Hm, ujmując rzecz jak najprościej – przyjmuję do wiadomości, że nie chcesz już, abym pozbawił cię wolnej woli.
- Śmiertelnik (z wahaniem): Nie, chyba nie.
- Bóg: Świetnie. Zgadzam się z tym. Ciągle jednak nie jest dla mnie całkiem jasne, dlaczego nie chcesz już pozbyć się wolnej woli. Powiedz mi to jeszcze raz.
- Śmiertelnik: Ponieważ, jak mi już rzekłeś, bez wolnej woli mógłbym grzeszyć nawet więcej niż teraz.
S - Bóg: Przecież ci już powiedziałem, że bez wolnej woli nie możesz grzeszyć.
- Śmiertelnik: Ale skoro ja teraz wybiorę pozbycie się wolnej woli, to wszystkie moje późniejsze złe uczynki będą grzechami, nie w przyszłości, lecz w tym momencie, kiedy wybiorę, aby nie mieć wolnej woli.
- Bóg: Wygląda to, jakbyś wpadł w przykrą pułapkę, czyż nie tak?
- Śmiertelnik: Rzeczywiście, wpadłem. Postawiłeś mnie w straszliwym błędnym kole. Teraz, cokolwiek zrobię, będzie źle. Jeśli zatrzymam wolną wolę – będę dalej grzeszył, jeśli się jej pozbędę (z Twoją pomocą, oczywiście) – zgrzeszę znowu tym postępkiem.
- Bóg: Lecz w tym sensie także i ty wciągnąłeś mnie w pułapkę. Mogę ci pozostawić wolną wolę, lub pozbawić cię jej, jeśli tak wybierzesz, lecz nie dogadza ci żadna z tych możliwości. Chcę ci pomóc, lecz wygląda na to, że nie mogę.
- Śmiertelnik: Prawda!
- Bóg: Lecz skoro nie jest to moja wina, dlaczego jesteś jeszcze na mnie zły?
- Śmiertelnik: Przede wszystkim dlatego, że postawiłeś mnie w tym straszliwie kłopotliwym położeniu.
- Bóg: Lecz, zgodnie z tym co mówisz, nie mogę uczynić niczego, co by cię zadowoliło.
- Śmiertelnik: Masz na myśli, że nie możesz uczynić nic zadowalającego teraz, ale to nie znaczy, że nie mogłeś był wcześniej niczego uczynić.
- Bóg: Jakżeż to! A cóż ja mogłem był uczynić?
- Śmiertelnik: Przede wszystkim, oczywiście, nigdy nie powinieneś był mi dawać wolnej woli. Teraz, kiedy mi już ją dałeś, jest za późno – cokolwiek zrobię, będzie złe.
- Bóg: Oh, a więc w tym rzecz! A dlaczegóż to byłoby lepiej, gdybym ci jej był nigdy nie dawał?
- Śmiertelnik: Ponieważ wtedy nie byłbym nigdy zdolny do grzechu.
- Bóg: No cóż, zawsze byłbym rad nauczyć się czegoś na własnych błędach.
- Śmiertelnik: Co takiego?
- Bóg: Wiem, że to brzmi jak „samobluźnierstwo”, nieprawdaż? To prawie prowadzi do paradoksu logicznego! Z jednej strony, jak pewnie myślałeś, jest niemoralnym dla każdej myślącej istoty utrzymywać, że ja mógłbym popełniać błędy; z drugiej zaś strony, mam prawo uczynić wszystko. Lecz ja także jestem myślącą istotą. Pytanie więc brzmi: czy mam, czy też nie mam prawa twierdzić, że mam możliwość popełniania błędów?
- Śmiertelnik: To kiepski żart! Jedna z Twych przesłanek jest po prostu fałszywa. Ja nigdy nie myślałem, że to jest dla każdej myślącej istoty źle powątpiewać w Twoją wszechwiedzę, lecz tylko dla śmiertelników. Ale ponieważ ty nie jesteś śmiertelnikiem, jesteś, oczywiście, wolny od tego nakazu.
- Bóg: Dobrze, podejdźmy do tego racjonalnie. Wszelako wyglądałeś na zaszokowanego, kiedy powiedziałem, że: „Zawsze byłbym rad nauczyć się czegoś na własnych błędach”.
- Śmiertelnik: Oczywiście, byłem zaszokowany. I to nie z powodu twego „samobluźnierstwa” (jak to żartobliwie nazwałeś), nie dlatego, abyś nie miał prawa tego powiedzieć, lecz właśnie przez fakt, że to powiedziałeś, ponieważ ja zawsze myślałem, że w istocie rzeczy Ty nie robisz błędów. Toteż osłupiałem, kiedy domagałeś się możliwości popełniania błędów.
- Bóg: Nie domagałem się, aby było to możliwe. Wszystko, co powiedziałem to tyle, że gdybym robił błędy, byłbym zadowolony mogąc się na nich uczyć. Lecz to nie mówi niczego o tym, czy to „gdyby” rzeczywiście zaistniało, lub kiedykolwiek mogło zaistnieć.
- Śmiertelnik: Nie spierajmy się, proszę, o słowa. Czy dopuszczasz, że przyznanie mi wolnej woli było błędem, czy nie?
- Bóg: Dobrze, to jest własnie dokładnie to, co powinniśmy rozważyć. Niechaj wyłuszczę ci twoje obecne przesłanki. Nie chcesz mieć wolnej woli, ponieważ mając ją, możesz grzeszyć, a ty nie chcesz grzeszyć. (Choć nawiasem mówiąc myślę, że to dość zagadkowe: w pewnym sensie musisz chcieć grzeszyć, inaczej byś nie grzeszył. Ale na razie zostawmy to). Z drugiej strony, jeżeli zgodzisz się na zabranie wolnej woli, to będziesz teraz odpowiedzialny za przyszłe czyny. Ergo, przede wszystkim nigdy nie powinienem był ci dawać wolnej woli.
- Śmiertelnik: Dokładnie tak to jest!
- Bóg: Rozumiem doskonale, co czujesz. Wielu śmiertelników (nawet niektórzy teologowie) narzekali, że to było nie w porządku, iż to ja, a nie oni sami zdecydowali o tym, że powinni mieć wolną wolę, a ja zaś czynię ich odpowiedzialnymi za ich uczynki. Innymi słowy, że oczekuję od nich dotrzymania umowy, której oni nigdy nie zaakceptowali.
- Śmiertelnik: Dokładnie tak!
- Bóg: Jakom rzekł, rozumiem te uczucia doskonale. Mogę nawet uznać te skargi za uprawnione. Jednakże biorą się one jedynie z nierealistycznego pojmowania prawdziwych problemów, które tu występują. Spróbuję oświecić cię w tej materii i przypuszczam, że rezultaty bardzo cię zaskoczą! Wszelako zamiast rzec ci to wprost, użyję nadal metody sokratycznej. Powtórzmy zatem: żałujesz, że kiedykolwiek obdarzyłem cię wolna wolą. Twierdzę jednak, że kiedy ujrzysz prawdziwe możliwości, przestaniesz tego żałować. Aby to rozważyć, powiem ci, co zamierzam uczynić. Zamierzam oto stworzyć nowy kosmos – nową czasoprzestrzeń. W tym nowym kosmosie narodzi się śmiertelnik całkiem taki jak ty – dla wszelkich praktycznych potrzeb możemy powiedzieć, że to ty urodzisz się ponownie. A dalej: mogę temu nowemu śmiertelnikowi, temu nowemu tobie, dać wolną wolę – lub nie. Cóż powinienem uczynić?
- Śmiertelnik (wielce strapiony): Oh, proszę! Oszczędź mu posiadania wolnej woli.
- Bóg: W porządku. Uczynię, jak mówisz. Lecz ty zrealizujesz zatem, że ten „nowy ty” będzie dokonywał wszystkich rodzajów strasznych czynów.
- Śmiertelnik: Ale one nie będą grzechami, skoro nie będzie miał wolnej woli.
- Bóg: Bez względu, czy nazwiesz je grzechami, czy nie, faktem pozostanie, że będą to uczynki straszne w tym sensie, że sprawią ogromne cierpienie wielu czującym istotom.
- Śmiertelnik (po dłuższej pauzie): Dobry Boże! Znowu wpadłem w pułapkę. Ciągle to samo! Jeśli teraz dam Ci zgodę na stworzenie tej nowej istoty bez wolnej woli, która będzie jednak popełniać te ohydne czyny, to bardzo możliwe, że nie będzie ona wprawdzie grzeszyć, ale ja znowu będę winien zgody na to.
- Bóg: W takim razie postąpię znowu krok dalej! Oto zdecydowałem już, czy stworzę tę nową istotę z wolną wolą, czy bez niej. Obecnie zapisuje tę moją decyzję na tym oto kawałku papirusu, choć pokażę ci ją dopiero później. Lecz moja decyzja, którą właśnie podjąłem, jest absolutnie nieodwołalna. Nie możesz nic zrobić, aby to zmienić; w tym sensie nie ponosisz za to odpowiedzialności. A teraz chciałbym wiedzieć coś takiego: Jak masz nadzieję, że zdecydowałem? Pamiętaj, że odpowiedzialność za tę decyzję spada wyłącznie na moje barki, nie twoje. Tak więc możesz mi powiedzieć zupełnie otwarcie i bez żadnej obawy, na jaką decyzję liczysz.
- Śmiertelnik: (po bardzo długiej przerwie): Mam nadzieję, że zdecydowałeś dać mu wolną wolę.
- Bóg: Niezwykle interesujące! Usunąłem ci ostatnią przeszkodę! Jeżeli nie dam mu wolnej woli, wówczas nie będzie można nikomu zarzucić grzechu. Dlaczego więc masz nadzieję, że jednak obdarzę go wolną wolą?
- Śmiertelnik: Ponieważ (grzech to, czy nie grzech) najważniejsze jest to, że jeśli nie dasz mu wolnej woli, to (przynajmniej zgodnie z tym, co powiedziałeś) może on krzywdzić ludzi naokoło, a ja nie chcę widzieć krzywdzonych ludzi!
- Bóg:(wzdychając z nieskończonym strapieniem): Nareszcie! W końcu dojrzałeś, co jest istotą rzeczy!
- Śmiertelnik: A co nią jest?
- Bóg: Grzech nie jest istotą rzeczy! Ważne jest to, aby ludzie i inne czujące istoty nie były krzywdzone!
- Śmiertelnik: Brzmi, jak utylitaryzm!
- Bóg: Bo jestem utylitarystą!
- Śmiertelnik: Niemożliwe!
- Bóg: Możliwe, czy niemożliwe – jestem utylitarystą. Nie unitarianinem, jak myślisz, lecz utylitarystą.

(Nie potrafię, niestety, przetłumaczyć żartobliwej gry aliteracyjnej zastosowanej w oryginale. Unitarian – to unitarianin, członek kościoła anglikańskiego, zaś utilitarian – to utylitarysta, pragmatyk).

- Śmiertelnik: Po prostu nie mogę w to uwierzyć!
- Bóg: No tak, wiem o tym, że religijny trening nauczył cię myśleć inaczej.
- Śmiertelnik: Sprawiłeś, że zaniemówiłem!
- Bóg: Ja to sprawiłem!? Może to zresztą i nienajgorzej – masz tendencję do mówienia zbyt wiele. Poważnie jednak – jak myślisz, dlaczego kiedyś dałem ci wolną wolę?
- Śmiertelnik: Dlaczego to uczyniłeś? Nigdy nie myślałem zbyt wiele nad tym, dlaczego tak postąpiłeś; złościłem się jedynie uważając, że nie powinieneś był tego robić. Ale dlaczego tak zrobiłeś? Przypuszczam, że wszystko, co potrafię wymyślić, to standardowe religijne wyjaśnienie: bez wolnej woli nikt nie może ani dostąpić zbawienia, ani też zostać potępionym. Tak więc bez wolnej woli nie moglibyśmy osiągnąć wiecznego życia.
- Bóg: Niesłychanie interesujące! Ja – mam wieczne życie; czy myślisz, że kiedykolwiek zrobiłem cokolwiek, aby na nie zasłużyć?
- Śmiertelnik: Oczywiście, że nie! Z Tobą jest inaczej. Ty jesteś zawsze tak dobry i doskonały (przynajmniej rzekomo), że nie jest Ci potrzebne zasługiwać sobie na wieczne życie.
- Bóg: Rzeczywiście? To stan raczej godny pozazdroszczenia.
- Śmiertelnik: Nie wydaje mi się, abym Cię rozumiał.
- Bóg: Otóż ja jestem na wieki błogosławiony nie musząc znosić jakichkolwiek cierpień, ponosić ofiar, szamotać się opierając diabelskim pokusom, ani też robić cokolwiek w tym rodzaju. Bez jakiegokolwiek rodzaju „zasług” rozkoszuję się błogosławionym wieczystym istnieniem. Zaś wy, biedni śmiertelnicy, przeciwnie – musicie pracować, ponosić ofiary, macie wszystkie te rodzaje strasznych konfliktów moralnych i cóż tam jeszcze. Nie wiecie nawet, czy ja rzeczywiście istnieję, czy nie, czy jest jakieś życie pozagrobowe, a jeśli nawet jest, to gdzie jest wasze w nim miejsce. Wszystko jedno jak bardzo staracie się zjednać mnie sobie będąc „dobrymi”, nigdy nie macie żadnej realnej pewności, że wasze „najlepsze” jest dość dobre dla mnie, toteż nie macie żadnego realnego poczucia bezpieczeństwa, że będziecie zbawionymi. Pomyśl tylko! Ja oto mam już pewien odpowiednik „zbawienia” nigdy nie będąc zmuszonym przejść przez ten ponury proces zasługiwania na nie. Czy nigdy nie zazdrościłeś mi tego?
- Śmiertelnik: Ależ zazdrościć Tobie – to bluźnierstwo!
- Bóg: Oh, dajżeż spokój! Nie mówisz do katechety, mówisz do mnie. Bluźnierstwem to, czy nie – ważne jest nie to, czy masz prawo mi zazdrościć, ale – czy zazdrościsz. A więc?
- Śmiertelnik: Oczywiście, zazdroszczę.
- Bóg: Dobrze. Z twojego obecnego punktu widzenia powinieneś mi bardzo zazdrościć. Lecz myślę, że z bardziej realistycznego punktu widzenia zaniechasz tego. Tak więc rzeczywiście połknąłeś ten haczyk, że twoje ziemskie życie jest jakby okresem próby i że celem obdarowania cię wolna wolą było sprawdzenie, czy zasłużysz na błogosławione, wieczne życie. Co wydaje mi się zagadkowe – to fakt, że jeśli istotnie wierzysz, żem jest tak dobry i łaskawy, za jakiego mnie macie, to dlaczego powinienem wymagać od ludzi, aby zasługiwali sobie na takie rzeczy, jak szczęście i życie wieczne? Dlaczego nie obdarzę tym każdego niezależnie od tego, czy zasłużył sobie na to, czy nie?
- Śmiertelnik: Bo myślałem, że Twoje poczucie moralności, Twoje poczucie prawa wymaga, aby dobro nagradzane było szczęściem, a zło karane bólem.
- Bóg: To źle myślałeś.
- Śmiertelnik: Ale literatura religijna jest pełna takich poglądów! Weźmy na przykład „Grzeszników w Rękach Zagniewanego Boga” Jonatana Edwardsa. Jak on opisuje Ciebie, trzymającego Twych wrogów jak wstrętne skorpiony, nad płonącymi czeluściami piekła, chroniącego ich, tylko dzięki Twojej łasce, przed wypełnieniem przeznaczenia, na które zasłużyli.
- Bóg: Na szczęście nie zetknąłem się z tyradami pana Jonatana Edwardsa. Tylko nieliczne wygłoszone kazania były bardziej bałamutne niż to. Już sam tytuł „Grzesznicy w Rękach Zagniewanego Boga” mówi za siebie. Po pierwsze, ja nigdy się nie gniewam. Po drugie, ja nie myślę w kategoriach „grzechu”. A po trzecie, ja nie mam wrogów.
- Śmiertelnik: Czy mówiąc to masz na myśli, że nie ma ludzi, których byś nienawidził, czy też, że nie ma ludzi, którzy by Ciebie nienawidzili?
- Bóg: Miałem na myśli to pierwsze, choć i drugie wydaje się być prawdą.
- Śmiertelnik: No, cóż. Znam ludzi, którzy otwarcie utrzymywali, że Cię nienawidzą. Czasami nawet i ja Cię nienawidziłem!
- Bóg: Masz na myśli, że nienawidziłeś swego wyobrażenia o mnie. To nie to samo, co nienawidzić mnie, takiego, jakim rzeczywiście jestem.
- Śmiertelnik: Chcesz przez to powiedzieć, że nie jest źle nienawidzić swego fałszywego wyobrażenia o Tobie, a źle nienawidzić Ciebie takim, jakim rzeczywiście jesteś?
- Bóg: Nie, tego nie powiadam; mówię coś znacznie bardziej drastycznego! To, co mówię nie ma nic wspólnego z dobrem, czy złem. To, co powiadam, to tyle tylko, że dla kogoś, kto wie, kim rzeczywiście jestem, nienawiść do mnie jest psychologicznie niemożliwa.
- Śmiertelnik: Powiedz mi, skoro my, śmiertelnicy mamy, jak na to wygląda, taki fałszywy obraz Twojej rzeczywistej natury, dlaczego na nie oświecisz? Dlaczego nie poprowadzisz nas właściwą drogą?
- Bóg: Co skłania cię do przypuszczenia, że tego nie czynię?
- Śmiertelnik: Mam na myśli, dlaczego nie ukażesz się naszym zmysłom i nie powiesz nam po prostu, że się mylimy?
- Bóg: Czyż ty jesteś naprawdę aż tak naiwny, aby sądzić, że jestem takim rodzajem bytu, który może się ukazać twoim zmysłom? Poprawniej byłoby rzec, że ja jestem twoimi zmysłami.
- Śmiertelnik: (zdziwiony): Ty jesteś moimi zmysłami?
- Bóg: Niezupełnie, jestem czymś więcej. Lecz to jest już bliższe prawdy niż pomysł, że jestem doznawalny zmysłami. Ja nie jestem przedmiotem, jak ty, lecz podmiotem, a podmiot może doznawać, lecz nie może być doznawanym. Nie możesz mnie zobaczyć tak, jak nie możesz zobaczyć swoich myśli. Możesz zobaczyć jabłko, lecz akt widzenia jabłka jest sam w sobie niemożliwy do zobaczenia. A ja jestem daleko bardziej czymś takim jak widzenie jabłka niż jak jabłko, jako takie.
- Śmiertelnik: Jeśli nie mogę Cię zobaczyć, to skąd mogę wiedzieć, że istniejesz?
- Bóg: Celne pytanie! A skąd w istocie wiesz, że ja istnieję?
- Śmiertelnik: No, przecież mówię do Ciebie, czyż nie?
- Bóg: A skąd wiesz, że mówisz do mnie? Przypuśćmy, że powiesz do psychiatry „Wczoraj rozmawiałem z Bogiem”. Jak myślisz, co on na to powie?
- Śmiertelnik: To może zależeć od psychiatry. Ponieważ większość z nich jest ateistami, to przypuszczam, ze większość powiedziałaby mi, że mówiłem po prostu sam do siebie.
- Bóg: I mieliby rację!
- Śmiertelnik: Co takiego? Uważasz, że nie istniejesz?
- Bóg: Masz przedziwną zdolność wyciągania fałszywych wniosków! Z tego tylko, że mówisz do siebie, wynika, że ja nie istnieję?
- Śmiertelnik: Dobrze. Jeśli myślę, że mówię do Ciebie, a rzeczywiście mówię do siebie, to w jakim sensie Ty istniejesz?
- Bóg: Twoje pytanie zawiera dwa błędy i jedno pomieszanie pojęć. Pytania, czy teraz mówisz, lub nie mówisz do mnie, oraz pytanie, czy ja istnieję, czy nie – są całkowicie oddzielne. Nawet gdybyś teraz nie mówił do mnie (choć oczywiście mówisz), to nie znaczyłoby jeszcze, że ja nie istnieję.
- Śmiertelnik: Dobrze, w porządku, oczywiście! Czyli zamiast powiedzieć „jeśli mówię do siebie, to Ty nie istniejesz” powinienem był raczej powiedzieć „jeśli mówię do siebie, to, oczywiście, nie mówię do Ciebie”.
- Bóg: Rzeczywiście, to całkiem różne stwierdzenie, nadal jednak fałszywe.
- Śmiertelnik: Oh, no więc jeśli mówię tylko do siebie, to jak mogę mówić do Ciebie?
- Bóg: Twoje użycie słowa „tylko” jest dość mylące. Mógłbym wskazać kilka logicznych możliwości, zgodnie z którymi z twojego mówienia do siebie nie wynika, że nie mówisz do mnie.
- Śmiertelnik: Wskaż mi choć jedną!
- Bóg: Dobrze, jedną z takich możliwości, jest to, że ty i ja jesteśmy identyczni.
- Śmiertelnik: Co za bluźniercza myśl – w końcu musiałem to powiedzieć!
- Bóg: Zgodnie z niektórymi religiami – w samej rzeczy bluźniercza. Zgodnie zaś z innymi jest to oczywista, naturalna, bezpośrednio przyjmowana prawda.
- Śmiertelnik: Czyli, że jedynym wyjściem z moich dylematów jest przyjęcie, że ty i ja jesteśmy identyczni?
- Bóg: Nie ze wszystkim! To tylko jedno wyjście. Istnieje kilka innych. Na przykład może być, że ty jesteś częścią mnie, w którym to przypadku mógłbyś mówić do tej części mnie, która jest tobą. Albo też ja mogę być częścią ciebie, a w takim razie mówiłbyś do tej części siebie, która jest mną. Lub znowu ty i ja możemy się częściowo nakładać, w którym to przypadku mówiłbyć do naszej części wspólnej, zatem i do mnie i do siebie. Jedynie z tego że mówisz do siebie mogłoby wynikać, że nie mówisz do mnie, gdybyśmy byli całkiem rozłączni, lecz nawet i wtedy mógłbyć mówić do nas obydwu.
- Śmiertelnik: A więc utrzymujesz, że istniejesz.
- Bóg: Nie całkiem. Znowu wyciągasz fałszywe wnioski! Kwestia mojego istnienia na razie się jeszcze nie pojawiła. Wszystko, co powiedziałem to tyle, że z faktu, iż mówisz do siebie nie da się wyprowadzić mojego nieistnienia, lecz jedynie słabsze stwierdzenie, że nie mówisz do mnie.
- Śmiertelnik: W porządku. Uznaję Twoje racje. Lecz co rzeczywiście chciałbym wiedzieć, to to – czy istniejesz?
- Bóg: Cóż za dziwaczne pytanie!
- Śmiertelnik: Dlaczego? Ludzie zadają je od wielu tysiącleci.
- Bóg: Wiem o tym! Pytanie samo w sobie nie jest dziwaczne; co wydaje mi się osobliwym, to zadawanie tego pytania mnie!
- Śmiertelnik: Jak to?
- Bóg: Ponieważ właśnie ja jestem tym istnieniem, w które powątpiewasz! Doskonale rozumiem twoje lęki. Obawiasz się, że twoje obecne doświadczenie ze mną jest zwykła halucynacją. Lecz jak możesz oczekiwać otrzymania wiarygodnej informacji od jakiejś istoty o jej prawdziwej egzystencji, kiedy równocześnie podejrzewasz jej nieistnienie?
- Śmiertelnik: Czyli, że nie chcesz mi powiedzieć, czy istniejesz, czy nie?
- Bóg: Nie chcę ci dokuczyć. Chcę ci raczej wyłuszczyć, że żadna odpowiedź, jakiej mógłbym udzielić, nie usatysfakcjonowałaby cię. Dobrze, załóżmy, że oznajmię ci: „Nie, ja nie istnieję.” Jak można to sprawdzić? Absolutnie nijak! Albo też oświadczę: „Tak, ja istnieję”. Zadowoli cię to? Oczywiście, że nie!
- Śmiertelnik: Dobrze, więc jeśli Ty nie możesz mi powiedzieć, że istniejesz, któż mógłby to zrobić?
- Bóg: To jest jedna z tych rzeczy, których nikt ci nie może powiedzieć. To jest coś, co tylko ty możesz odkryć sam dla siebie.
- Śmiertelnik: A więc nie ma sposobu, abyś mi pomógł?
- Bóg: Tego nie powiedziałem. Powiedziałem tylko, że nie ma sposobu, abym mógł ci „oznajmić”. Ale to nie znaczy, że nie ma sposobu, aby ci pomóc.
- Śmiertelnik: Jakim sposobem możesz mi pomóc?
- Bóg: Proponuję, abyś pozostawił to mnie! Odeszliśmy jednak od tematu, a ja chciałbym wrócić do pytania o przyczyny, dla których dałem ci wolna wolę. Twój pierwszy pomysł, że dałem ci wolną wolę, aby sprawdzić, czy zasługujesz na zbawienie, czy nie – przyciąga wprawdzie wielu moralistów, lecz dla mnie jest raczej szkaradny. Czy nie możesz wymyślić jakiegoś przyjemniejszego – trochę bardziej humanitarnego – powodu, dla którego obdarzyłem cię wolną wolą?
- Śmiertelnik: Owszem. Zadałem kiedyś to pytanie ortodoksyjnemu rabbiemu. Odpowiedział mi, że jesteśmy ukonstytuowani tak, iż po prostu nie byłoby dla nas możliwe cieszyć się zbawieniem, tak długo dopóki nie czulibyśmy, że zasługujemy na nie. No, a żeby na nie zasłużyć – potrzebujemy, oczywiście wolnej woli.
- Bóg: To wyjaśnienie jest wprawdzie wiele sympatyczniejsze od twojego pierwotnego, lecz ciągle dalekie od prawdy. Zgodnie z ortodoksyjnym judaizmem – stworzyłem anioły, a te nie maja wolnej woli. Mam je ciągle na widoku i są tak całkowicie oddane dobru, że nie odczuwają nawet najsłabszej pokusy ulegania złu. W istocie rzeczy – nie mają wyboru. Są już wiecznie szczęśliwe, nawet wiedząc o tym, że nie zasłużyły na to. Tak więc, gdyby wyjaśnienie tego twojego rabbiego było poprawne, dlaczego nie stworzyłbym tylko aniołów zamiast śmiertelników?
- Śmiertelnik: Zapędziłeś mnie w kozi róg. A więc – dlaczego tego nie uczyniłeś?
- Bóg: To wyjaśnienie jest po prostu niepoprawne. Po pierwsze, ja nigdy nie stworzyłem „gotowych” aniołów. Wszystkie czujące istoty ostatecznie zbliżają się do stanu, który można by nazwać „anielstwem”. Zaś rasa istot ludzkich jest określonym stadium ewolucji biologicznej, więc anioły są po prostu końcowym efektem procesu „Kosmicznej Ewolucji”. Jedyna różnica pomiędzy tak zwanym „grzesznikiem” i tak zwanym „świętym” w tym, że ten pierwszy jest wiele wcześniejszy niż drugi. Niestety, wymaga to niezliczonej ilości cykli życiowych, aby pojąć ten, być może najważniejszy fakt wszechświata, że zło – jest cierpieniem. Wszystkie te argumenty moralistów – wszystkie te rzekome powody, dla których ludzie nie powinni popełniać złych czynów bledną i tracą znaczenie w świetle tej podstawowej prawdy, że zło jest cierpieniem. Nie, mój drogi, ja nie jestem moralistą. Jestem całkowicie pragmatykiem. To, że uważano iż powinienem był wejść w rolę moralisty jest jedną z największych tragedii rodu ludzkiego. Moją rolą w porządku rzeczy (aby użyć tego mylącego wyrażenia) nie jest ani karać, ani nagradzać, lecz pomagać procesowi, w którym wszystkie czujące istoty osiągną ostateczną doskonałość.
- Śmiertelnik: Dlaczego powiedziałeś, że to wyrażenie jest mylące.
- Bóg: To, co powiedziałem jest mylące z dwóch powodów. Przede wszystkim, niewłaściwie jest mówić o mojej roli w porządku rzeczy. Ja jestem porządkiem rzeczy. Po wtóre, równie nieprawidłowo jest mówić o mojej pomocy w procesie osiągania przez istoty rozumne doskonałości. Ja jestem tym procesem. Dawni taoiści dość trafnie to ujmowali mówiąc o mnie (którego nazywali „tao”), że ja nie czynię rzeczy, lecz wszystkie rzeczy stają się przeze mnie. Używając nowocześniejszych pojęć, ja nie powoduję kosmicznych procesów – ja jestem nimi samymi. Myślę, że najbardziej właściwą i owocną definicja mnie, jaką ludzie podali – przynajmniej na obecnym etapie rozwoju – jest ta, że jestem prawdziwym procesem oświecenia. Ci, którzy chcą myśleć o diable (choć wolałbym, aby tego nie robili) mogą analogicznie zdefiniować go jako pożałowania godną ilość czasu, której potrzeba dla tego procesu. W tym sensie diabeł jest potrzebny; sam proces potrzebuje po prostu olbrzymiej ilości czasu i na to nic nie mogę poradzić. Lecz, zapewniam cię, jeśli ten proces jest lepiej pojmowany, ta przykra ilość czasu nie jest już postrzegana, jako istotne ograniczenie, ani też zło. Postrzega się ja jako prawdziwą istotę procesu samego w sobie. Wiem, że nie jest to zbyt pocieszające dla ciebie, który jesteś zanurzony w skończonym oceanie cierpienia, lecz zdumiewające jest to, że kiedy już raz uchwycisz to nastawienie twoje prawdziwe skończone cierpienie zacznie się zmniejszać – w ostateczności, aż do znikającego punktu.
- Śmiertelnik: Powiedziałeś mi, a ja staram się w to wierzyć. Lecz przypuśćmy, że uda mi się nawet ujrzeć rzeczy Twoimi wiecznymi oczyma. Ja – będę wtedy szczęśliwszy, ale czy nie mam obowiązków wobec innych?
- Bóg (śmiejąc się): Przypominasz mi buddystów Mahayama! Każdy z nich powiada: „Nie chcę dostąpić Nirwany dopokąd wpierw nie zobaczę, że wszystkie czujące istoty jej dostąpiły”. I tak to każdy czeka, aż kolega wejdzie pierwszy. Nic dziwnego, że im to tyle czasu zabiera! Buddyści Hinayana błądzą znowu w inny sposób. Wierzą oni, że nikt nie może nikomu udzielić choćby najmniejszej pomocy w drodze do zbawienia: każdy musi to uczynić wyłącznie samodzielnie. I że każdy troszczy się jedynie o swoje własne zbawienie. Lecz takie prawdziwie izolowane nastawienie czyni zbawienie niemożliwym. Prawda jest w istocie taka, że zbawienie, jest po części indywidualnym, a po części społecznym procesem. Jest zatem grubym błędem wierzyć, jak wielu buddystów Hinayana, że osiągniecie oświecenia wyklucza człowieka, ze wspólnoty dla pomagania innym. Najlepszą drogą, by pomóc innym jest ujrzeć światłość samemu.
- Śmiertelnik: Jest tu jeden nieco niepokojący punkt dotyczący Twojego samoopisu. Przedstawiasz mi siebie jako proces. To stawia Cię w raczej nieosobowym świetle, a tymczasem tak wielu ludzi potrzebuje osobowego Boga.
- Bóg: Czyż z tego, że potrzebuja oni osobowego Boga wynika, iż ja nim jestem?
- Śmiertelnik: Oczywiście – nie. Ale religia, aby być akceptowalną dla śmiertelników musi czynić zadość ich potrzebom.
- Bóg: Ja to realizuję. Lecz owa tak zwana „osobowość” istot jest raczej tym, co powstaje w oku patrzącego niż w samych istotach. Spory, które rozgorzały wokół tego, czy jestem osobowy, czy nie, są raczej niemądre, ponieważ żadna ze stron ani nie ma racji, ani też nie błądzi. Z jednego punktu widzenia – jestem osobowością, z innego – nie. To samo jest z istotą ludzką. Stwór z innej planety może postrzegać człowieka całkiem bezosobowo, jak zwykły zbiór cząsteczek podlegających ścisłym prawom fizyki. Może poświęcać osobowości człowieka nie więcej uwagi niż przeciętny człowiek mrówce. Pomimo to, mrówka ma tyle indywidualnej osobowości, co człowiek, dla istot takich jak ja, które naprawdę znają mrówkę. Postrzegać coś osobowo nie jest bardziej ani mniej poprawne niż postrzegać coś nieosobowo; w ogólności jednak – im więcej o czymś wiesz, tym bardziej staje się to osobowe. Aby ci zilustrować mój punkt widzenia – czy myślisz o mnie jako o istocie osobowej, czy nieosobowej?
- Śmiertelnik: No, mówię do Ciebie, czyż nie?
- Bóg: Właśnie! Z tego punktu widzenia, twój stosunek do mnie może być opisany, jako osobowy. Jednakże z innego punktu widzenia – wcale nie mniej ważnego – jako nieosobowy.
- Śmiertelnik: Lecz skoro jesteś rzeczywiście czymś tak abstrakcyjnym, jak proces, to nie widzę sensu mówienia do zwykłego „procesu”.
- Bóg: Doprawdy zabawnie używasz słowa „zwykły”. Równie dobrze mógłbys powiedzieć, że żyjesz w „zwykłym” kosmosie. Dlaczego wszystko musi mieć sens? Czy ma sens mówienie do drzewa?
- Śmiertelnik: Oczywiście nie!
- Bóg: A jednak, wiele dzieci i ludów prymitywnych tak czyni.
- Śmiertelnik: Ale ja nie jestem ani dzieckiem ani człowiekiem prymitywnym.
- Bóg: Niestety, tak się stało.
- Śmiertelnik: Dlaczego „niestety?
- Bóg: Ponieważ wiele dzieci i ludzi prymitywnych ma tę pierwotna intuicję, która tacy, jak ty utracili. Otwarcie mówiąc myślę, że bardzo dobrze dobrze zrobiłoby ci mówienie od czasu do czasu do drzewa; lepiej nawet niż mówienie do mnie! Lecz znowu odeszliśmy od tematu. Po raz ostatni spróbujmy zrozumieć, dlaczego dałem ci wolną wolę.
- Śmiertelnik: Zastanawiam się nad tym cały czas.
- Bóg: Czy chcesz przez to powiedzieć, że nie uważałeś, o czym rozmawialiśmy?
- Śmiertelnik: Uważałem, oczywiście. Ale cały czas, na innej płaszczyźnie, myślałem o tym.
- Bóg: I doszedłeś do jakichś wniosków?
- Śmiertelnik: A więc, powiedziałeś, że powodem nie było sprawdzenie naszych zasług. Wyrzekłeś się też powodu, że musimy na coś zasłużyć, aby się tym cieszyć. Twierdzisz także, iż jesteś utylitarianinem. A najważniejsze ze wszystkiego, że wydawałeś się zachwycony, kiedy doszedłem nagle do wniosku, że grzech nie jest zły sam w sobie, lecz ze względu na cierpienia, jakie powoduje.
- Bóg: Znakomicie. Coż jeszcze złego znajdujesz w grzechu?
- Śmiertelnik: No, cóż. Ty to wiesz, a teraz także i ja to wiem, lecz przez całe moje życie byłem niestety, pod wpływem moralistów utrzymujących, że grzech jest zły sam w sobie. Tak więc, złożywszy to wszystko razem, wygląda mi na to, że jedynym powodem dla jakiego dałeś nam wolną wolę jest przekonanie, że wyposażeni w nią ludzie będą mniej szkodzili innym – i sobie samym – niż bez wolnej woli.
- Bóg: Świetnie! To jest jak dotąd najlepszy powód, jaki podałeś! Mogę cię zapewnić, że gdybym mógł wybrać nadanie ludziom wolnej woli, byłoby to najlepszym uzasadnieniem tego wyboru.
- Śmiertelnik: Co takiego? Chcesz powiedzieć, że nie miałeś wyboru, dając nam wolna wolę?
- Bóg: Mój drogi, nie miałem więcej wyboru, dając wam wolna wolę, niż czyniąc trójkąt równoboczny – równoramiennym. Mogę na początek wybrać, czy chcę, aby trójkąt był równoboczny, czy nie, lecz kiedy już wybrałem równoboczny nie mam innego wyboru, jak równoramienny.
- Śmiertelnik: Myślałem, że możesz uczynić wszystko!
- Bóg: Tylko rzeczy logicznie możliwe. Jako rzekł święty Tomasz: „Jest grzechem postrzegać fakt, że Bóg nie może uczynić rzeczy niemożliwych, jako ograniczenie Jego potęgi”. Zgodziłbym się z tym, jeśliby zamiast słowa „grzechem” użyć słowa „błędem”.
- Śmiertelnik: Jednak ciągle jestem zakłopotany Twoim stwierdzeniem, że nie miałeś wyboru dając mi wolną wolę.
- Bóg: A zatem, nadszedł najwyższy czas, abym ci oznajmił, że cała nasza dyskusja – od samego początku – opiera się na monstrualnym błędzie! Rozważaliśmy wszystko wyłącznie w aspekcie moralnym. Początkowo twierdziłeś, że dałem ci wolną wolę i sprowadziłeś całe zagadnienie, do tego, czy powinienem był to uczynić. Nigdy nie dotarło do ciebie, że ja nie miałem absolutnie żadnego wyboru w tej materii.
- Śmiertelnik: Wciąż nie pojmuję.
- Bóg: Właśnie! Ponieważ potrafisz widzieć rzecz wyłącznie oczyma moralistów. Aspektów metafizycznych, bardziej fundamentalnych, nigdy nie brałeś nawet pod uwagę.
- Śmiertelnik: Nadal nie wiem do czego zmierzasz.
- Bóg: Nim poprosiłeś mnie o zabranie ci wolnej woli, czy w samej rzeczy nie powinieneś był wpierw spytać o to, czy masz wolną wolę?
- Śmiertelnik: Przyjąłem to po prostu jako oczywistość.
- Bóg: A powinieneś był?
- Śmiertelnik: Nie wiem. Czy ja mam wolną wolę?
- Bóg: Tak.
- Śmiertelnik: Dlaczego więc mówisz, że nie powinienem tego przyjmować za oczywiste?
- Bóg: Bo nie powinieneś. Tylko z tego, że coś po prostu wygląda na prawdziwe, nie wynika jeszcze, że powinno się to przyjmować za oczywiste.
- Śmiertelnik: Jednak to uspokajające wiedzieć, że moja naturalna intuicja, co do posiadania wolnej woli była słuszna. Czasami obawiałem się, że determiniści maja rację.
- Bóg: Oni mają rację.
- Śmiertelnik: Chwileczkę, no to czy ja mam wolną wolę, czy nie?
- Bóg: Już ci powiedziałem, że masz. Ale to nie oznacza, że determinizm jest nieprawidłowy.
- Śmiertelnik: Zaraz, czy moje czyny są zdeterminowane przez prawa natury, czy nie?
- Bóg: W użyciu słowa „zdeterminowane” jest tu subtelny, lecz poważny błąd, który spowodował mnóstwo kontrowersji co do wolnej woli i determinizmu. Twoje czyny są z pewnością zgodne z prawami natury, ale mówiąć, że są spowodowane prawami natury wywołuje mylący obraz psychologiczny, taki mianowicie, że Twoja wola mogłaby w jakiś sposób być w konflikcie z prawami natury, że są one potężniejsze od Ciebie oraz, że mogą określać twoje czyny, czy Ci się podoba, czy nie. Lecz w istocie jest po prostu niemożliwe dla twojej woli być kiedykolwiek w konflikcie z prawami natury. Ty i prawa natury jesteście w rzeczywistości jednym i tym samym.
- Śmiertelnik: Co to znaczy, że nie mogę się sprzeciwić naturze? A przypuśćmy, że bym się strasznie uparł i był zdecydowany, aby nie przestrzegać praw natury. Co mogłoby mnie powstrzymać? Gdybym się uparł tak dostatecznie mocno, abyś nawet Ty nie mógł mnie powstrzymać?
- Bóg: Masz zupełną rację! Rzeczywiście nie mógłbym cię powstrzymać. Nic nie mogłoby cię powstrzymać. Ale też i nie byłoby to potrzebne, bo nigdy byś nawet tego nie zaczął. Jak to bardzo pięknie wyraził Goethe: „Próbując się przeciwstawić naturze, kiedy to rzeczywiście czynimy, działamy zgodnie z prawami natury.” Czyż nie dostrzegasz, że te tak zwane „prawa natury” to w istocie nic innego jak opis, jak ty oraz inne istoty faktycznie działacie? One są jedynie opisem, jak działasz, nie zaś nakazem, jak powinieneś działać, ani też siłą, która wymusza, czy determinuje twoje czyny. Prawa natury, aby być słusznymi, muszą brać w rachubę to, jak faktycznie działasz, lub (jeśli wolisz) jakie działania wybierasz.
- Śmiertelnik: Tak więc Ty rzeczywiście uważasz, że ja nie mam możliwości zdecydowania się na działanie przeciw prawom natury?
- Bóg: To interesujące, że dwukrotnie użyłeś sformułowania „zdecydować się” na czyn, zamiast „wybrać czyn”. To zrównanie jest dość typowe. Często używa się zwrotu „zdecydowałem coś zrobić” zamiast „wybrałem coś zrobić”. Owa psychologicznie bardzo uzasadniona zamienność ujawnia, że decycja i wybór są znacznie bliższe sobie niż można by przypuszczać. Rzecz jasna, równie dobrze możesz powiedzieć, że doktryna wolnej woli powiada, iż to jesteś ty, który podejmujesz decyzje, zaś doktryna determinizmu powiada, że te twoje decyzje są zdeterminowane przez coś będącego najwidoczniej poza tobą. Lecz całe to zamieszanie spowodowane jest przez twój podział rzeczywistości na „ciebie” i „nie – ciebie”. A tak naprawdę, to czy tam, gdzie ty się kończysz zaczyna się kosmos? Albo tam gdzie się kończy kosmos, zaczynasz się ty? Jeśli tylko ujrzysz tak zwanego „siebie” i tak zwaną „naturę”, jako jedną, nieprzerwaną całość, nigdy już nie będziesz dręczony przez pytania w rodzaju, czy to ty kontrolujesz naturę, czy natura ciebie. A zatem i ten zamęt – wolna wola versus determinizm – zniknie. Aby użyć grubego porównania, wyobraź sobie dwa ciała zbliżające się do siebie wskutek przyciągania grawitacyjnego. Każde z nich (jeśli potrafi myśleć) może się zastanawiać, czy to ono, czy też to drugie wytwarza tę „siłę”. W pewnym sensie obydwa, w innym żadne. Najlepiej powiedzieć, że istotą rzeczy jest konfiguracja obydwu.
- Śmiertelnik: Przed chwilą powiedziałeś, że cała nasza dyskusja opiera się na monstrualnym nieporozumieniu, lecz na razie nie wyjaśniłeś mi na czym ono polega.
- Bóg: Na pomyśle, iżby możliwym było stworzenie ciebie bez wolnej woli! Zachowywałeś się tak jakby było to rzeczywiście możliwe i dziwiłeś się, że nie wybrałem tej możliwości! Nigdy nie dotarło do ciebie, że stworzenie myślące bez wolnej woli jest równie nie do pomyślenia, jak obiekt fizyczny nie wytwarzający przyciągania grawitacyjnego. (Przypadkowo zresztą analogia pomiędzy ciałem fizycznym wywierającym pole grawitacyjne, a myślącą istotą istotą wykazującą wolną wolę, jest znacznie bliższa, niż sądzisz!). Czy potrafisz sobie uczciwie choćby wyobrazić myślącą istotę bez wolnej woli? Cóżby to takiego mogło w ogóle być? Sądzę, że jedną z tych rzeczy, która spowodowała tyle zamieszania w twoim życiu jest to, że powiedziano ci kiedyś, iż obdarowałem człowieka wolną wolą. Jakbym to ja najpierw stworzył człowieka, a nastepnie, po zastanowieniu, obdarzył go nadzwyczajnym dodatkiem wolnej woli. Myślisz sobie zapewne, że ja mam jakiś rodzaj „pędzelka”, którym mogę powlec jedne istoty wolną wolą, a inne nie? Nie, wolna wola to nie jest żaden nadzwyczajny dodatek. To jest cząstka prawdziwej istoty świadomości. Istota świadoma bez wolnej woli jest po prostu metafizycznym absurdem.
- Śmiertelnik: Dlaczego więc bawiłeś się ze mną przez czas naszej rozmowy, kiedy ja, myśląc, że to problem moralny, miałem, jak mówisz, problem metafizyczny?
- Bóg: Ponieważ była to, jak sądzę, niezła terapia, aby usunąć trochę tej moralnej trucizny z twoich przekonań. Wiele twego metafizycznego zamętu miało za przyczynę fałszywe wyobrażenia moralne, i dlatego to nimi musieliśmy się zająć przede wszystkim.
Lecz oto nadeszła już pora abyśmy się rozstali – przynajmniej dopokąd znowu nie będziesz mnie potrzebował. Myślę, że nasze obecne spotkanie pozostawi w tobie długotrwały ślad. Pamiętaj, com ci rzekł o mówieniu do drzew. Oczywiście nie musisz tego robić dosłownie; czułbyś się głupio. Lecz mnóstwa możesz się od nich nauczyć, podobnie jak od skał, strumieni, czy innych aspektów natury. Nic tak dobrze nie rozprasza tych chorobliwych myśli o „grzechu”, „wolnej woli” i „odpowiedzialności moralnej” niż bardziej naturalistyczne nastawienie. Na pewnym etapie historii te pojęcia były aktualnie użyteczne. Nawiązuję tu do tych dni, kiedy tyrani mieli absolutna władzę i prawdopodobnie nic mniejszego niż strach przed piekłem, nie mogło ich powściągnąć. Lecz ludzkość wyrosła z tych czasów i ten straszliwy sposób myślenia nie jest już potrzebny. Może też dla ciebie okazać się pożytecznym przypomnienie sobie, co powiedziałem kiedyś poprzez wiersze wielkiego poety Zen: Seng – Czana .

If you want to get plain truth,
Be not concerned with right and wrong.
The conflict between right and wrong
Is the sickness of the mind.

Jeśli chcesz poznać oczywistą prawdę
Nie troszcz się o dobro i zło.
Konflikt między dobrem a złem
Jest chorobą umysłu.

[tłumaczenie moje – M.C.]

Widzę po tobie, że jesteś równocześnie uspokojony i przestraszony tymi słowami! Czego się obawiasz? Czy tego, że jeśli zaniechasz w swym umyśle rozróżniania pomiedzy dobrem a złem, będziesz bardziej skłonny do popełniania złych czynów? Skąd bierzesz tę pewność, że świadomość dobra i zła nie prowadzi w rzeczywistości bardziej do złych czynów, niż dobrych? Czy naprawdę szczerze wierzysz, że tak zwani amoralni ludzie (kiedy jednak chodzi bardziej o czyny, niż teorie) zachowują się mniej etycznie niż moraliści? Oczywiście, że nie! Nawet wielu moralistów przyznaje etyczną wyższość większości tych, którzy w teorii zajmują amoralne pozycje. Wyglądają na bardzo zaskoczonych tym, że bez etycznych zasad, ludzie ci postępują tak dobrze! I nawet nie przychodzi im na myśl, że to własnie za sprawą cnoty prawdziwego braku zasad etycznych ich postepowanie płynie tak swobodnie! Czyż słowa: „Konflikt między dobrem a złem, jest chorobą umysłu.” wyrażaja myśl, aż tak różną od historii Ogrodu Edenu i upadku Człowieka za sprawą zjedzenia przez Adama owocu z drzewa wiadomości? Ta wiedza, przypomnij sobie, dotyczyła etycznych zasad, nie etycznych odczuć – te Adam już miał. Jest mnóstwo prawdy w tej historii, chociaż ja nigdy nie zakazałem Adamowi jeść tego jabłka; jedynie odradzałem mu to. Mówiłem, że nie wyjdzie mu to na dobre. Gdybyż ten przeklęty głupiec był mnie posłuchał, iluż kłopotów można by było uniknąć? Ale nie, on myślał, że wie wszystko! Chciałbym, aby teologowie, zrozumieli wreszcie, że ja nie karzę Adama i jego potomków za ten czyn, ale raczej, że owoc sam w sobie był zatruty i konsekwencje tego trwają, niestety, niezliczoną ilość pokoleń.
Ale teraz już naprawdę muszę cię opuścić. Mam nadzieję, iż nasza dyskusja rozproszy niektóre twoje chore przekonania etyczne i zastąpi je bardziej naturalnymi. Zapamiętaj także te cudowne słowa, które kiedyś wyrzekłem ustami Lao-tse, aby zbesztać Konfucjusza za jego moralizowanie:

Całe to gadanie o dobru i obowiązku, te wieczne szpilki, tak drażniące i złoszczące słuchacza – lepiej studiowałbyś, jak to jest, że niebo i ziemia idą swym wiecznym szlakiem, że słońce i księżyc dają swe światło, że gwiazdy idą swym porządkiem, ptaki i zwierzęta łączą się w stada, drzewa i krzewy znajdują swoje miejsca. Także i ty powinieneś się nauczyć kierować swe kroki poprzez Moc Duchową, by postępować w tym kierunku, jaki Droga Natury wyznacza; i wtedy nie będziesz już więcej potrzebował chodzić i w około mozolnie obwieszczać dobra i obowiązku… Łabędź nie musi się co dzień kąpać, aby pozostać białym.

- Śmiertelnik: Wydajesz się należeć do wschodniej filozofii!
- Bóg: O, nie całkiem, Niektóre z moich najlepszych myśli zakwitły na twojej amerykańskiej glebie. Dla przykładu: nigdy nie wyraziłem bardziej elokwentnie mojego pojęcia „obowiązku” niż poprzez myśl Walta Whitmana:

I give nothing as duties,
What others give as duties, I give as living impulses.

Ja nie daję niczego jako obowiązku,
Co inni daja jako obowiązki, ja daję jako życiowe impulsy.

[tłumaczenie moje – M.C.]

KONIEC



[Raymond M. Smullyan]
[tłumaczenie moje – mc]
Za pomoc w tłumaczeniu – podziękowania dla Michała Wronko.